Prezentowany tekst powstał na potrzeby pojedynku. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, wygrał, chociaż pisałam go w ciągu około 6 godzin w dzień pojedynku, bez pomysłu i weny, za to spontanicznie i "na gorąco". Mówią, że to thriller, a ja wolę wierzyć.
Zabrakło pomysłu, weny, czasu i snu, więc tekst nie zdążył przejść przez betę. Wszelkie błędy są więc wyłącznie winą Autorki. Skrucha. - Nie każdy może wrócić jako duch.
- To znaczy? - zapytał szybko Harry.
- Tylko... tylko czarodzieje.
HPiZF, Rozdział Trzydziesty Ósmy "Początek drugiej wojny". Bedlam*, dzień dzisiejszy. Doktor Monica Chavez zamknęła dokładnie drzwi i bez świadomego udziału umysłu wystukała kod w szyfrowym zamku elektronicznym. Przez ostatnie kilka miesięcy bywała w tym pokoju tak często, że choć zwykle miała problemy z zapamiętywaniem ciągów cyfr, tę szczególną sekwencję potrafiła wyrecytować obudzona w środku nocy - co zresztą jej się zdarzało. Podczas spokojnych, nocnych dyżurów doktor Chavez czasem pozwalała sobie na krótkie drzemki w wygodnym fotelu w dyżurce. Prawo Murphy'ego jednak nie śpi - właśnie wtedy bardzo często następowały ataki i w ciągu kilkunastu sekund, których potrzebowała na dotarcie z dyżurki do izolatki pacjentki, doktor Chavez nie do końca była w stanie się rozbudzić. Mimo to jeszcze ani razu nie pomyliła się przy wpisywaniu kodu.
Uśmiechnęła się do pielęgniarza, który pomógł załagodzić dzisiejszy atak. Magister Terry Hicks był znacznie starszy od niej i miał dwukrotnie większe doświadczenie. Z pochodzenia był Amerykaninem i jako młody chłopak tuż po studiach służył w piechocie morskiej. Powróciwszy z Wietnamu przeprowadził się do Wielkiej Brytanii i tutaj rozpoczął nowe życie jako pielęgniarz, i to piekielnie dobry. Obecnie był przełożonym pielęgniarzy na oddziale doktor Chavez.
- Dobra robota, pani doktor - powiedział Hicks swoim głębokim, zawsze spokojnym głosem. - Wyglądało to nieciekawie.
Doktor Chavez zmarkotniała.
- Mam wrażenie, że się cofamy, panie Hicks - westchnęła. - Żadnej poprawy w ciągu ostatnich czterech miesięcy!
- Wie pani, że niektórych przypadków po prostu nie da się wyleczyć.
- Wiem. - Pokręciła głową. - Ale z nią jest coraz gorzej.
Hicks długą chwilę milczał.
- Może - powiedział w końcu - ona wcale nie chce wyzdrowieć.
Londyn, sześć miesięcy wcześniej. Jennifer Kelly była spokojną i zorganizowaną osobą. Jej poukładany, uporządkowany świat mógłby wydawać się nudny komuś stojącemu z boku, ale Jennifer dawał poczucie bezpieczeństwa. Jej dom zawsze lśnił czystością, nie dlatego jednak, że Jennifer była pedantką; brud i bałagan nie przeszkadzał jej
u kogoś, pani Kelly po prostu lubiła mieć wszystko pod ścisłą kontrolą, zawsze wiedzieć, gdzie co się znajduje i w każdej chwili być gotową na jakąkolwiek niespodziewaną sytuację. Jennifer nigdy się nie spóźniała. Do pracy przychodziła pięć minut wcześniej, by ogarnąć biurko - które nigdy nie wymagało ogarnięcia, gdyż co wieczór zostawiała je w idealnym porządku - a po syna do szkoły przyjeżdżała punktualnie o dziewiętnastej piętnaście, tuż po zakończeniu treningu. Samochodem zresztą także jeździła w sposób całkowicie kontrolowany - nawet spojrzenia w lusterka rzucała z upartą regularnością. Nigdy nie zbaczała z trasy, chodziła tylko do jednego określonego domu handlowego z supermarketem, a każdą wyprawę poza swoje "terytorium" dokładnie planowała.
Jennifer nie lubiła niespodzianek. Jej dzieci zawsze zawczasu wiedziały, co dostaną na urodziny, a mąż nigdy nie mógł liczyć na spontaniczne uniesienia namiętności. Nawet seks Jennifer planowała i wpisywała w organizer. Dwójka dzieci, starsza Mary i młodszy Jason, nie stanowiła dla niej zaskoczenia. Jennifer dokładnie wiedziała, którego dnia i o której godzinie się poczęły.
Małżeństwo państwa Kelly rozpadło się po piętnastu latach. John Kelly powiedział w sądzie, że zmęczył się żoną. Jennifer przyjęła to spokojnie. Rozwód był pierwszą niezaplanowaną rzeczą w jej życiu, od kiedy skończyła jedenaście lat. Od tamtego czasu Mary mieszkała z ojcem, a Jason z matką. W weekendy się wymieniali, a na wakacje jeździli wspólnie, bo ani Jennifer, ani John nie znaleźli sobie partnerów.
Poukładany świat Jennifer Kelly miał roztrzaskać się na kawałki po powrocie z takich wspólnych wakacji, trzecich już od rozwodu. Lato tego roku było zimne i mgliste, więc rodzina Kellych wybrała się tym razem do Włoch. John Kelly był naukowcem i bardzo dużo zarabiał, chociaż nigdy nie powiedział, co tak właściwie robi. Jennifer trochę to irytowało - drobiazg nieujęty w ramy jej doskonałego świata - ale hasło "rządowa tajemnica" zazwyczaj zamykało jej usta. Najważniejsze było to, że były mąż płacił alimenty i nie stronił od wychowywania dzieci.
Po słonecznych plażach Toskanii powrót do deszczowego, pełnego dziwnej, zimnej mgły Londynu nie należał do przyjemnych, a jednak Jennifer bardzo ulżyło, gdy znów znalazła się w swoim uporządkowanym domu i mogła wrócić do zorganizowanego trybu życia. Miała sporo do nadrobienia w pracy, w dodatku zbliżał się okres bilansowy i Jennifer z satysfakcją zanurzyła się w cyferkach i ustawach. Nawet lekkie podenerwowanie, gdy suma przychodu na bloczku "Winien" nie zgodziła się z sumą rozchodu na bloczku "Ma", jako element codziennej rutyny, okazało się źródłem zadowolenia.
Gdy Jennifer dotarła do domu, jadąc wolniej i ostrożniej niż zwykle, gdyż widoczność spadła do dwóch metrów, Jasona jeszcze nie było. W wakacje bardzo często chodził do ojca, a Jennifer mu na to pozwalała, wychodząc z założenia, że lepiej, by przebywał z nim, gdy jej nie ma, aniżeli nudził się w domu lub szlajał po ulicach.
Zapalone w salonie światło odrobinę ją zdziwiło, ale nie zaniepokoiło. Powtarzała Jasonowi wielokrotnie, że powinien gasić światło, gdy wychodzi, ale to w końcu tylko dwunastolatek, nie można zbyt wiele od niego wymagać. Jennifer przekręciła klucz w zamku i weszła. Od razu skierowała się do salonu, by naprawić przeoczenie chłopca.
Zamarła, gdy zobaczyła, kto siedzi na kanapie.
Ottery St Catchpole, dwadzieścia dziewięć lat wcześniej. Gdy się na nie patrzyło, wydawało się, że huśtawka jest tylko jedna, nie dwie, za to odbita w lustrze. Okupujące je dziewczynki były identycznie ubrane w zielone spódniczki i białe bluzeczki, obie miały loki o złotym, jedwabistym połysku i czerwone buciki. Jedyną różnicę stanowił wyraz twarzy; ta po lewej była wyraźnie naburmuszona i zła, jej bliźniaczka uśmiechała się w sposób, który sugerował, że w tej chwili jest najszczęśliwszą dziewczynką na świecie.
- Dlaczego to ty, a nie ja? - zapytała ta po lewej. W jej głosie brzmiał wyrzut. - Zawsze wszystko robiłyśmy razem!
- Nie wiem - odpowiedziała jej siostra. - To nie moja wina. Chciałabym, byś też mogła, ale...
- Wcale nie! - Dziewczynka zsunęła się z huśtawki i stanęła, łapiąc się pod boki. - Wcale nie chcesz! Chcesz się mnie pozbyć! To dlatego! I teraz mama cię będzie bardziej kochać, bo ty możesz, a ja nie!
- Głupstwa opowiadasz! Mama kocha nas tak samo. I ja cię kocham.
- A ja ciebie nie! Nienawidzę cię! - wykrzyknęło dziecko, tupiąc nóżką ze złości. Bliźniaczka nie odpowiedziała, bo teraz rozległo się wołanie z pobliskiego domu, ale uśmiech znikł z jej twarzy.
- Jessie! Jenny! Kolacja!
- Widzisz - poskarżyła się dziewczynka. - Teraz woła ciebie najpierw. A zawsze najpierw wołała mnie!
I rozpłakała się.
Londyn, pięć miesięcy wcześniej. Mgła nie ustępowała, wręcz przeciwnie, zdawała się nasilać. Jennifer teraz nawet w samym środku dnia musiała używać świateł przeciwmgielnych i wcale jej to nie nastrajało optymistycznie. Wróciła do domu nieco wcześniej, bo w pracy wysiadł prąd. Awaria, o czym przekonała się, dojeżdżając do garażu, dotarła także i do jej domu. Nie mogąc otworzyć bramy, zostawiła samochód na podjeździe i weszła do ciemnego domu. Doskonale wiedziała, gdzie schowała świeczki, kupione na takie właśnie okazje. Po omacku przeszła przez przedpokój i ostrożnie wspięła się na piętro. Schody były bardzo strome, trzeba było uważać. W dzieciństwie Jason i Mary kilkakrotnie z nich spadali, na szczęście niegroźnie.
Drzwi łazienki były otwarte. Trochę to zdziwiło Jennifer. Czyżby ich nie zamknęła, schodząc rano na dół? Zawsze to robiła. Musiała zapomnieć. Cóż, nawet najlepszym się zdarza.
Ciemność w łazience była niemal całkowita, dlatego bardzo ją zdziwiło, że w lustrze zobaczyła odbicie swojej twarzy. Blady, niemalże biały owal z dwoma ciemnymi punkcikami pośrodku. Serce zabiło jej mocno. Zamknęła oczy i cofnęła się gwałtownie z powrotem do przedpokoju, gdzie było trochę jaśniej.
Twarz w lustrze oszpecona była długą, czerwoną blizną, ciągnącą się od skroni przez oko, nos i usta aż do szyi.
Oddychając szybko i płytko uniosła dłonie do twarzy. Z bijącym mocno sercem dotykała skóry, przekonując się, że jest - jak zawsze - nienaruszona.
Przywidzenie, powiedziała sobie, zaciskając wciąż powieki. Po prostu przywidzenie.
Ale kiedy znowu zajrzała do łazienki, ciemność była tak nieprzenikniona, że nie było mowy o ujrzeniu jakiegokolwiek odbicia w lustrze. Przełknęła ślinę i zamknęła drzwi.
W sypialni znalazła świeczki, ale przypomniała sobie, że zapałki pożyczał Jason i oczywiście nie odłożył ich na miejsce. Poszła więc do jego pokoju, na chwilę zostawiając zamknięte pudło pełne świeczek w swojej sypialni. Zapałki znalazła w biurku syna, przy okazji zbierając z pokoju kilka byle jak rzuconych ubrań i papierków.
Gdy wróciła na korytarz, drzwi sypialni były zamknięte, choć zostawiła je otwarte.
Wiatr, powiedziała sobie stanowczo. To tylko wiatr.
Spod szczeliny pod drzwiami sączył się dziwny, czerwonawy blask. Czyżby latarnia na ulicy się przepaliła i zaczęła świecić tak dziwnie?
Otworzyła drzwi i aż odskoczyła z przerażenia.
Wszystkie świecie, dobrze ponad setka, paliły się czerwonymi płomieniami, poustawiane byle jak na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Co więcej, wosk był w połowie stopiony, jakby świece paliły się już od wielu godzin.
Jennifer upuściła trzymane w dłoniach ubrania i śmieci i zbiegła po schodach. Z torebki wyłuskała komórkę i drżącymi palcami wykręciła numer. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej to, co zobaczyła na ścianie salonu.
Zemsta będzie straszna, głosił napis wykonany czymś ciemnoczerwonym, gęstym, czymś przerażająco podobnym do... krwi.
Poczuła coś mokrego i lepkiego spływającego jej po skroni. Uniosła dłonie i dotknęła twarzy.Gdy spojrzała na swoje palce, zrozumiała, że to dziwne zgrubienie, które wyczuła pod skórą, jest głęboką, zaczynającą się nad prawą brwią, a kończącą na szyi, poszarpaną raną.
Bedlam, cztery miesiące wcześniej. - Sama sobie to zrobiła? - zapytała doktor Chavez, przyglądając się fotografiom. Hicks skinął głową bez słowa.
- Ale jak? - zdziwiła się lekarka. - Niemożliwe. Nożem? Przecież...
- Gorzej - mruknął pielęgniarz. - Paznokciami.
Londyn, pięć miesięcy wcześniej. Rozległo się pukanie do drzwi. Jennifer drgnęła gwałtownie.
- Jen? - Zza drewna dobiegł jej głos Johna. - Wszystko w porządku?
- Tak, już kończę! - odkrzyknęła i wzięła do ręki czarny tusz. Spojrzenie w lustro sporo ją kosztowało, ale zdołała się opanować. Malując rzęsy, myślała o tym, że John jest bardzo w porządku. Pięć pociągnięć na lewą powiekę, pięć na prawą.
Zamrugała i zerknęła w odbicie. Efekt wydał jej się zadowalający, choć wciąż była trochę blada. Odłożyła tubkę z tuszem i odwróciła się, kątem oka chwytając jakieś poruszenie w lustrze. Serce podeszło jej do gardła, ale gdy spojrzała raz jeszcze, zrozumiała, że to tylko jej lok, uniesiony podmuchem.
John czekał na nią przed drzwiami. Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała tym samym. Razem zeszli na dół i usiedli przy stole. Mary i Jason byli tego wieczoru bardzo rozgadani; rzadko się zdarzało, by mogli się spotkać wszyscy razem poza wakacjami. Okazja była uroczysta: osiemnaste urodziny Mary. Z początku planowali wielką imprezę dla wszystkich krewnych, ale jakiś czas temu mama nagle zmieniła plany. Od tygodnia zresztą zachowywała się nieco inaczej, niż zwykle. Mary ani John tego nie zauważyli, gdyż już z nimi nie mieszkała, ale Jason widział bardzo wyraźnie, że mama jest trochę roztargniona. Dwa razy spóźniła się po treningu i musiał na nią czekać, raz przypaliła obiad, a wczoraj wróciła z pracy rozczochrana i zapłakana. Dziś tryskała humorem i wydawało się, że wszystko wróciło do dawnego stanu.
Jennifer podniosła się, by przynieść tort.
- Pójdę z tobą - zaproponował John.
- Nie, nie - odparła uspokajająco. - Poradzę sobie.
Nie minęło nawet piętnaście sekund, gdy z kuchni dobiegł ich jej przeraźliwy krzyk. Wszyscy poderwali się i pobiegli w ślad za nią. Matka siedziała na podłodze i szlochała, a tort, ozdobiony malowniczo wygiętą lukrową osiemnastką, stał na stole w szczątkach.
Na palcach matki był krem.
John przyklęknął przy niej i objął, kołysząc lekko.
- To.. to za dużo... - łkała. - Najpierw te świecie... i ta blizna... i napis... i ten kluczyk w oku... i ręka w biurku w pracy... i wąż w piekarniku... i... i teraz to!
John mocniej przytulił ją do siebie.
- Widziałam robactwo - szlochała matka. - Wyłaziło z tortu. I był tam... był tam martwy szczur... Ruszał się i patrzył na mnie...
- Spokojnie - zamruczał John. - Spokojnie, już nic ci nie grozi, wszystko w porządku, nie ma żadnego szczura, nie ma żadnych robaków, nie ma napisu, nie ma rany, nigdy ich nie było...
Jennifer płakała, jak nie płakała od chwili, gdy skończyła jedenaście lat i dowiedziała się, że jej siostra-bliźniaczka pójdzie do specjalnej szkoły, a ona musi zostać w gimnazjum w Ottery St Catchpole.
A pomiędzy jednym wybuchem płaczu a drugim, gdzieś daleko, spoza głosów Johna i dzieci, dochodził ją drwiący, pełen triumfu śmiech.
Bedlam, trzy miesiące wcześniej. Pacjentka była całkiem spokojna. Siedziała w fotelu i rozglądała się z ciekawością po gabinecie. Dłonie miała złożone na kolanach, zwykłą, szpitalną koszulę i szlafrok bez jednej zmarszczki, a włosy starannie uczesane i spięte w kok.
- Dzień dobry, pani Kelly - przywitała się doktor Chavez, siadając w fotelu naprzeciw Jennifer.
- Dzień dobry, doktor Chavez. Czy zdecydowała się pani mnie wypuścić?
- Jeszcze nie - odparła lekarka, wyjmując z szuflady biurka podkładkę z notatkami. Wielkimi, pogrubionymi literami u samej góry strony wypisane było imię i nazwisko pacjentki i kilkakrotnie podkreślone słowa:
schizofrenia paranoidalna. Mniejszym pismem dopisano dalej uwagi wstępne:
urojenia inkoherentne**, liczne halucynacje wzrokowe, słuchowe, smakowe, węchowe, dotykowe, brak rozdwojenia jaźni, brak jakichkolwiek oznak dezorganizacji zachowania, napady paniki i autoagresji, skłonność do samookaleczenia. Każda z tych myśli była rozwinięta w długiej, często wielostronicowej notatce.
- Jeszcze nie - powtórzyła doktor Chavez. - Musimy się upewnić co do pani stanu zdrowia.
- Nie jestem obłąkana - powiedziała Jennifer stanowczo.
- Oczywiście, że nie - zgodziła się lekarka. - Jest pani chora.
- Nie.
- A te rany na rękach i brzuchu?
Jennifer umknęła wzrokiem.
- Zagoją się - odparła, wiedząc, że nie o to chodziło w pytaniu.
- Długa droga przed nami, pani Kelly - westchnęła doktor Monica Chavez. - Zanim nauczy się pani ufać mi na tyle, by opowiedzieć wszystko.
Londyn, sześć miesięcy wcześniej. - Co ty sobie w ogóle myślisz, przychodzisz do mojego domu po tylu latach bez ostrzeżenia, wchodzisz jak do swojego, kto dał ci klucze? - zawołała Jennifer na jednym oddechu, gdy ochłonęła ze zdumienia. Kolejna niezaplanowana rzecz w jej zorganizowanym życiu.
- Nie potrzebuję kluczy, by wejść - powiedziała Jessica spokojnie. Jennifer zauważyła, że drży jej głos. Twarz siostry - twarz jak dwie krople wody podobna do twarzy Jennifer - była blada i wymęczona. W jej wzroku było coś, co kazało pani Kelly przestać krzyczeć. Opadła na fotel.
Jessica próbowała się uśmiechnąć, choć nie bardzo jej wyszło.
- Opowiedz, co u ciebie, Jenny? - zagadnęła. Jennifer drgnęła. Od dwudziestu lat, to jest od wypadku samochodowego, w którym zginęli ich rodzice, nie słyszała tego zdrobnienia. Przyjaciele i John mówili do niej "Jen", a współpracownicy i dalsi znajomi "Jennifer".
- Mam dwoje dzieci. Rozwiodłam się z mężem. Pracuję jako główna księgowa. Co jeszcze chcesz wiedzieć, Jessie? - odparła Jennifer, akcentując ostatnie słowo. Bliźniaczka nie przejęła się tym.
- Też mam dwoje - odparła. - Mój mąż pracuje w Ministerstwie Magii.
Jennifer zmarszczyła brwi.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że twoi ludzie są w rządzie?
Jessica żachnęła się na wyrażenie "twoi ludzie", ale potem machnęła ręką.
- Coś w tym stylu. Tylko Premier wie o istnieniu Ministerstwa Magii. Nieistotne. Tak czy inaczej, Perseusz niedługo zostanie wylany z pracy...
Jennifer przewróciła oczami. Co ją to mogło obchodzić? Od dwudziestu lat nie miała kontaktu z siostrą i nie czuła się z tego powodu pokrzywdzona. Gdy znów spojrzała na Jessicę, zauważyła na jej twarzy wyraz nienormalnego napięcia. Zdziwiło ją, że wciąż potrafi tak dobrze odczytywać nastroje siostry.
- Jennifer, nie przyszłam na pogawędkę.
- Mogłam się domyślić - prychnęła pani Kelly. - Czego chcesz?
- Musisz mi pomóc - powiedziała bliźniaczka. - To sprawa życia i śmierci...
- Streszczaj się, Jessie, niedługo wróci mój syn.
- Nasz... mój świat opanowało zło - podjęła niepewnie Jessica. - Pewien... zły, bardzo, bardzo zły czarnoksiężnik doszedł do władzy. On nie waha się zabijać, Jenny. Zamordował już setki ludzi. Także mugoli... to znaczy, normalnych ludzi - poprawiła się. - Nie
naszych. Nie możemy temu zaradzić... cała nadzieja w chłopcu... ale on zniknął, jakby się rozpłynął...
- Jessie.
- Tak. - Siostra odchrząknęła. - Ta mgła, morderstwa, to tornado i zawalenie się mostu... to wszystko JEGO robota.
- Chłopca? - zapytała nieco drwiąco Jennifer. Opowieść siostry nie zrobiła na niej wielkiego wrażenia, tylko ją zirytowała. No tak, więc to przez
nich są takie problemy... i ta mgła! I śmierć jej szefa parę tygodni temu, który akurat był na tamtym moście... Wszystko to, czego Jennifer nie zaplanowała...
- Nie. Tego... czarnoksiężnika. I jego popleczników... my nazywamy ich śmierciożercami.
Jennifer prychnęła. Też nazwa!
- Ten czarnoksiężnik opanował Ministerstwo - kontynuowała Jessica. - I wprowadził coś, co się nazywa... Statusem Krwi. Ci, którzy... którzy urodzili się w rodzinie mugoli... jak ja... są w niebezpieczeństwie.
- A to czemu?
- Bo on nienawidzi szlam - powiedziała Jessica, jakby to było oczywiste i wszystko wyjaśniało. - Jenny, on mnie zabije. Chyba że mi pomożesz...
Jennifer nie odpowiedziała. Nie patrzyła na siostrę.
- Musisz - podjęła Jessica po długiej chwili milczenia - musisz pójść ze mną do Ministerstwa i zaświadczyć, że nasza matka była czarownicą... Jej panieńskie nazwisko jest takie, jak pewnej rodziny czystej krwi... Muszę im udowodnić, że mam w rodzinie choć jednego czarodzieja... - mówiła coraz bardziej łamiącym się głosem. - Proszę, Jenny...
Jennifer spojrzała na nią zimno.
- Trzeba było sobie o mnie przypomnieć dwadzieścia lat temu.
- Proszę... - jęknęła Jessie.
- Nie.
- Zabijesz nie tylko mnie, ale też moje dzieci... - Tak błagalnego tonu w głosie siostry Jennifer nie słyszała nigdy. Wstała.
- Nie. Możesz opuścić mój dom. Mam swoje życie, ty masz swoje. Radź sobie sama.
- Jestem twoją siostrą.
- Nie - odparła twardo Jennifer. - Ja nie mam siostry. Zginęła dwadzieścia dziewięć lat temu.
Bedlam, dzień dzisiejszy. Na posadzkę sączyła się krew. Jennifer z obrzydzeniem zmieszanym z paniką szarpała palcami ranę, usiłując wydostać ze swego ciała oślizgłe, ogromnych rozmiarów glisty, wijące się ohydnie wśród kałuży krwi, gdy upadły na posadzkę. Jessica przyglądała się temu z kąta izolatki.
- Nie pozbędziesz się tego - powiedziała beznamiętnie. - Chyba, że przeprosisz.
Jennifer zaniosła się płaczem, opadając na posadzkę. Jej kolana przygniotły cielsko wyjątkowo dużej, wijącej się glisty, ale już tego nawet nie zauważyła. Całe miesiące udręki, glist w jej ciele, robaków, szczurów, węży, skorpionów i wielu, bardzo wielu innych dowodów na inwencję twórczą Jessiki wyczerpały jej system nerwowy i zmieniły go w strzępki neuronów, które od biedy odbierają bodźce z otoczenia.
- Przepraszałam już milion razy! - załkała rozpaczliwie Jennifer. - Czego ode mnie chcesz, demonie?!
- Jestem duchem, nie demonem - odparła Jessica spokojnie. - Czarodzieje po śmierci mogą się stać duchami, jeśli chcą. Ja chciałam. Musiałam dokończyć pewną sprawę. Moje dzieci poszły dalej. Poczekają na mnie, dopóki z tobą nie skończę.
- Ale czego ty chcesz?! - wrzasnęła Jennifer tak, że pielęgniarz czuwający po drugiej stronie drzwi poderwał się i rozpoczął wprowadzanie sekwencji otwierającej drzwi izolatki.
- Skruchy - odparł duch siostry głosem, który potoczył się po izolatce echem, co samo w sobie było niemożliwe. Ale zaistniało.
- Tylko skruchy, siostro.
KONIEC.
* Bedlam (Bethlem Royal Hospital) jest najstarszym szpitalem psychiatrycznym na świecie. Jako szpital psychiatryczny istnieje od 1403 roku, ale jego początki sięgają trzynastego wieku. Aktualnie stanowi część South London and Maudsley NHS Foundation Trust (SLaM) i znajduje się w południowym Londynie.
** Urojenia inkoherentne - nielogiczne, mogą być tematycznie nie związane ze sobą, skrajne, dziwaczne, o anormalnej treści.