Mirriel - Forum Literackie

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Obecny czas: 09 Wrz 2010, 12:08

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 7 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 19 Cze 2008, 15:37 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 01 Cze 2006, 18:08
Posty: 171
Miejscowość: Antigua i Barbuda
Płeć: Kobieta
Zdecydowałam się wkleić tu ten tekst, żeby się dowiedzieć, jak to z nim właściwie jest. Nie uważam go za zły, choć za wybitny również nie, stanowi dla mnie raczej dobry fundament, żeby to kiedyś jakoś rozwinąć i przekształcić w coś większego. Czyli ogólnie chodzi mi o odpowiedź na pytanie, czy warto się tym zająć.
Postawiono mi już zarzut, że jest romans i to takie typowe, po chwili namysłu się z tym zgodziłam - więc od razu uprzedzam, będzie troszku słodko.
Temat to jeden dzień z życia pracującej czarownicy, warunkiem było nie wymienienie ani jednej kanonicznej postaci i aby bohaterka nie pracowała w Ministerstwie Magii. Oprócz tego parę innych drobnych niewiele znaczących niuansów.
Tak czy owak, smacznego.



Jeden dzień

Była dziewiąta rano, kiedy pan May aportował się na środku chodnika przy ulicy Kwadratowej, o tej porze wyjątkowo pustej. Obserwował przez moment białe obłoczki i błękitne niebo zwiastujące dobrą pogodę, po czym ze zdumieniem przyjrzał się budynkowi, przed którym stał. Okna na poddaszu i piętrze były całkowicie zasłonięte, drzwi zamknięte, a ze środka nie wydobywały się żadne odgłosy. Pan May zmarszczył brwi i cmoknął ze zniecierpliwieniem. Który to już raz w tym miesiącu! Nie miał aż tyle czasu, żeby zaglądać tu codziennie. Dopiero dzisiaj znalazł chwilę wolnego. Zabrał wszystkie raporty, reklamacje i zamówienia i wybrał się na rekonesans.
Wciąż miał wrażenie, że wysłanie Kate za granicę i pozostawienie tu Arlene samej, to nie był najlepszy pomysł. Co mu przyszło do głowy, że się na to zgodził? Przecież ta dziewczyna jest zupełnie szalona. Z drugiej strony pan May musiał przyznać, że była świetna w swoim fachu. Bo na co by nie trafiła i jakim problemom musiała stawiać czoło, to nigdy się nie poddawała. Zawsze doprowadzała sprawę do końca. Różnorakimi metodami. Tak, z pewnością teraz dziewczyna czuła się wyśmienicie, mogąc pozwolić sobie na najróżniejsze szaleństwa i nie musząc się nikomu z nich tłumaczyć. Tylko czemu musiał na tym cierpieć interes pana Maya? Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy dostawcy zerwą z nim kontrakty i pozostanie tylko ten gburowaty Coledo.
Nie pozostawało mu nic innego jak czekać na powrót drugiej pracownicy i w miarę możliwości kontrolować poczynania pierwszej. Jeśli Arlene będzie chciała wysadzić ten budynek w powietrze, to to zrobi, bez względu na to, czy będzie miała zgodę przełożonego, czy nie.
Wspiął się po schodkach, następnie zbliżył do drzwi, po czym wyjął z kieszeni klucz i wsadził go do zamka. Mechanizm ustąpił, szczękając lekko. Pan May z rozdrażnieniem zauważył, że było to jedyne zabezpieczenie, żadnych zaklęć ochronnych, nic! Trudno było mu, co prawda, wyobrazić sobie powód, dla którego ktoś chciałby się tu włamywać, ale ostrożności nigdy za wiele!
Pan May wszedł do ciemnego przedpokoju i powiesił płaszcz na wieszaku, po czym skierował się na poddasze. Kiedy przestąpił próg niewielkiego pokoiku, zatrzymał się, zaszokowany. W CRR nie donosili ostatnio o żadnym tornadzie, ale nie mogło być żadnej innej przyczyny, dla której to pomieszczenie wyglądało tak, jak wyglądało. Tuż przy nogach łóżka, na samym środku leżała rozgrzebana torba podróżna, dookoła której walały się niezupełnie czyste szaty, kilka książek, resztki sowiego przysmaku, parę piór, tych do pisania i nie tylko, kilka pustych pudełek po butach, ze trzy tubki jakiegoś kremu, okulary i wiele innych kompletnie nieprzydatnych, najzupełniej zbędnych bądź niepraktycznych przedmiotów. Na łóżku zaś spoczywała ich właścicielka. Mówiąc dokładniej – ona tam po prostu spała.
Zaniepokojony, zaczął iść w jej stronę, lecz nagle poczuł, że na coś nadepnął. Ze zdziwieniem podniósł z podłogi mały pojemniczek, wewnątrz którego znajdował się najzupełniej mugolski termometr. Skonsternowany odłożył go na kupkę ubrań i podszedł do śpiącej kobiety, starając się na nic więcej nie nadepnąć.
- Panno Conelly! – wykrzyknął prosto w jej ucho. – Co tu się dzieje?
Wzdrygnęła się niespokojnie, a potem powoli otworzyła oczy. Wyglądała, jak gdyby położyła się kilka minut przed jego przybyciem. Przez chwilę spoglądała na niego nieprzytomnie, wyraźnie nie wiedząc, z kim ma do czynienia. Oraz gdzie się znajduje i po co. Wreszcie jednak oprzytomniała.
- Pan May! – wykrzyknęła, wygrzebując się z pościeli. Po chwili znów zaczęła się w niej zagrzebywać, uświadamiając sobie, że ma ubrana jest jedynie w kusą koszulkę. Odsunęła grzywkę z oczu.
- Arlene, powiedz mi, co tu się właściwie dzieje? – spytał surowo.
- Zaspałam – odparła spokojnie, unikając jego wzroku. Zagryzła uroczo dolną wargę.
- Zaspałaś? – powtórzył z niedowierzaniem pan May. – To już, hmm – podrapał się po głowie – szósty raz w tym miesiącu. Czy ja ci muszę przypominać, że jeżeli nie będziesz pilnowała stałego planu dnia, to ŻADNA SOWA NIE NAUCZY SIĘ KARNOŚCI I POSŁUSZEŃSTWA?
Dziewczyna pochyliła z zawstydzeniem głowę.
- Natychmiast zabieraj się do pracy. A podczas przerwy obiadowej masz tu posprzątać, zrozumiano? Zostawiam ci wszystkie dokumenty, przygotuj też raport z poprzedniego miesiąca. Mamy nowe zamówienie z Hogsmeade, potrzebują trzech nowych sów do przesyłek lokalnych. Wyrób się z tym w dwa tygodnie.
Kiedy pan May deportował się z trzaskiem, Arlene Conelly odetchnęła z ulgą.

*

Każdy dzień zaczynał się w miarę tak samo – wstawała o siódmej rano, przez godzinę dochodziła do przytomności, po czym odwiedzała ptasią sypialnię. Wchodząc do tego w gruncie rzeczy niewielkiego pokoiku, miała wrażenie, że przenosi się w czasie. Kamienne ściany, drewniane żerdzie, chroniczny chłód, miękkie siano na podłodze, no i ten niecodzienny aromat naturalnego nawozu – to wszystko tak bardzo przypominało jej sowiarnię w Hogwarcie! Zwykle zatrzymywała się w progu, opierała o futrynę i chłonęła atmosferę całą sobą. Przymykała oczy i zatracała we wspomnieniach. Po kilku minutach wyrywała się z otępienia i zaczynała rozpaczliwie szukać zegarka. Znajdowała go w wewnętrznej kieszeni szaty bądź w tylnej spodni, z rozpaczą odczytywała godzinę, po czym mierzyła sowy lekko obłędnym spojrzeniem.
- Od dziesięciu minut już nie śpicie, wiecie o tym, mam nadzieję?
One, jak na zawołanie, otwierały swoje czarne, błyszczące ślepka i pohukiwały radośnie. Wierciły się na swoich miejscach, kłapały dzióbkami, ale żadna z nich nie ośmielała się ruszyć, dopóki Arlene nie napełniła każdej miseczki specjalnym ptasim pokarmem. Dopiero wtedy, na jej znak, dostojnie sfruwały z drewnianych żerdzi i konsumowały śniadanie. Zdarzały się czasem nadgorliwe puchacze albo rozentuzjazmowane śnieżne, ale i na nie był sposób. Gromadka nie dostawała w ogóle jedzenia, dopóki wszystkie ptaszyska nie uspokajały się i nie siedziały grzecznie na swoich miejscach. Te bardziej doświadczone od razu hamowały nowo przybyłe, targały za pióra, albo szturchały się skrzydłami.
Po sowim śniadaniu następowało arlenowe śniadanie. Trwało zazwyczaj około pół godziny; w tym czasie ptasi uczniowie wykonywali kilka rundek dokoła budynku, bez względu na pogodę. W przypadku nowych osobników, dziewczyna musiała nadzorować poranny lotny jogging, w biegu przegryzając tosta z dżemem.
- Masz przefrunąć dookoła, sowo – powtarzała do znudzenia Arlene, żałując w duchu, że nie może nadawać zwierzakom imion. Szybko przyzwyczaiłyby się do nich, a wtedy nie reagowałyby na miana nadane im przez właścicieli w przyszłości. – Twoje koleżanki też sobie latają, zobacz!
Siadywała z oporną ptaszyną na schodach i przytrzymywała jej łebek tak, żeby obserwowała resztę gromady. Po trzech, czterech dniach ptaszyna zaczynała rozumieć, o co chodzi, ostatecznie wyrywając się z objęć treserki i dołączając do pozostałych sów.

*

Tak było każdego dnia, ale oczywiście skoro TEN dzień zaczął się dosyć niefortunnie, wszystko musiało iść na opak. Sowy, rzecz jasna, nie spały już od godziny, przyzwyczajone do stałego planu dnia. Obecnie Arlene miała na składzie pięć sówek rodzaju żeńskiego i absolutne zero tego gorszego, przy czym trzy przebywały tu od dłuższego czasu. Świetnie się dogadywały i bez szemrania wykonywały najprostsze rozkazy. Dziewczyna była z nich dumna, gdyż na ich wstępną tresurę poświęciła jedynie dwa tygodnie. Teraz należało tylko poczekać, aż ktoś złoży zamówienie i wyszkolić je do specjalnych zadań. Oferty z Hogsmeade należały do jednej z prostszych do wykonania. Poznanie topografii miasteczka powinno zająć sowom nie więcej niż tydzień.
Dwie nowe sówki należały natomiast do jakiegoś wybitnie opornego na wszelaką wiedzę gatunku. To był już piąty dzień, w którym Arlene usiadła z nimi na schodach i po raz kolejny próbowała wbić im do łebków, jakie jest ich zadanie.
- Przefrunąć. Dokoła. Ma-chać skrzy-dła-mi! Umiecie wy w ogóle latać? – spytała zrezygnowana. One zaś patrzyły na nią, przekrzywiając zabawnie główki. Miała wrażenie, że liczą piegi na jej nosie, a potem porównują z ilością plamek na własnych grzbietach. Obie były ślicznie nakrapiane, niewielkie i zwinne, wdzięczne, puchate i malutkie. I głupie, miała ochotę dodać Arlene, ale powstrzymywała się.
Jeden, Dwa i Trzy, jak nazywała je w myślach, zatrzymały się na moment za jej wcześniejszą zgodą. Wylądowały na murku, pohukując i spoglądając gniewnie na młodsze towarzyszki. Dwa podfrunęła nawet i dziobnęła jedną z nich. Arlene pogroziła jej palcem, po czym usiadła obok nich i zaczęła intensywnie myśleć.
Jak zmusić te przeklęte ptaszyska do współpracy? Musi zaoferować im coś w zamian. Tylko jaką może mieć pewność, że zrozumieją, o co jej chodzi? Ech. Wstała i zaczęła się przechadzać w tę i z powrotem. Nie przejmowała się tym, że ulicą wciąż przechodzą ludzie i spoglądają na nią jak na wariatkę. Czarodzieje z naprzeciwka już powoli przyzwyczajali się do ekscentrycznych wyczynów treserki, to przechodnie też mogliby!
W tym momencie do głowy przyszedł jej bajeczny pomysł. Wróciła do środka, wbiegła na poddasze i chwyciła swoją starą miotłę, oczyszczając ją w biegu z kurzu i brudu. Zajrzała też na moment do sowiej sypialni, chwyciła paczuszkę z sowim przysmakiem i zebrała kilkanaście piór, które zdobiły podłogę. Wróciła do swoich uczennic i na ich oczach przykleiła do siebie lotki, po czym wsiadła na miotłę, dając znak starszym, by kontynuowały ćwiczenie. Odepchnęła się od ziemi i uniosła na niewielką wysokość. Rozdarła opakowanie i wyjęła z niego kilka sowich przysmaków.
- Widzicie co tu mam? – krzyknęła do niesfornej dwójki. – Dostaniecie to, jeśli polecicie za mną. My, sowy, mamy uczyć się fruwać w każdych warunkach. Nie wyrobimy sobie skrzydeł, jeśli będziemy wiecznie siedzieć na ziemi!
Ptaszyny otworzyły szeroko oczka ze zdziwienia. Pan Albion, sąsiad, również.
Arlene pomachała w powietrzu przysmakami i okręciła się wokół własnej osi. Schowała paczuszkę do wewnętrznej kieszeni szaty i zabezpieczyła zaklęciem. Zaczęła ruszać rękami w górę i w dół, naśladując Jeden, Dwa i Trzy. I nagle coś drgnęło. Małe spojrzały na siebie, na nią, jeszcze raz na siebie i powoli uniosły się w górę. Dziewczyna zaczęła się powoli oddalać. Pofrunęły za nią. Nabrały dość dużej prędkości, więc Arlene nie pozostało nic innego, jak zacząć okrążać budynek, w nadziei, że tym pierzastym cholerom nie wpadnie na myśl zaskoczyć ją z drugiej strony.
Nie wpadło.
Za to przed budynkiem zatrzymał się pewien mężczyzna i Arlene zapewne nie zwróciłaby na niego większej uwagi, gdyby nie to, że przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy – nie widziała dokładnie z takiej wysokości – i skądś go znała.
Zaklęła parszywie. Coledo!
No to się wpakowała.
Wade Coledo, jeden jedyny dostawca, który jako tako z nią wytrzymywał, milczący, wyalienowany podróżnik, wiecznie niezadowolony facet w czerni, wysoki, ciemnowłosy, tajemniczy, niesamowicie przystojny i irytujący. Arlene go nie znosiła. Wade nie znosił jej. A teraz stał sobie tak po prostu, z wielką paczką w rękach, którą po chwili postawił na ziemi, stał i patrzył na nią. Ona zaś latała na miotle, przystrojona w ptasie pióra.
Na Merlina, cóż gorszego może się jeszcze wydarzyć?

*

Kiedy w końcu zsiadła z miotły i zdołała pozbyć się krępującego przebrania, stanęła przed nim z uśmiechniętą miną, w środku gotując się z zażenowania. Przed każdym innym facetem mogła z siebie robić idiotkę – przed nim nie!
Był chyba jedynym człowiekiem na całej ziemi, który wzbudzał w niej tak ambiwalentne uczucia. Darzyła go cichym podziwem, gdyż zazwyczaj nie czynił żadnych komentarzy ani wyrzutów, jak zwykli robić to inni z panem Mayem na czele. Przyjmował jej szaleństwa spokojnie, jak gdyby była to jedna z rzeczy, która pozostaje niezmienna, obojętnie czy coś z nią robimy, czy też nie. Inną kwestią było to, że w ogóle rzadko się odzywał, co z kolei prowadziło do wybuchów dzikiej furii i nachalnych prób nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z jej strony. Pytała go o miejsce zamieszkania, o plany kolejnych podróży, czy był kiedykolwiek w Tunezji, jak długo załatwiał sianko importowane z Europy kontynentalnej. Odpowiadał półsłówkami, wręcz monosylabami. Z drugiej strony był postacią intrygującą, niewiele o nim wiedziała, tylko tyle, ile sam chciał wyjawić. Momentami miała go dosyć, a w każdym innym czasie tęskniła za jego obecnością.
Zadurzyła się w nim na zabój, ale za nic w świecie nie przyznałaby się do tego.
I tym razem nie powiedział ani słowa na temat przedstawienia, które przed chwilą odstawiła, po prostu wziął paczkę i wszedł do środka. Arlene machnęła ręką i sowy wleciały zaraz za nim. Sama powlokła się na końcu, zamykając za sobą dokładnie drzwi.

*

Do obiadu odbywała się nauka indywidualna. Każdy kolejny punkt z planu dniu wykonywany był z dokładnością co do minuty – a przynajmniej powinien być, bo Arlene nie zawsze udawało się na czas wstać, zjeść, ubrać się i przede wszystkim wyleniuchować. Leniuchowała jednak tylko ukradkiem, po kątach, bo sowy mogłyby to zobaczyć i wziąć z niej przykład.
Gdy nie było żadnych zamówień, ptaki uczyły się głównie jak radzić sobie na obcym terenie oraz prawidłowo trzymać pazurami przesyłkę. Nie było to nic trudnego, gdyż każda sowa, a zwłaszcza czarodziejska, miała te zdolności wrodzone. Teraz jednak treserka miała konkretne zadanie do wykonania – nauczyć sowę poruszać się po terenie Hogsmeade.
- Ludzie będą mówić do ciebie w zupełnie inny sposób – ostrzegła Jeden Arlene. – Wymawiają twarde i dźwięczne "r". Rrrr. Rrrrrrrr – zawarczała cicho. Jeden załopotała skrzydłami na znak, że rozumie. - I zamiast "s" często mówią "sz". Od dzisiaj na naszych osobnych lekcjach będę mówić do ciebie ze szkockim akcentem.
Sytuacja przedstawiała się gorzej, jeżeli nadawca nie miał zwyczaju mówić na głos adresu listu. Treserom nie pozostawało nic innego, jak nauczyć sowy… czytać.
Byłby to pomysł zupełnie abstrakcyjny, jeśliby brać pod uwagę sówki zwyczajne, niemagiczne. Magiczne natomiast nie żyły prawie w ogóle na wolności, w większości przypadków były specjalnie hodowane i od początku przyzwyczajane do ludzkiej mowy. Łatwo nawiązywało się z nimi kontakt, błyskawicznie uczyły się pojmowania i wykonywania poleceń, nauka czytania nie była więc dla nich takim trudnym zadaniem. Zaczynało się mozolnie – wypisywanie na tablicy ogromnych liter, najróżniejszymi sposobami, bardziej lub mnie wyraźnie, drukowanych lub pisanych ręcznie. Sowy musiały być ekspertami w odszyfrowywaniu liter. Na Merlina, przecież było to prostsze, niż gdyby miano ich uczyć legilimencji!
Hogsmeade było małym miasteczkiem, więc nietrudno było poznać jego każdy zakątek. Wymagało to oczywiście podróży w tamte rejony, ale przed praktyką sowy poznawały teorię.
- Pod Trzema Miotłami, tam właśnie rezyduje Madame Rosmerta. Za dnia jest tam zazwyczaj bardzo dużo ludzi, śmiejących się, rozmawiających, śpiewających. W nocy trudniej ci będzie rozpoznać to miejsce. Budynek jest duży, z charakterystycznymi odrzwiami, typowymi dla oberży. – Arlene bardzo żałowała, że musiała ograniczyć naukę za pomocą węchu na rzecz wzroku i słuchu. Musiała pogodzić się z trudnym faktem, że ten zmysł nie jest doskonale rozwinięty u sów. Zapach kremowego piwa był bardzo charakterystyczny, nie mówiąc już o grzanym miodzie. Hogsmeade w ogóle było miasteczkiem głównie turystycznym, większość budynków stanowiły sklepy, pozostałe cechowały się przepiękną estetyką, a przede wszystkim doskonale utrzymanymi ogrodami. Tyle przecudnych kwiatów, a każdy o innym zapachu! Jakże ułatwiłoby to sprawę!
Praca z Jeden, Dwa i Trzy stanowiła samą przyjemność. Sowy pracowały z zapałem, starając się zapamiętać jak najwięcej. Oczywiście były stosownie nagradzane, za każdą nowo nabytą umiejętność dostawały specjalny przysmak peruwiański – Coledo przywiózł to któregoś razu z jednej ze swoich podróży, było tak dobre, ze ptaki zaczęły się bić o najdrobniejsze okruszki.
Nie dało się tego samego powiedzieć o dwóch małych głuptaskach, które najpierw stanowczo nie chciały się rozdzielić, a kiedy już jakimś cudem Arlene udało się zaciągnąć jedną do pokoju, ta jęczała przez piętnaście minut, huczała żałośnie, fruwała dokoła żyrandola – rychło w czas – drapała pazurami meble i przy okazji samą treserkę. Uspokoiła się dopiero po peruwiańskim przysmaku.
Po godzinie sytuacja się powtórzyła, tym razem z drugą sówką. Po kolejnej Arlene dała sobie spokój na ten dzień, licząc, że małe spoważnieją, kiedy trochę podrosną.
W okolicach obiadu czuła już niewyobrażalne zmęczenie. Miast przygotować sobie coś pożywnego, przegryzała kawałek kanapki i padała na łóżko, aby zregenerować siły. Przez ten czas wmawiała sobie stanowczo, że kocha tę pracę, że jest w tym świetna i nigdy w życiu nie zrezygnuje z niej, bo nie ma nic piękniejszego na świecie niż obserwowanie jak z małej, ledwo opierzonej kulki wyrasta dostojna, w pełni wyedukowana sowa.
Tego dnia nie miała najmniejszej ochoty na to, aby ponownie zwlec się z łóżka. Niech no tylko Kate wróci, natychmiast weźmie parę dni urlopu. Tak dłużej nie można, codzienne wstawanie o barbarzyńskiej porze, jaką jest siódma, ma przerażająco negatywny wpływ na jej psychikę.
Przewróciła się na plecy i odgarnęła włosy z twarzy. Jakiś irytujący kosmyk wciąż opadał jej na oko, delikatnie łaskocząc skroń. Parsknęła cicho pod nosem i spróbowała zdmuchnąć go z powieki. Dmuchała, dopóki nie zaczęła ją boleć głowa. Znowu zaczynała zachowywać się jak idiotka! Co by było, gdyby… A, no właśnie. Przecież Coledo wciąż kręcił się po budynku. Miał rozłożyć nową podściółkę w sypialni sów i sprawdzić zdatność do użycia wszystkich zapasów sowiego pokarmu. Pewnie zdążył porządnie zgłodnieć. Mogłaby zaprosić go na coś do jedzenia. Zostało jej piętnaście minut wolnego czasu, więc ewentualnie zdążyłaby zrobić tosty. Ale on pewnie i tak odmówi, więc nie ma się o co martwić. Nie liczyła się jego odpowiedź, tylko sama chęć Arlene. Bo dziewczyna bardzo lubiła myśleć o sobie, że jest taka altruistyczna, wspaniałomyślna i zapobiegawcza, nawet, jeżeli tylko ona tak uważała.
Znalazła go w spiżarni. Po tym, jak zadała swoje pytanie, spojrzał na nią beznamiętnie, może lekko badawczo i odpowiedział uprzejmie:
- Nie, dziękuję.
To magiczne słowo podniosło ją na duchu. Wreszcie jakaś oznaka, że ten człowiek ma w sobie pokłady uczuć. Podziękował. Czyli docenia to, że o nim pomyślała. Jest wdzięczny. Pozytywnie zaskoczony. Oczarowany.
Ach, jak cudownie!
Czym prędzej popędziła do swoich sówek. Biedactwa, zdążyły się już za nią stęsknić. Albo i nie, przecież nigdy nie wyczekiwały z chęcią na wielkie myju-myju, szczotkowanie, skubanie, polerowanie i obcinanie. Z naciskiem na to ostatnie.
Arlene zawsze uważała, że sowa pokryta pianą stanowi niezwykle ciekawy widok. Wielka, puchata, biała kulka z magicznie sklejonym dziobem i pełnym wyrzutu spojrzeniem. Małe, w przeciwieństwie do starszych, bardzo polubiły kąpiel i ochlapywały się nawzajem pianą. Uroczo.
Kiedy treserce udało się przypiłować Trzy pazury i zachować przy tym palce, z niezwykłą jak na nią spostrzegawczością dostrzegła, iż liczba sów zwykle przebywających w tym pokoju o tej porze jest mniejsza o cztery dziesiąte. Ze złością rzuciła pilnik na ławę i wybiegła z łaźni, rozglądając się dokoła. Nie było ich w sypialni, kuchni, spiżarni, nie chowały się pod schodami, na dwór nie miały jak wylecieć, nie zaklinowały się w kominku, nie wpadły za szafę, nie utknęły w koszu na śmieci. Pozostało tylko jeszcze jedno pomieszczenie, w którym mogły się znajdować.
W całym domu wszystkie drzwi, prócz wejściowych, były zawsze otwarte, gdyż Arlene cały czas krążyła między pokojami – krążyła, phi, ona po prostu biegała z miejsca na miejsce, spoglądając na zegarek i pilnując czasu. Podobnie rzecz miała się z drzwiami na poddasze.
Dziewczyna ostrożnie wsadziła głowę do środka i aż jęknęła.
Jeśli wcześniej można było powiedzieć, że panował tu nieporządek, to teraz po prostu brakowało określenia na opisanie tego.
Ubrania nie leżały w pojedynczej kupce na środku, lecz zostały porozrzucane po całym pokoju. Większość książek, które jeszcze miały swoje miejsca, spadły z szafki na podłogę. Lustro leżało w kawałkach w kącie, odbijając fruwające pierze z rozprutej kołdry. Meble poorane były pazurami, woda z potłuczonego wazonu zalewała kolekcję mugolskich płyt, a postacie utrwalone na czarodziejskich zdjęciach piszczały wniebogłosy, kiedy dwie maleńkie sówki skubały je dzióbkami.
- Zabiję – wymruczała treserka, chwytając za mopa, który zwyczajowo leżał w korytarzu. – Zatłukę na śmierć.
Ptaszęta, widząc, na co się zanosi, podniosły krzyk, po czym spróbowały ucieczki. Miotały się po całym pokoju, mając tę przewagę na Arlene, że nie potykały się o wszelakiego rodzaju obiekty. Zręcznie wywinęły się spod mopa i uciekły z pokoju, ćwierkając jak wróbelki. Arlene jeszcze nigdy nie słyszała ćwierkających sów.
Nie goniła ich, dobrze wiedziała, że użycie przemocy wobec sów może mieć katastrofalne skutki w tresurze, ale te małe potwory, te ptasie gadziny zdemolowały jej wspaniały pokój, zniszczyły bezpowrotnie jego naturalny urok. Odrzuciła mopa w kąt i bezsilnie opadła na ziemię. Oparła się o kant łóżka i schowała twarz w dłoniach.
- Co tu się stało?
No tak. Jeszcze tego brakowało.
- Hej, Conelly, wstawaj. Plan dnia…
- Gówno mnie obchodzi plan dnia! – parsknęła wściekle, zrywając się na równe nogi. – Muszę zabić te karykatury sów!
- Uspokój się. – Wade uśmiechnął się w specyficzny sposób, unosząc do góry tylko jeden kącik ust. Przeszedł przez próg, zamykając za sobą drzwi. Arlene zamarła.
Bo tuż za nimi znajdował się cały stosik bielizny.
Damskiej bielizny.
Jej bielizny.
Zamrugała szybko i spojrzała na niego, modląc się w duchu, żeby się nie odwrócił. Ale on chyba dostrzegł jej przerażony wzrok i zmarszczył brwi. Na szczęście tylko podszedł nieco bliżej, zgrabnie omijając poszatkowaną ryzę papieru.
- Na pewno część tych rzeczy da się naprawić za pomocą magii – powiedział cicho, kładąc jej rękę na ramieniu. Drugą natomiast zaczął szukać czegoś w kieszeni szaty. – Ech, chyba zostawiłem ją na dole. Zaraz wrócę.
Nie!
Co rozsądna, trzeźwo myśląca, inteligentna kobieta zrobiłaby w takiej chwili? Zapewne zajęłaby osobnika rozmową, skrzętnie odwróciła uwagę od strefy niepokoju i umiejętnie ukryła pod łóżkiem wstydliwe części bielizny.
Ale Arlene nie była ani rozsądna, ani trzeźwo myśląca, ani tym bardziej inteligentna. Dlatego wybrała drugą opcję.
Pocałowała go.
Wcale nie krótko, o, bynajmniej. Długo, bardzo długo. Potrzebowała czasu. Był w takim stopniu zaszokowanym, że tylko przyciągnął ją bliżej do siebie i z zapałem oddał się tej jakże fascynującej czynności, jaką jest wymiana płynów ustrojowych. Ona zaś, starając się umiejętnie wcelować różdżką między jego łokciem a bokiem, omal nie straciła przytomności ze szczęścia. Kiedy już bielizna wylądowała w bezpiecznym miejscu, mogła spokojnie zakończyć misję.
Niestety.
Miał nieco mętny wzrok. Wyglądał uroczo. A pachniał jeszcze bardziej. Ta jedwabna chusteczka w kieszeni jego koszuli musiała być nasączona jakimś cudnym zapachem.
- Nareszcie – powiedział zwięźle.

*

Cóż, plan dnia znów wziął w łeb. Ale Arlene za bardzo się tym nie przejmowała. Sowom nie zaszkodzi chwila wolnego czasu. Jeszcze zdążą się w życiu napracować. A ona potrzebowała dużo, dużo wypoczynku i chwili radości. Z dwiema nadpobudliwymi sówkami było to dość trudne do zrealizowania, ale cóż, była dorosłą, może niekoniecznie dojrzałą, choć z pewnością dorosłą, pracującą czarownicą i nie z takimi przeszkodami już się zmierzała.
A co do planu dnia, to Arlene, kładąc się do łóżka, pomyślała sobie, że najwyższy czas nieco go zmodyfikować. Musi przeznaczyć więcej czasu dziennie na cało… to znaczy na pomoc Wade'owi w segregowaniu żywności i w ogóle. Tak się poświęca, mógłby tylko przywozić zapasy i tyle, a on się jeszcze zaoferował i pomaga. Trzeba mu to jakoś wynagrodzić, czyż nie?

_________________

I've been looking for a savior in these dirty streets
Looking for a savior beneath these dirty sheets
I've been raising up my hands
Drive another nail in
Just what God needs
One more victim



Jeden dzień [M]
Każdy [M]
Zakochany szpieg [NZ] - ostatnia aktualizacja 19.02.2008


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 19 Cze 2008, 16:03 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 28 Lip 2007, 20:00
Posty: 172
Płeć: Kobieta
Primo: gratuluję wygranej :) Szkoda tylko, że miałyśmy tak niewielu oceniających (przypuszczam, że długość tekstów mogła zadziałać odstraszająco, ale mimo to, szkoda).

Secundo: cieszę się, że mam możliwość napisania paru słów na temat Twojego dzieła.
Jego zdecydowanie najmocniejszą stroną jest pomysł - trenerka sów to coś, o czym jeszcze nie czytałam i jakby tak nad tym popracować i rozwinąć, to mógłby powstać całkiem oryginalny fick. Poza tym bohaterka, Arlene, jest taka, jaka być powinna - nie do końca pozbierana, roztrzepana i pomysłowa. Wątek romansowy - cóż, to kwestia gustu, jednym zawsze będzie przeszkadzał, dla innych będzie tylko dodawał smaczku całemu opowiadaniu. Według mnie, nie jest przesadzony ani w jedną, ani w drugą stronę.
Miejscami trochę kuleje styl i moim skromnym zdaniem, powinnaś jeszcze ten tekst dopracować.

Całość jednak jest na tyle lekka i przyjemna, że pozostawia miłe wrażenie.

C.

_________________
Aby być dobrym pisarzem należy czytać dobre teksty, zapamiętywać je i zapominać gdzie się je czytało.

LJ


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 19 Cze 2008, 16:51 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 25 Lut 2008, 18:13
Posty: 164
Miejscowość: Olsztyn
Płeć: Kobieta
Bardzo zgrabnie napisane. Miałaś ciekawy pomysł. Tresowanie sów? Świetnie. Ciekawie opisałaś zajęcia bohaterki. A co do wątku romansowego... mi się nie podobał. Moim zdaniem był źle zaplanowany. Mogłaś jakoś to rozwinąć, opisać jakieś reakcje ze strony tego mężczyzny. A nie gwałtowne przejście od burkliwych półsłówek od razu do całowania. Masz ciekawy styl pisania. Wciągnęło mnie.

Gratuluję wygranej.
Pozdrawiam, Yo

_________________
Najprostsze wyjście
Uuk
Lustereczko 5/5
Oczy


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 23 Cze 2008, 14:28 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 26 Lut 2008, 07:41
Posty: 170
Miejscowość: fairytale wonderland
Płeć: Kobieta
Nie rozumiem jednego!
Dlaczego pod tak wspaniałym tekstem są tylko dwa komentarze, a pod gniotami pozbawionymi sensu tłum użytkowników?
Wzięłam sobie ostatnio za punkt honoru komentować dobre, średnie i teksty takie, gdzie można jeszcze coś powychwalać.
W tym tekście jest tak dużo do wychwalania, że nie wiem od czego zacząć.
Może najpierw od pomysłu, który był iście wspaniały, a wręcz genialny:D
Nie mogłam się oderwać od czytania co sprawił płynny styl i niesamowita lekkość tekstu. Byłam oburzona w dwóch momentach:
w pierwszym, gdy zdecydowali się wyłączyć mi prąd w trakcie czytania,
w drugim jak tekst się ewidentnie zakończył.
Pokochałam postać treserki sów, bo jest taka jak ja. Podobnie leniwa:D
Gratuluję wygranej i życzę dalszych owocnych pisanin tego typu:)
Morgiszon.

_________________
Ludzie, którzy mnie nie znają psują mi złą opinię.
Znana jako Anja. Też.

'Wcale wróbel w garści nie jest lepszy niż ten przysłowiowy gołąb na dachu. Kiedy chce się więcej i więcej. Niestety trzeba przy tym ptactwie uważać, żeby nie zostać obsranym.'

me genialne myśli


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 23 Cze 2008, 15:26 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 03 Maj 2008, 19:28
Posty: 96
Płeć: Kobieta
O, dopiero teraz zauważyłam, że zamieściłaś swój pojedynkowy tekst. Owszem, oceniałam go, jak sie teraz okazuje z korzyścią dla Ciebie, Itarille.
Miałaś świetny pomysł, trzeba przyznać. Uważam to za niezłe dopełnienie kanonu, w końcu, dlaczego sowy od razu są takie mądre, potrafią czytać i w ogóle? Nie wierzę w to, że to po prostu sprawa magii. Podoba mi się bardzo główna bohaterka- jest taka zwariowana, zauważa rzeczy, które są niewidoczne dla innych. Trochę przypomina mi Lunę, a także jedną z moich przyjaciółek.
Napisałaś, ze opowiadanie jest słodkie. Cóż, nie można się nie zgodzić. Przy ocenianiu pojedynku zmniejszyłam Ci punktację za wplecenie wątku romansowego, ale teraz, hmm^^ Muszę się przyznać- lubię romanse. Takie zwykłe, banalne, z happy endem. I już. Mam tylko małą prośbę dotyczącą tego:
Itarille napisał(a):
Nie uważam go za zły, choć za wybitny również nie, stanowi dla mnie raczej dobry fundament, żeby to kiedyś jakoś rozwinąć i przekształcić w coś większego. Czyli ogólnie chodzi mi o odpowiedź na pytanie, czy warto się tym zająć.

Uważam, ze lepiej nie. Chyba, że do szuflady. Po co tworzyć kolejne opowiadanie z bardzo przewidującym zakończeniem? Wiem, zaprzezcam teraz samej sobie, lubię takie ficki, ale mimo to, myślę, iż nie warto niszczyć reputacji tej miniaturki na rzecz tasiemca, który najprawdopodobniej zostanie źle oceniony. Nie wiadomo jakim stylem zostałby napisany. Takie jest moje zdanie. Chyba, że zmienisz nieco charakter utworu i nie będzie on się w całosci opierał na wątku miłosnym.
pozdrawiam
over

_________________
lj

A na mojej Ławce...

Pędzę setką polną drogą codzienności
Próbuję wyprzedzić obłęd


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 24 Cze 2008, 11:00 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 05 Maj 2008, 17:23
Posty: 51
Miejscowość: z apartamentu Nicka Valensiego w Nowym Jorku
Płeć: Kobieta
Myślę, że to jest świetne :) Nigdy nie zastanawiałam się nad szkoleniem sówek, myślałam, że mają to jakoś tak... naturalnie, te wszystkie talenty. A tutaj się przekonuję, że tresura sów nie należy do łatwych zadań! Zwłaszcza jak się ma takiego dostawcę...
Zaraz po przeczytaniu, że był niesamowicie przystojny i irytujący, można się domyślić, że na myślach i spojrzeniach się nie skończy. Ale zwrot akcji i tak mnie zaskoczył i spodobał mi się szalenie! Arlene, jedną ręką się całująca, a drugą próbująca usunąć bieliznę z pola widzenia. To takie kobiece! ^^ I jeszcze do tego Wade:

Cytuj:
- Nareszcie – powiedział zwięźle.


Zauroczył mnie także "lotny jogging"... jak i inne szczegóły sowiej edukacji. Wielki szacunek za sam pomysł. Ale myślę, że cała esencja jest tutaj zawarta i lepiej byłoby zostawić to tak, jak jest, bez rozwijania. Ale wierzę, że Autorka może nas zaskoczyć ;)

_________________
Człowiek tym, co myśli stwarza wokół siebie świat, codziennie na nowo.

L&A: Bal

TEAM JASPER


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Jeden dzień
 Opis: Pojedynkowe, wygrane.
PostWysłany: 24 Cze 2008, 14:36 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 06 Cze 2008, 16:44
Posty: 62
Miejscowość: Łódź
Płeć: Kobieta
Skomentowałam pojedynek, skomentuję również tutaj.

Pomysł jest świeży. Jeszcze się z takim nie spotkałam. I dobry, nie powiem.

Co mi się najbardziej podobało? Sówki! Szkolenie. Jedzenie. Nagrody. Ogólnie wszystkie sceny z sówkami.
Podobała mi się postać Arlene. Bo jest uniwersalna. Nie jest równiez idealna, ma swoje wady, a to zbliża ją do czytelnika. I ma niezmiernie ciekawy zawód. Ale o tym było już napisane wiele.

Wade Coledo. Tutaj trochę zgrzytnęło. Od pierwszej chwili, w której go widzimy, już spodziewałam się zakończenia. Takiego, czy innego, ale romansowego. Nie było ono najgorsze. Ale przewidywalne. Mi osobiście wątek romansowy nie przeszkadzał.

Co do całości. Naprawdę dobrze się czytało. Płynnie. Było trochę pomyłek stylistycznych, ale trening czyni mistrza.
Co do kontynuacji. Owszem tak, jeżeli wątek miłosny nie będzie osią wydarzeń.

Gratuluję wygranej w pojedynku, Itarille . Czekam na Twoje kolejne opowiadania.

_________________
Just live your life.


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 7 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: danutann, Google [Bot] oraz 5 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group