Mirriel - Forum Literackie

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Obecny czas: 01 Sie 2010, 10:37

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 8 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 06 Lip 2008, 20:24 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Lut 2004, 14:20
Posty: 205
Miejscowość: Chorzów/Kraków
Płeć: Kobieta
     Prezentowany tekst powstał na potrzeby pojedynku. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, wygrał, chociaż pisałam go w ciągu około 6 godzin w dzień pojedynku, bez pomysłu i weny, za to spontanicznie i "na gorąco". Mówią, że to thriller, a ja wolę wierzyć.

     Zabrakło pomysłu, weny, czasu i snu, więc tekst nie zdążył przejść przez betę. Wszelkie błędy są więc wyłącznie winą Autorki.


     Skrucha.

     - Nie każdy może wrócić jako duch.
     - To znaczy? - zapytał szybko Harry.
     - Tylko... tylko czarodzieje.
     HPiZF, Rozdział Trzydziesty Ósmy "Początek drugiej wojny".


     Bedlam*, dzień dzisiejszy.
     Doktor Monica Chavez zamknęła dokładnie drzwi i bez świadomego udziału umysłu wystukała kod w szyfrowym zamku elektronicznym. Przez ostatnie kilka miesięcy bywała w tym pokoju tak często, że choć zwykle miała problemy z zapamiętywaniem ciągów cyfr, tę szczególną sekwencję potrafiła wyrecytować obudzona w środku nocy - co zresztą jej się zdarzało. Podczas spokojnych, nocnych dyżurów doktor Chavez czasem pozwalała sobie na krótkie drzemki w wygodnym fotelu w dyżurce. Prawo Murphy'ego jednak nie śpi - właśnie wtedy bardzo często następowały ataki i w ciągu kilkunastu sekund, których potrzebowała na dotarcie z dyżurki do izolatki pacjentki, doktor Chavez nie do końca była w stanie się rozbudzić. Mimo to jeszcze ani razu nie pomyliła się przy wpisywaniu kodu.
     Uśmiechnęła się do pielęgniarza, który pomógł załagodzić dzisiejszy atak. Magister Terry Hicks był znacznie starszy od niej i miał dwukrotnie większe doświadczenie. Z pochodzenia był Amerykaninem i jako młody chłopak tuż po studiach służył w piechocie morskiej. Powróciwszy z Wietnamu przeprowadził się do Wielkiej Brytanii i tutaj rozpoczął nowe życie jako pielęgniarz, i to piekielnie dobry. Obecnie był przełożonym pielęgniarzy na oddziale doktor Chavez.
     - Dobra robota, pani doktor - powiedział Hicks swoim głębokim, zawsze spokojnym głosem. - Wyglądało to nieciekawie.
     Doktor Chavez zmarkotniała.
     - Mam wrażenie, że się cofamy, panie Hicks - westchnęła. - Żadnej poprawy w ciągu ostatnich czterech miesięcy!
     - Wie pani, że niektórych przypadków po prostu nie da się wyleczyć.
     - Wiem. - Pokręciła głową. - Ale z nią jest coraz gorzej.
     Hicks długą chwilę milczał.
     - Może - powiedział w końcu - ona wcale nie chce wyzdrowieć.

     Londyn, sześć miesięcy wcześniej.

     Jennifer Kelly była spokojną i zorganizowaną osobą. Jej poukładany, uporządkowany świat mógłby wydawać się nudny komuś stojącemu z boku, ale Jennifer dawał poczucie bezpieczeństwa. Jej dom zawsze lśnił czystością, nie dlatego jednak, że Jennifer była pedantką; brud i bałagan nie przeszkadzał jej u kogoś, pani Kelly po prostu lubiła mieć wszystko pod ścisłą kontrolą, zawsze wiedzieć, gdzie co się znajduje i w każdej chwili być gotową na jakąkolwiek niespodziewaną sytuację. Jennifer nigdy się nie spóźniała. Do pracy przychodziła pięć minut wcześniej, by ogarnąć biurko - które nigdy nie wymagało ogarnięcia, gdyż co wieczór zostawiała je w idealnym porządku - a po syna do szkoły przyjeżdżała punktualnie o dziewiętnastej piętnaście, tuż po zakończeniu treningu. Samochodem zresztą także jeździła w sposób całkowicie kontrolowany - nawet spojrzenia w lusterka rzucała z upartą regularnością. Nigdy nie zbaczała z trasy, chodziła tylko do jednego określonego domu handlowego z supermarketem, a każdą wyprawę poza swoje "terytorium" dokładnie planowała.
     Jennifer nie lubiła niespodzianek. Jej dzieci zawsze zawczasu wiedziały, co dostaną na urodziny, a mąż nigdy nie mógł liczyć na spontaniczne uniesienia namiętności. Nawet seks Jennifer planowała i wpisywała w organizer. Dwójka dzieci, starsza Mary i młodszy Jason, nie stanowiła dla niej zaskoczenia. Jennifer dokładnie wiedziała, którego dnia i o której godzinie się poczęły.
Małżeństwo państwa Kelly rozpadło się po piętnastu latach. John Kelly powiedział w sądzie, że zmęczył się żoną. Jennifer przyjęła to spokojnie. Rozwód był pierwszą niezaplanowaną rzeczą w jej życiu, od kiedy skończyła jedenaście lat. Od tamtego czasu Mary mieszkała z ojcem, a Jason z matką. W weekendy się wymieniali, a na wakacje jeździli wspólnie, bo ani Jennifer, ani John nie znaleźli sobie partnerów.
     Poukładany świat Jennifer Kelly miał roztrzaskać się na kawałki po powrocie z takich wspólnych wakacji, trzecich już od rozwodu. Lato tego roku było zimne i mgliste, więc rodzina Kellych wybrała się tym razem do Włoch. John Kelly był naukowcem i bardzo dużo zarabiał, chociaż nigdy nie powiedział, co tak właściwie robi. Jennifer trochę to irytowało - drobiazg nieujęty w ramy jej doskonałego świata - ale hasło "rządowa tajemnica" zazwyczaj zamykało jej usta. Najważniejsze było to, że były mąż płacił alimenty i nie stronił od wychowywania dzieci.
     Po słonecznych plażach Toskanii powrót do deszczowego, pełnego dziwnej, zimnej mgły Londynu nie należał do przyjemnych, a jednak Jennifer bardzo ulżyło, gdy znów znalazła się w swoim uporządkowanym domu i mogła wrócić do zorganizowanego trybu życia. Miała sporo do nadrobienia w pracy, w dodatku zbliżał się okres bilansowy i Jennifer z satysfakcją zanurzyła się w cyferkach i ustawach. Nawet lekkie podenerwowanie, gdy suma przychodu na bloczku "Winien" nie zgodziła się z sumą rozchodu na bloczku "Ma", jako element codziennej rutyny, okazało się źródłem zadowolenia.
     Gdy Jennifer dotarła do domu, jadąc wolniej i ostrożniej niż zwykle, gdyż widoczność spadła do dwóch metrów, Jasona jeszcze nie było. W wakacje bardzo często chodził do ojca, a Jennifer mu na to pozwalała, wychodząc z założenia, że lepiej, by przebywał z nim, gdy jej nie ma, aniżeli nudził się w domu lub szlajał po ulicach.
     Zapalone w salonie światło odrobinę ją zdziwiło, ale nie zaniepokoiło. Powtarzała Jasonowi wielokrotnie, że powinien gasić światło, gdy wychodzi, ale to w końcu tylko dwunastolatek, nie można zbyt wiele od niego wymagać. Jennifer przekręciła klucz w zamku i weszła. Od razu skierowała się do salonu, by naprawić przeoczenie chłopca.
     Zamarła, gdy zobaczyła, kto siedzi na kanapie.

     Ottery St Catchpole, dwadzieścia dziewięć lat wcześniej.
     Gdy się na nie patrzyło, wydawało się, że huśtawka jest tylko jedna, nie dwie, za to odbita w lustrze. Okupujące je dziewczynki były identycznie ubrane w zielone spódniczki i białe bluzeczki, obie miały loki o złotym, jedwabistym połysku i czerwone buciki. Jedyną różnicę stanowił wyraz twarzy; ta po lewej była wyraźnie naburmuszona i zła, jej bliźniaczka uśmiechała się w sposób, który sugerował, że w tej chwili jest najszczęśliwszą dziewczynką na świecie.
     - Dlaczego to ty, a nie ja? - zapytała ta po lewej. W jej głosie brzmiał wyrzut. - Zawsze wszystko robiłyśmy razem!
     - Nie wiem - odpowiedziała jej siostra. - To nie moja wina. Chciałabym, byś też mogła, ale...
     - Wcale nie! - Dziewczynka zsunęła się z huśtawki i stanęła, łapiąc się pod boki. - Wcale nie chcesz! Chcesz się mnie pozbyć! To dlatego! I teraz mama cię będzie bardziej kochać, bo ty możesz, a ja nie!
     - Głupstwa opowiadasz! Mama kocha nas tak samo. I ja cię kocham.
     - A ja ciebie nie! Nienawidzę cię! - wykrzyknęło dziecko, tupiąc nóżką ze złości. Bliźniaczka nie odpowiedziała, bo teraz rozległo się wołanie z pobliskiego domu, ale uśmiech znikł z jej twarzy.
     - Jessie! Jenny! Kolacja!
     - Widzisz - poskarżyła się dziewczynka. - Teraz woła ciebie najpierw. A zawsze najpierw wołała mnie!
     I rozpłakała się.

     Londyn, pięć miesięcy wcześniej.

     Mgła nie ustępowała, wręcz przeciwnie, zdawała się nasilać. Jennifer teraz nawet w samym środku dnia musiała używać świateł przeciwmgielnych i wcale jej to nie nastrajało optymistycznie. Wróciła do domu nieco wcześniej, bo w pracy wysiadł prąd. Awaria, o czym przekonała się, dojeżdżając do garażu, dotarła także i do jej domu. Nie mogąc otworzyć bramy, zostawiła samochód na podjeździe i weszła do ciemnego domu. Doskonale wiedziała, gdzie schowała świeczki, kupione na takie właśnie okazje. Po omacku przeszła przez przedpokój i ostrożnie wspięła się na piętro. Schody były bardzo strome, trzeba było uważać. W dzieciństwie Jason i Mary kilkakrotnie z nich spadali, na szczęście niegroźnie.
     Drzwi łazienki były otwarte. Trochę to zdziwiło Jennifer. Czyżby ich nie zamknęła, schodząc rano na dół? Zawsze to robiła. Musiała zapomnieć. Cóż, nawet najlepszym się zdarza.
     Ciemność w łazience była niemal całkowita, dlatego bardzo ją zdziwiło, że w lustrze zobaczyła odbicie swojej twarzy. Blady, niemalże biały owal z dwoma ciemnymi punkcikami pośrodku. Serce zabiło jej mocno. Zamknęła oczy i cofnęła się gwałtownie z powrotem do przedpokoju, gdzie było trochę jaśniej.
     Twarz w lustrze oszpecona była długą, czerwoną blizną, ciągnącą się od skroni przez oko, nos i usta aż do szyi.
     Oddychając szybko i płytko uniosła dłonie do twarzy. Z bijącym mocno sercem dotykała skóry, przekonując się, że jest - jak zawsze - nienaruszona.
     Przywidzenie, powiedziała sobie, zaciskając wciąż powieki. Po prostu przywidzenie.
     Ale kiedy znowu zajrzała do łazienki, ciemność była tak nieprzenikniona, że nie było mowy o ujrzeniu jakiegokolwiek odbicia w lustrze. Przełknęła ślinę i zamknęła drzwi.
     W sypialni znalazła świeczki, ale przypomniała sobie, że zapałki pożyczał Jason i oczywiście nie odłożył ich na miejsce. Poszła więc do jego pokoju, na chwilę zostawiając zamknięte pudło pełne świeczek w swojej sypialni. Zapałki znalazła w biurku syna, przy okazji zbierając z pokoju kilka byle jak rzuconych ubrań i papierków.
     Gdy wróciła na korytarz, drzwi sypialni były zamknięte, choć zostawiła je otwarte.
     Wiatr, powiedziała sobie stanowczo. To tylko wiatr.
     Spod szczeliny pod drzwiami sączył się dziwny, czerwonawy blask. Czyżby latarnia na ulicy się przepaliła i zaczęła świecić tak dziwnie?
     Otworzyła drzwi i aż odskoczyła z przerażenia.
     Wszystkie świecie, dobrze ponad setka, paliły się czerwonymi płomieniami, poustawiane byle jak na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Co więcej, wosk był w połowie stopiony, jakby świece paliły się już od wielu godzin.
     Jennifer upuściła trzymane w dłoniach ubrania i śmieci i zbiegła po schodach. Z torebki wyłuskała komórkę i drżącymi palcami wykręciła numer. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej to, co zobaczyła na ścianie salonu.
Zemsta będzie straszna, głosił napis wykonany czymś ciemnoczerwonym, gęstym, czymś przerażająco podobnym do... krwi.
     Poczuła coś mokrego i lepkiego spływającego jej po skroni. Uniosła dłonie i dotknęła twarzy.Gdy spojrzała na swoje palce, zrozumiała, że to dziwne zgrubienie, które wyczuła pod skórą, jest głęboką, zaczynającą się nad prawą brwią, a kończącą na szyi, poszarpaną raną.

     Bedlam, cztery miesiące wcześniej.
     - Sama sobie to zrobiła? - zapytała doktor Chavez, przyglądając się fotografiom. Hicks skinął głową bez słowa.
     - Ale jak? - zdziwiła się lekarka. - Niemożliwe. Nożem? Przecież...
     - Gorzej - mruknął pielęgniarz. - Paznokciami.

     Londyn, pięć miesięcy wcześniej.

     Rozległo się pukanie do drzwi. Jennifer drgnęła gwałtownie.
     - Jen? - Zza drewna dobiegł jej głos Johna. - Wszystko w porządku?
     - Tak, już kończę! - odkrzyknęła i wzięła do ręki czarny tusz. Spojrzenie w lustro sporo ją kosztowało, ale zdołała się opanować. Malując rzęsy, myślała o tym, że John jest bardzo w porządku. Pięć pociągnięć na lewą powiekę, pięć na prawą.
     Zamrugała i zerknęła w odbicie. Efekt wydał jej się zadowalający, choć wciąż była trochę blada. Odłożyła tubkę z tuszem i odwróciła się, kątem oka chwytając jakieś poruszenie w lustrze. Serce podeszło jej do gardła, ale gdy spojrzała raz jeszcze, zrozumiała, że to tylko jej lok, uniesiony podmuchem.
     John czekał na nią przed drzwiami. Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała tym samym. Razem zeszli na dół i usiedli przy stole. Mary i Jason byli tego wieczoru bardzo rozgadani; rzadko się zdarzało, by mogli się spotkać wszyscy razem poza wakacjami. Okazja była uroczysta: osiemnaste urodziny Mary. Z początku planowali wielką imprezę dla wszystkich krewnych, ale jakiś czas temu mama nagle zmieniła plany. Od tygodnia zresztą zachowywała się nieco inaczej, niż zwykle. Mary ani John tego nie zauważyli, gdyż już z nimi nie mieszkała, ale Jason widział bardzo wyraźnie, że mama jest trochę roztargniona. Dwa razy spóźniła się po treningu i musiał na nią czekać, raz przypaliła obiad, a wczoraj wróciła z pracy rozczochrana i zapłakana. Dziś tryskała humorem i wydawało się, że wszystko wróciło do dawnego stanu.
     Jennifer podniosła się, by przynieść tort.
     - Pójdę z tobą - zaproponował John.
     - Nie, nie - odparła uspokajająco. - Poradzę sobie.
     Nie minęło nawet piętnaście sekund, gdy z kuchni dobiegł ich jej przeraźliwy krzyk. Wszyscy poderwali się i pobiegli w ślad za nią. Matka siedziała na podłodze i szlochała, a tort, ozdobiony malowniczo wygiętą lukrową osiemnastką, stał na stole w szczątkach.
Na palcach matki był krem.
     John przyklęknął przy niej i objął, kołysząc lekko.
     - To.. to za dużo... - łkała. - Najpierw te świecie... i ta blizna... i napis... i ten kluczyk w oku... i ręka w biurku w pracy... i wąż w piekarniku... i... i teraz to!
     John mocniej przytulił ją do siebie.
     - Widziałam robactwo - szlochała matka. - Wyłaziło z tortu. I był tam... był tam martwy szczur... Ruszał się i patrzył na mnie...
     - Spokojnie - zamruczał John. - Spokojnie, już nic ci nie grozi, wszystko w porządku, nie ma żadnego szczura, nie ma żadnych robaków, nie ma napisu, nie ma rany, nigdy ich nie było...
     Jennifer płakała, jak nie płakała od chwili, gdy skończyła jedenaście lat i dowiedziała się, że jej siostra-bliźniaczka pójdzie do specjalnej szkoły, a ona musi zostać w gimnazjum w Ottery St Catchpole.
     A pomiędzy jednym wybuchem płaczu a drugim, gdzieś daleko, spoza głosów Johna i dzieci, dochodził ją drwiący, pełen triumfu śmiech.

     Bedlam, trzy miesiące wcześniej.

     Pacjentka była całkiem spokojna. Siedziała w fotelu i rozglądała się z ciekawością po gabinecie. Dłonie miała złożone na kolanach, zwykłą, szpitalną koszulę i szlafrok bez jednej zmarszczki, a włosy starannie uczesane i spięte w kok.
     - Dzień dobry, pani Kelly - przywitała się doktor Chavez, siadając w fotelu naprzeciw Jennifer.
     - Dzień dobry, doktor Chavez. Czy zdecydowała się pani mnie wypuścić?
     - Jeszcze nie - odparła lekarka, wyjmując z szuflady biurka podkładkę z notatkami. Wielkimi, pogrubionymi literami u samej góry strony wypisane było imię i nazwisko pacjentki i kilkakrotnie podkreślone słowa: schizofrenia paranoidalna. Mniejszym pismem dopisano dalej uwagi wstępne: urojenia inkoherentne**, liczne halucynacje wzrokowe, słuchowe, smakowe, węchowe, dotykowe, brak rozdwojenia jaźni, brak jakichkolwiek oznak dezorganizacji zachowania, napady paniki i autoagresji, skłonność do samookaleczenia. Każda z tych myśli była rozwinięta w długiej, często wielostronicowej notatce.
     - Jeszcze nie - powtórzyła doktor Chavez. - Musimy się upewnić co do pani stanu zdrowia.
     - Nie jestem obłąkana - powiedziała Jennifer stanowczo.
     - Oczywiście, że nie - zgodziła się lekarka. - Jest pani chora.
     - Nie.
     - A te rany na rękach i brzuchu?
     Jennifer umknęła wzrokiem.
     - Zagoją się - odparła, wiedząc, że nie o to chodziło w pytaniu.
     - Długa droga przed nami, pani Kelly - westchnęła doktor Monica Chavez. - Zanim nauczy się pani ufać mi na tyle, by opowiedzieć wszystko.

     Londyn, sześć miesięcy wcześniej.

     - Co ty sobie w ogóle myślisz, przychodzisz do mojego domu po tylu latach bez ostrzeżenia, wchodzisz jak do swojego, kto dał ci klucze? - zawołała Jennifer na jednym oddechu, gdy ochłonęła ze zdumienia. Kolejna niezaplanowana rzecz w jej zorganizowanym życiu.
     - Nie potrzebuję kluczy, by wejść - powiedziała Jessica spokojnie. Jennifer zauważyła, że drży jej głos. Twarz siostry - twarz jak dwie krople wody podobna do twarzy Jennifer - była blada i wymęczona. W jej wzroku było coś, co kazało pani Kelly przestać krzyczeć. Opadła na fotel.
     Jessica próbowała się uśmiechnąć, choć nie bardzo jej wyszło.
     - Opowiedz, co u ciebie, Jenny? - zagadnęła. Jennifer drgnęła. Od dwudziestu lat, to jest od wypadku samochodowego, w którym zginęli ich rodzice, nie słyszała tego zdrobnienia. Przyjaciele i John mówili do niej "Jen", a współpracownicy i dalsi znajomi "Jennifer".
     - Mam dwoje dzieci. Rozwiodłam się z mężem. Pracuję jako główna księgowa. Co jeszcze chcesz wiedzieć, Jessie? - odparła Jennifer, akcentując ostatnie słowo. Bliźniaczka nie przejęła się tym.
     - Też mam dwoje - odparła. - Mój mąż pracuje w Ministerstwie Magii.
     Jennifer zmarszczyła brwi.
     - Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że twoi ludzie są w rządzie?
     Jessica żachnęła się na wyrażenie "twoi ludzie", ale potem machnęła ręką.
     - Coś w tym stylu. Tylko Premier wie o istnieniu Ministerstwa Magii. Nieistotne. Tak czy inaczej, Perseusz niedługo zostanie wylany z pracy...
     Jennifer przewróciła oczami. Co ją to mogło obchodzić? Od dwudziestu lat nie miała kontaktu z siostrą i nie czuła się z tego powodu pokrzywdzona. Gdy znów spojrzała na Jessicę, zauważyła na jej twarzy wyraz nienormalnego napięcia. Zdziwiło ją, że wciąż potrafi tak dobrze odczytywać nastroje siostry.
     - Jennifer, nie przyszłam na pogawędkę.
     - Mogłam się domyślić - prychnęła pani Kelly. - Czego chcesz?
     - Musisz mi pomóc - powiedziała bliźniaczka. - To sprawa życia i śmierci...
     - Streszczaj się, Jessie, niedługo wróci mój syn.
     - Nasz... mój świat opanowało zło - podjęła niepewnie Jessica. - Pewien... zły, bardzo, bardzo zły czarnoksiężnik doszedł do władzy. On nie waha się zabijać, Jenny. Zamordował już setki ludzi. Także mugoli... to znaczy, normalnych ludzi - poprawiła się. - Nie naszych. Nie możemy temu zaradzić... cała nadzieja w chłopcu... ale on zniknął, jakby się rozpłynął...
     - Jessie.
     - Tak. - Siostra odchrząknęła. - Ta mgła, morderstwa, to tornado i zawalenie się mostu... to wszystko JEGO robota.
     - Chłopca? - zapytała nieco drwiąco Jennifer. Opowieść siostry nie zrobiła na niej wielkiego wrażenia, tylko ją zirytowała. No tak, więc to przez nich są takie problemy... i ta mgła! I śmierć jej szefa parę tygodni temu, który akurat był na tamtym moście... Wszystko to, czego Jennifer nie zaplanowała...
     - Nie. Tego... czarnoksiężnika. I jego popleczników... my nazywamy ich śmierciożercami.
     Jennifer prychnęła. Też nazwa!
     - Ten czarnoksiężnik opanował Ministerstwo - kontynuowała Jessica. - I wprowadził coś, co się nazywa... Statusem Krwi. Ci, którzy... którzy urodzili się w rodzinie mugoli... jak ja... są w niebezpieczeństwie.
     - A to czemu?
     - Bo on nienawidzi szlam - powiedziała Jessica, jakby to było oczywiste i wszystko wyjaśniało. - Jenny, on mnie zabije. Chyba że mi pomożesz...
     Jennifer nie odpowiedziała. Nie patrzyła na siostrę.
     - Musisz - podjęła Jessica po długiej chwili milczenia - musisz pójść ze mną do Ministerstwa i zaświadczyć, że nasza matka była czarownicą... Jej panieńskie nazwisko jest takie, jak pewnej rodziny czystej krwi... Muszę im udowodnić, że mam w rodzinie choć jednego czarodzieja... - mówiła coraz bardziej łamiącym się głosem. - Proszę, Jenny...
     Jennifer spojrzała na nią zimno.
     - Trzeba było sobie o mnie przypomnieć dwadzieścia lat temu.
     - Proszę... - jęknęła Jessie.
     - Nie.
     - Zabijesz nie tylko mnie, ale też moje dzieci... - Tak błagalnego tonu w głosie siostry Jennifer nie słyszała nigdy. Wstała.
     - Nie. Możesz opuścić mój dom. Mam swoje życie, ty masz swoje. Radź sobie sama.
     - Jestem twoją siostrą.
     - Nie - odparła twardo Jennifer. - Ja nie mam siostry. Zginęła dwadzieścia dziewięć lat temu.

     Bedlam, dzień dzisiejszy.
     Na posadzkę sączyła się krew. Jennifer z obrzydzeniem zmieszanym z paniką szarpała palcami ranę, usiłując wydostać ze swego ciała oślizgłe, ogromnych rozmiarów glisty, wijące się ohydnie wśród kałuży krwi, gdy upadły na posadzkę. Jessica przyglądała się temu z kąta izolatki.
     - Nie pozbędziesz się tego - powiedziała beznamiętnie. - Chyba, że przeprosisz.
     Jennifer zaniosła się płaczem, opadając na posadzkę. Jej kolana przygniotły cielsko wyjątkowo dużej, wijącej się glisty, ale już tego nawet nie zauważyła. Całe miesiące udręki, glist w jej ciele, robaków, szczurów, węży, skorpionów i wielu, bardzo wielu innych dowodów na inwencję twórczą Jessiki wyczerpały jej system nerwowy i zmieniły go w strzępki neuronów, które od biedy odbierają bodźce z otoczenia.
     - Przepraszałam już milion razy! - załkała rozpaczliwie Jennifer. - Czego ode mnie chcesz, demonie?!
     - Jestem duchem, nie demonem - odparła Jessica spokojnie. - Czarodzieje po śmierci mogą się stać duchami, jeśli chcą. Ja chciałam. Musiałam dokończyć pewną sprawę. Moje dzieci poszły dalej. Poczekają na mnie, dopóki z tobą nie skończę.
     - Ale czego ty chcesz?! - wrzasnęła Jennifer tak, że pielęgniarz czuwający po drugiej stronie drzwi poderwał się i rozpoczął wprowadzanie sekwencji otwierającej drzwi izolatki.
     - Skruchy - odparł duch siostry głosem, który potoczył się po izolatce echem, co samo w sobie było niemożliwe. Ale zaistniało.
- Tylko skruchy, siostro.
     KONIEC.


     * Bedlam (Bethlem Royal Hospital) jest najstarszym szpitalem psychiatrycznym na świecie. Jako szpital psychiatryczny istnieje od 1403 roku, ale jego początki sięgają trzynastego wieku. Aktualnie stanowi część South London and Maudsley NHS Foundation Trust (SLaM) i znajduje się w południowym Londynie.
     ** Urojenia inkoherentne - nielogiczne, mogą być tematycznie nie związane ze sobą, skrajne, dziwaczne, o anormalnej treści.

_________________
Je ne suis pas d'accord avec ce que vous dites, mais je me battrai jusqu'au bout pour que vous puissiez le dire.
[Voltaire]

Fairy tales do not tell children that dragons exist. Children already know that dragons exist. Fairy tales tell children that dragons can be killed.

[Chesterton]

Au-delà | Quasi-publicystycznie


Ostatnio edytowany przez Chauve-Souris 01 Paź 2008, 01:22, edytowano w sumie 2 razy

Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 06 Lip 2008, 21:35 
Offline

Dołączenie: 02 Wrz 2007, 19:56
Posty: 96
Miejscowość: z szóstego kręgu piekieł
Płeć: Kobieta
Pierwsza reakcja : ŁAŁ.

Najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

Podobało mi się. Lubie, lubie, uwielbiam thrillery i zdecydowanie ten tekst moge tak zakfalifikować. Najbardziej przypadła mi do gustu scena z lustem i szramą.
Lubie psychozę, a "Skrucha" psychozą trąca.
Czarodziej prześladuje mugola, a mugolscy lekarze mogą stać w ślepym zaułku. Przypadek, ale ostatnio zastanawiałam się, jakby to było, gdyby ktoś wylądował w wariatkowie przez posiadacza różdżki. Gdy lekarz przydzie zapytać, jak się pacjentka dziś czuje, to do listy robaków, szczurów, krwi na ścianie i szramy na twarzy, doda siostrę czarodziejkę.


Pozdrawiam i gratuluje udanego tekstu.
:wink:

_________________
"bo ona ona różne ma imiona
jedni wołają ją miłość inni zgaga pieprzona
bo ona ona imiona różne ma
jedni wołają ją szczęście
niepojęte
inni samica psa" H.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 07 Lip 2008, 10:00 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 25 Lut 2008, 18:13
Posty: 164
Miejscowość: Olsztyn
Płeć: Kobieta
Hmm...
Na początek gratuluję udanego pojedynku i zwycięstwa. Tekst miał w sobie to coś, co sprawiało, że czytelnik był zaciekawiony i pragnął dowiedzieć się, co będzie dalej. Pomysł oryginalny. Bohaterką jest mugolka, co jest raczej niespotykane. Nie podobał mi się zapis typu 3 miesiące wcześniej. Moim skromnym zdaniem wporowadzał uczucie zamętu.
Co do treści. Wydaje mi się, że siostra głównej bohaterki nie była znowu taka dobra. No bo najpierw zero kontaktu, a potem prośba, kiedy groziło jej niebezpieczeństwo, a na koniec, gdy pomocy nie otrzymała - zemsta. I właśnie ta zemsta, świadczy o braku miłości do Jennifer. Owszem, główna bohaterka nie postąpiła dobrze, ale nie oznacza to, że jest zła. Skoro po takim czasie nie wyraziła skruchy, to oznacza, że postąpiła tak jak chciała postąpić. Czyż nie? Jeszcze jedno mnie denerwowało - imie głównej bohaterki. Kojarzy mi się z niezapomnianym dziełem niejakiej .::TRINITY::. (czy coś takiego). Jednak fakt ten, nie miał żadnego wpływu na odbiór.
Pozdrawiam, Yo

_________________
Najprostsze wyjście
Uuk
Lustereczko 5/5
Oczy


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 07 Lip 2008, 23:22 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 17 Lut 2008, 15:01
Posty: 37
Miejscowość: Kraków
Płeć: Kobieta
Tekst dopiero pochlonelam, komentarz pisze "na goraco"...
Pierwsze wrazenie pozytywne, chociaz wiem, ze stac Cie na wiecej. Tekst wciaga, czyta sie go przyjemnie, lekko, za jednym zamachem, bo nie chce sie od niego oderwac. Masz swietny styl, o czym Ci juz chyba kiedys mówilam, ale nie zaszkodzi sie powtórzyc.
A tak odnosnie fabuly... Juz mówilam, ze wciaga, pomysl bardzo dobry, wykonanie jeszcze lepsze, ale czegos mi tutaj brakuje. Tekst byl dosc przewidywalny, to chyba ten jedyny mankament. Podobalo mi sie to pomieszanie chronologii, ingerencja swiata czarodziejów w zycie bohaterki i to, ze fabula pokazywala druga wojne z mugolskiej perspektywy. Dobra konstrukcja postaci. Jessice widze jako taka stereotypowa Slizgonke, za to Jennifer jako zwykla kobiete, zyjaca wedlug swoich zasad, ulozona, odpowiedzialna, dojrzala, nieco nudna, której zycie sie diametralnie komplikuje, kiedy wkracza w nie magia. Postaci sa realistyczne, znane nam.

A, wlasnie. Bledzik taki znalazlam:
Cytuj:
Wielkimi, pogrubiony literami u samej góry strony wypisane było imię i nazwisko pacjentki i kilkakrotnie podkreślone słowa: schizofrenia paranoidalna.

"Pogrubionymi" byc powinno.

I jeszcze, ale tu nie mam stuprocentowej pewnosci:
Cytuj:
Całe miesiące udręki, glist w jej ciele, robaków, szczurów, węży, skorpionów i wielu, bardzo wielu innych dowodów na inwencję twórczą Jessiki wyczerpały jej system nerwowy i zmieniły go w strzępki neuronów, które od biedy odbierają bodźce z otoczenia.

Nie powinno byc "Jessici"? Nie wiem, czy forma "Jessiki" jest niepoprawna, ale wydaje mi sie, ze powinnas sie juz trzymac jednej wersji zapisu...

Generalnie, tekst jest bardzo dobry, ale zdarzaly Ci sie lepsze i takich teraz od Ciebie oczekuje:). Gratuluje wygranego pojedynku. I wiecej wiary w siebie!
Pozdrawiam serdecznie,
klecza

(I wybacz brak polskich znakow. Do soboty ich nie posiadam)

_________________
Jam Rogaczka. Nieuleczalna.

"Błąd jest przywilejem filozofów. Tylko głupcy nie mylą się nigdy".
Sokrates


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 25 Gru 2008, 15:10 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 21 Maj 2008, 17:00
Posty: 259
Miejscowość: warszawa
Płeć: Kobieta
Znalazłam link do tego ficka w świstoklikach, o temacie horrory (dzięki Ireth Tasartir). Dla mnie to thriller, a ja bardzo lubię dreszczowce i horrory.
Uwielbiam je wprost, a ten dreszczowiec podbił moje serce. Wprost pochłonęłam ficka. Bardzo wciąga, tak że ma się ochotę na więcej.
Jenniefer przypomina mi poukładaną Petunie, jej życie też niby wzorowe, w opinii publicznaj wspaniała rodzina, a skrywa najbardziej niezwykłego chłopca w czarodziejskim świecie.
Moim zdaniem taką samą nienawiść żywi bohaterka do siostry, co Petunia do Harry'ego. Tylko Potter nie mści się, nie każe... On wybacza, ale przecież jest jedyny w swoim rodzaju.
Fick bardzo mi się podobał, prawie z fotela wyskoczyłam, oczywiście z ciekawości, aczkolwiek później podejrzewałam co będzie dalej, jednak nie zastanawiałam się nad tym, czytałam dalej.
Naprawdę gratuluję takiego tekstu. Muszę tez przyznać, że pierwszy raz czytam takiego ficka o tematyce Potterowkiej.

Pozdrawiam, Groszek.

PS
Przez Ciebie mam ochotę na więcej... xD
Trochę chaotycznie napisałam, ale nic więcej z siebie nie wykrzesam... To z wrażenia.

_________________
Ja ze swojej strony robiłem wszystko, co w mojej mocy, by pan Malfoy przestał być ulubionym śmierciożercą Lorda Voldemorta.
Albus Dumbledore, Baśń Fontanna Szczęśliwego Losu.

Podobieństwa czynią przyjaźń radosną, różnice ciekawszą.

Róbmy wszyscy wsady!


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 26 Gru 2008, 00:16 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 23 Gru 2008, 18:48
Posty: 5
Miejscowość: Kraków
Płeć: Kobieta
Na początek gratuluję wygranego pojedynku!
Muszę przyznać, że dopiero co skończyłam czytać. I tak myślę nad tym tekstem, myślę i wymyśliłam to, że mi się chyba nie podoba. Nie chodzi mi oczywiście o błędy ortograficzne, czy gramatyczne. Tylko o fabułę i kanoniczność.


Cytuj:
" - Jestem duchem, nie demonem - odparła Jessica spokojnie. - Czarodzieje po śmierci mogą się stać duchami, jeśli chcą. Ja chciałam. Musiałam dokończyć pewną sprawę. Moje dzieci poszły dalej. Poczekają na mnie, dopóki z tobą nie skończę."

O ile się nie mylę, to w V tomie Harry, po śmierci Syriusza, pytał Prawie Bezgłowego Nicka o to czy Black mógłby powrócić jako duch. Nick wyraźnie mu powiedział, że jeśli ktoś zdecyduje się być duchem, czyli zatrzymać się w połowie drogi, nie może iść dalej. Może źle zrozumiałam, ale tutaj Jessica chce pójść dalej po zemście na siostrze. Czyż nie?

Jakoś ten tekst nie chce mi się poukładać w głowie. Nie za bardzo wiem czy to pięć miesięcy wcześniej było od sytuacji opisanej powyżej czy od tego zdarzenia, które było opisane jako pierwsze.
Reasumując, tekst napisany jest stylistycznie dobrze, powiedziałabym nawet bardzo dobrze, potrafisz nim zaciekawić czytelnika, przyjemnie od niego wieje grozą, ale dla mnie to nie jest TO.

Z życzeniami dużego Wena i bardzo wesołych świąt:

Irlel.

_________________
"Całun i suknia ślubna to jedno. Winnaś żyć umierając i umierać żyjąc; winnaś poddać się walcząc i walczyć poddając się. [...]Pomyśl jak ludzie gaszą pożar: zapalają przeciwogień."
J. Greenberg, "Życie to nie bajka"


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 15 Mar 2009, 15:14 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 04 Sty 2009, 22:19
Posty: 22
Płeć: Kobieta
Niesamowita opowieść, pełna napięcia i tajemniczości. Cudowny temat. Cytat na początku podpowiadał czytelnikowi przyczynę szaleństwa Jennifer, choć duch pozostawał zagadką. Świetna, nietypowa historia. Charakter postaci bardzo realistyczny, cała sytuacja (wyłączając magię oczywiście) takoż. Nie wiem jaki był drugi tekst i czy warunki zostały spełnione, ale wygraną uważam za słuszną. Utwór ma klimat i przez cały czas czułam chłód mgły na plecach. Skoki w czasie trochę mi się plątały, ale to pewnie wina mojego braku koncentracji, nie sposobu napisania.
Zaraz zabieram się do pozostałych Twoich tworów, bo w kościach czuję, że to nie jest pojedynczy sukces.
Pozdrawiam.

_________________
Gryffleclarin.
I wszystko jasne.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Skrucha.
 Opis: pojedynkowe, wygrane, mówią, że thriller
PostWysłany: 10 Kwi 2009, 19:45 
Offline

Dołączenie: 11 Sty 2009, 13:38
Posty: 193
Miejscowość: Praszka
Płeć: Kobieta
Bardzo ładne opowiadanie, w którym stopniowo rośnie napięcie. Szczególnie potrafiły wystraszyć setki zapalonych świec i rozoranie sobie twarzy paznokciami, pewnie ze strachu. Podoba mi się, choć jednocześnie straszy, postać Jessici. Nie potrafiła być litościwa, skoro przez upartość siostry umarły zarówno jej dzieci, jak i ona sama. Powoli wykańczała siostrę tym, czego ona nie lubiła - nieporządkiem w jej życiu. Dla osoby tak poukładanej, która miała wszystko zaplanowane, te wszystkie niewytłumaczalne zdarzenia musiały być ogromnym szokiem.

Podobają mi się postaci, które są ciekawe i w pewien sposób sycące. Podobał mi się też taki stereotyp uporządkowanej rodziny. Polubiłam też w jakiś niewytłumaczalny sposób Johna. Wydaje się miłym, ciepłym człowiekiem, który od czasu do czasu robi wypady na ryby. Jego praca musiała być też fascynująca, więc nie mógł wytrzymać z tak uporządkowaną żoną. Jennifer, jakkolwiek nie wydawałaby się nudna, też była dla mnie ciekawą postacią. I trochę absurdalnie kojarzyła mi się z jakąś kobietą, która krzyczy w horrorze, widząc ducha.

Te wszystkie glisdy, szczury, świece... To wszystko wydawałoby się wręcz niemożliwe, biorąc pod uwagę fakt, że siostra zrobiła to drugiej siostrze. Jednakże Jessica była matką i nie mogła wybaczyć Jennifer tego, że wręcz uśmierciła jej dzieci. Dlatego też cieszę się, że ukazałaś Jessie właśnie taką. Kochającą matkę, która tak łatwo nie odpuści, nawet jeśli chodzi o wpędzenie siostry do szpitala psychiatrycznego. A Jenny cóż... ona mimo wszystko zachowała się jak suka.

Ciekawe opowiadanie z interesującymi bohaterami. Tekst niebywale wciąga, a ja czekam na więcej Twoich utworów, bo niewątpliwie piszesz dobrze. A tytułowa skrucha jest dobitną rzeczą w tym fanfiction.

Pozdrawiam,
Lou

_________________
Wyobraźnia kobiety jest bardzo gwałtowna, w jednej chwili przeskakuje od zauroczenia do miłości, od miłości do małżeństwa.
Duma i uprzedzenie, Jane Austen


Marzenia po horyzont
Bańki mydlane
Bezczelna autoreklama...


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 8 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Minerwa, Nausicaa oraz 13 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group