|
Rany, ludzie, napisałam fanfika! Wszystko przez Ell, która mnie do tego namawiała. Dziękuję jej za zbelowanie poniższego i cenne rady. Ell jesteś wielka! To mój debiut w tej dziedzinie. Nie przypuszczałam, że będę się tak bać jak przy debiucie w Brulionach... Miłego czytania!
Trujący bluszcz
Andromeda kochała rośliny. Wszystkie. Dlatego, gdy była mała, powtarzała sobie, że w przyszłości będzie miała dom z pięknym ogrodem. Czarodziejskim. Takim, w którym wszystko będzie rosło swobodnie i gdzie będzie chciało, bez specjalnych poprawek.
Marzyła o tym, że będzie miała śliczny mały domek z gankiem. I że będzie tam dużo słońca.
Kochała robić na złość matce, która za wszelką cenę chciała wyplenić z niej zamiłowanie do tego, czego w rodzinie Blacków się nie spotykało. A tym samym, co nie przystoiło członkom rodu.
Mroczny i ciasny dom zawsze wydawał się Andromedzie przerażający i nieprzystępny. Tak, jak jej matka.
Podobno bycie Blackiem zobowiązywało. Andromeda próbowała nauczyć się tego, dostrzec, podobno bardzo liczne, zalety bycia czystej krwi. Próbowała zrozumieć różnicę między czarodziejami, którzy często odwiedzali ich dom, a tymi, których wraz z ojcem omijała szerokim łukiem na Pokątnej.
Kochała rodziców. Bardzo. Ale nie rozumiała, czym jeden czarodziej różni się od drugiego.
I dlaczego matka tak bardzo nienawidziła kwiatów, które Andromeda hodowała w doniczkach.
Bella często powtarzała, że rośliny nie są potrzebne w domu, zawadzają i do niczego się nie przydają. Tymczasem matka z zamiłowaniem gromadziła pamiątki po przodkach, które przecież też nie spełniały żadnej funkcji. No, chyba, że ich zadaniem było pokrywanie się kurzem.
– Ile razy mam ci powtarzać, że pannie z dobrego domu nie przystoi babrać się w ziemi?!
Narcyza zerknęła na siostrę sponad czytanej przez siebie książki, udając, że kłótnia wcale jej nie interesuje, choć tak naprawdę ciekawość rozsadzała ją od środka.
– Przecież nic złego nie robię! – wykrzyknęła Andromeda z oburzeniem. – To tylko pelargonia! Dlaczego MNIE zawsze wszystkiego zabraniasz, a one mogą robić, co chcą?
Andromeda doskonale pamiętała siarczysty policzek, który wymierzyła jej matka.
– Nie bądź bezczelna – warknęła kobieta, patrząc na córkę ze złością.
Dziewczynka obserwowała swoją rodzicielkę zaskoczona i przerażona równocześnie, nie wiedząc, jak zareagować. Bolał ją policzek. Złość buzowała w niej jak ogień, a z drugiej strony nie wiedziała, jak daleko może się posunąć.
– Nienawidzę cię – wyszeptała drżącym od tłumionego szlochu głosem, po czym wbiegła po schodach i z hukiem zatrzasnęła drzwi swojego pokoju. Bolało. Bolało ją każde krzywe spojrzenie, jakim obdarzała ją matka, bolały ostre słowa.
Wtedy po raz pierwszy jej się sprzeciwiła. Wieczorem, gdy ocierała chusteczką łzy, postanowiła, że będzie szła swoją własną ścieżką. I że już nigdy więcej nie będzie płakać przez członków rodziny. Spojrzała z żalem na sczerniały kikut, który jeszcze rano był jej pelargonią. Niedługo przecież pójdzie do Hogwartu, a wtedy wszystko się zmieni. Bo zmieni się, prawda?
Bella obserwowała wszystko zza zasłony. Doskonale wiedziała, że nie chodziło o małą pelargonię Andromedy, którą matka spopieliła z mściwą satysfakcją. Wyszła zza zasłony od razu po tym, jak siostra wybiegła z pokoju. Nie było sensu się ukrywać – matka nie znosiła, gdy ktoś podsłuchiwał.
– Powiedz jej, że nie dostanie dzisiaj kolacji – usłyszała chłodny głos matki.
Wychodząc z pokoju siostry, zerknęła przez okno na ich zaniedbany ogród. Kilka całkiem zdrowo wyglądających drzew oplatał dumnie piękny, zielony bluszcz.
Andromeda nie wyjrzała ze swojego pokoju przez cały wieczór. Zupełnie nie zwracała uwagi na poruszenie, jakie panowało na korytarzu. „Na pewno podano już do kolacji” – pomyślała z żalem, starając się zignorować burczenie w brzuchu. „Skup się, Andromedo! Co robisz źle? Jesteś Blackówną czy mugolem?”
Początkowo fakt, że matka z taką miłością zwraca się do Narcyzy i Bellatrix nie zwrócił jej uwagi. Co z tego, że Narcyza była częściej chwalona, a Bella gładzona czule po włosach? Widocznie na to zasługiwały. W końcu Cyzia więcej czasu poświęcała na czytanie książek i naukę francuskiego niż ona. Młodsza siostra była bardzo podobna do matki, zwłaszcza z charakteru. Wyniosła i chłodna, starająca się zachować pozory opanowania, choć w środku cała wrzała. Wzorcowa panienka z dobrego domu. Taktowna, dobrze wychowana, z manierami. Natomiast Bella była jej zupełnym przeciwieństwem. Temperamentna, bezczelna i szalona. Ale nikt nie brał jej tego za złe – nie to, co Andromedzie. Bella bardziej przypominała ojca, czego matka nie potrafiła znieść. Podobnie jak tego, że ona, Andromeda, praktycznie wcale nie była podobna do Blacków. Może tylko tak charakterystycznej dla nich dumy nie można było jej odmówić.
Jak każdy Black, Andromeda potrafiła długo się buntować. Kolejne dni minęły wypełnione chłodną, opanowaną złością. Atmosfera w domu stawała się coraz cięższa, aż w końcu Bella, nie potrafiąc znieść matki, patrzącej na jej siostrę z wyższością i Andromedy, która milczała całymi dniami, nie wychodziła ze swojego pokoju. Nawet Cyzia, która uśmiechała się kpiąco na widok siostry, siedzącej ze spuszczoną głową, działała jej na nerwy. Jednak Andromeda była tylko dzieckiem. I w końcu była zmuszona się poddać.
Kiedy przyszła do pokoju matki, zastała ją siedzącą przy kominku i czytającą.
– Czego chcesz? – zapytała oschle kobieta.
– Ja... – Andromeda przełknęła głośno ślinę. Zapadła grobowa cisza. W końcu dziewczynka zebrała się w sobie i, patrząc prosto w oczy matki, wyszeptała: – Przepraszam, mamo.
– Żeby mi to był ostatni raz!
„Będzie” – pomyślała dziewczynka.
*
Dzień, w którym Andromeda miała po raz pierwszy jechać do Hogwartu, pełen był gorączkowych przygotowań, pakowania kufrów i wydawania najróżniejszych poleceń obu dziewczynkom. Bella słuchała krzyków matki, puszczając jej uwagi mimo uszu i obserwując Andromedę, spełniającą każdy rozkaz rodzicielki. Narcyza patrzyła na nie z zazdrością. Sama miała iść do szkoły dopiero za rok i nie mogła się już doczekać. Bella często opowiadała młodszej siostrze o Domach, zaszczycie bycia Ślizgonem i o jej kolegach. No i o Lucjuszu, który kiedyś miał zostać mężem Narcyzy.
Ale jakoś nigdy nie wspominała o tym, by jakiś chłopak miał zostać mężem Andromedy.
– Pilnuj jej! Żeby nie przyniosła wstydu rodzinie! – rozkazała matka.
– Nie przyniosę! – oburzyła się Andromeda.
Pierwszy rok w szkole minął spokojnie. Andromeda trafiła do Slytherinu, co było powodem do zadowolenia. Matka nie narzekała na oceny córki, a nawet czasem ją chwaliła. Pisywała od czasu do czasu: W domu wszystko dobrze, pamiętajcie, żeby nie przynieść wstydu rodzinie, nie kłóćcie się, dbajcie o kontakty z Malfoyami. Bella dla dobra siostry przemilczała przesiadywanie Andromedy w cieplarni. Nie chciała wywołać burzy, choć coraz częściej się kłóciły, a ich kontakty znacznie się ochłodziły...
Ich wzajemna „nienawiść” zaczęła się dość spontanicznie – od kłótni na temat Lucjusza. Narcyza go uwielbiała i odkąd zaczęła szkołę, spędzała z nim cały wolny czas, racząc później siostry swoimi zachwytami. Bella nie ukrywała swoich poglądów i sympatii do młodego Malfoya. Był arystokratą.
Andromedzie natomiast nie podobało się to, co chłopak opowiadał o „Lordzie”. Wydawało się to dość podejrzane, „Prorok” donosił o zaginięciach i morderstwach. Andromeda bała się wojny, na którą wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały.
Nie podobała jej się okazywana przez Lucjusza pogarda dla mugoli, jego miłość do galeonów i chęć dorównania ojcu. Nienawidziła jego wyniosłego stylu bycia, przeciągania spółgłosek i tego, że miał zostać kiedyś jej szwagrem. Wydrapałaby mu oczy, gdyby mogła.
Lorelei Yaxley – jedna z jej bliższych koleżanek z roku, patrzyła na to wszystko z rozbawieniem. JEJ wcale nie obchodzili Malfoyowie, zresztą, Lucjusz był bardzo specyficzny i należało się do tego przyzwyczaić. Nie warto drażnić śpiącego smoka, ale ufać mu również się nie powinno. Andromeda czasem wspominała jej o swoim zamiłowaniu do roślin, jednak Lorelei bardziej interesowała czarna magia niż zielarstwo.
Andromeda wolała duszne cieplarnie i swoje hodowane w tajemnicy przed wszystkimi rośliny. Kochała życie, natomiast wszyscy, którzy ją otaczali, najwyraźniej nie dostrzegali jego piękna. Konwenanse, zasady, opinia społeczeństwa, towarzystwo, galeony – to był ich świat.
Ona potrafiła kochać życie całym sercem. Tak, jak swoje rośliny. Jej rodzina najwyraźniej nie wiedziała, co to jest miłość – przekonywała się o tym za każdym razem, gdy wracała do domu na święta czy wakacje. Wszędzie sztuczne uśmiechy, chłód i głowy skrzatów na ścianach rodem z horroru. Dom wydawał się jej martwy. Dość często wspominała zaniedbany rodzinny ogródek, w którym bluszcz rozpanoszył się radośnie. Chociaż usilnie starała się o tym nie myśleć, bluszcz coraz częściej kojarzył jej się z jej własną rodziną.
Właśnie przez zamiłowanie do zielarstwa poznała Teda. Był Krukonem mugolskiego pochodzenia, z czym nie potrafiła się pogodzić. Dla jej rodziny szlama znaczyła tyle, co mugol. Ilekroć o tym myślała, słyszała surowy głos matki: „To nic nie warte śmieci. Nie zadawaj się z nimi.” Starała się. I nawet jej to wychodziło. Ale ona była Blackówną! A każdego Blacka oprócz dumy charakteryzuje coś jeszcze: mściwość.
Zaczęła spotykać się z nim w cieplarni, bo on również pomagał profesor Sprout. „Na złość matce” – powtarzała sobie, choć początkowo świadomość, że Ted nie jest czystej krwi, budziła w niej olbrzymią niechęć do chłopaka. Lorelei coraz częściej przypominała jej: „Jesteś Black! Zachowuj się, jak na Blackównę przystało!” Andromeda nie zwracała na to uwagi.
*
– Musisz pamiętać, moja droga, żeby sprawdzić, czy bluszcz nie jest trujący, zanim go dotkniesz. Widzisz? Ten ma takie drobne kolce. Załóż rękawiczki – trzeba uważać, żeby się nie ukłuć. – Profesor Sprout podała jej rękawice ze skóry. – Dlaczego mamy go wyrywać? Przecież... – Ten bluszcz prędzej czy później zabije twoją roślinę. Jest trujący.
*
Z biegiem czasu Ted stawał się jej coraz bliższy. Zakochała się. To pewnie przez miłość do roślin. Często spotykali się w cieplarni, pomagając nauczycielce z mandragorami i z jadowitą tentakulą, którą oblazły jakieś robaki. Ted śmiał się, że wyglądają jak mszyce. Cokolwiek to było.
Nie liczyło się jego pochodzenie. Przy nim nawet otaczająca ich szara rzeczywistość nabierała kolorów.. Dni mijały coraz szybciej, czas płynął z prędkością światła, a w spragnione miłości i ciepła serce Andromedy zaczynały wkradać się pierwsze promienie słońca.
Był miły, zabawny i zawsze uśmiechnięty. Zupełnie inny od otaczających ją ludzi. Dla niego nie liczyła się opinia innych, a już zwłaszcza jej rodziny. Dla niej rodzina była jedyną formą bliskości, jakiej doświadczyła. Nie potrafiła zrezygnować z tego, co miała. Jeszcze nie w tamtym momencie.
Już za rok skończy szkołę, może wtedy... Ale Bella, Cyzia... Matka. A Lorelei? Chloé? Co one powiedzą? A... ojciec?
*
Po ukończeniu Hogwartu dostała pracę w małej aptece na Pokątnej. Siostry do niej nie pisywały. Cyzia wyszła za Lucjusza, Bella zaś poślubiła Rodolphusa. Później, zapewne na wieść o jej ślubie ze szlamą, siostry całkowicie się od niej odżegnały. Podobnie było z Lorelei, która najwyraźniej nie chciała zadawać się ze zdrajczynią własnej krwi. Trochę ją to bolało. Przez jakiś czas. Nie zamierzała się jednak nad tym rozczulać. To było jej życie – tak, jak postanowiła dziesięć lat wcześniej.
Miała kochającego męża, wymarzony domek, w którym zawsze było pełno słońca, a z każdego kąta, ze zmarszczek na firankach czy półek z książkami, biło wypełniające ich dom szczęście. Robiła to, co zawsze chciała robić – miała swój mały ogród pełen ziół, belladonny i drzew, które z radością pielęgnowała. To wystarczało. Wyrywała chwasty i usuwała bluszcz, który chciwie oplatał jej sadzonki. Zdarzało się, że odwiedzał ich Syriusz, który, jako buntownik, również został wykluczony z rodziny. Siadywali we trójkę przy kominku i gawędzili do późna, popijając piwo kremowe. Bywało, że Syriusz przyprowadzał Jamesa i Lily. Andromeda nie dbała o to, jakiej krwi są jej przyjaciele. Już dawno przestała zwracać uwagę na to, czy ktoś jest „czystej”, czy półkrwi. To było nieważne. Sama zamierzała wstąpić do Zakonu Feniksa. W końcu była wojna!
Miała Teda. To wystarczyło.
Czasem myślała o siostrach, które podążyły zupełnie inną drogą niż ona. O rodzinie, dla której już od dawna była czarną kropką na płótnie gobelinu. Ale mimo wszystko – czasami – tęskniła za nimi.
I wtedy urodziła córeczkę.
Ninny wynagrodziła jej brak wiadomości od sióstr, wypełniając wolny czas radością, światłem i miłością. Ted pracował często do późna, więc razem z córką siadywała w ogrodzie, opowiadając jej o zielarstwie i Hogwarcie. Bawiła się z nią i ze śmiechem obserwowała, jak jej córka zmienia kolor włosów na zielony. Była zupełnie inna niż jej siostry. Nie przypominała Blacków, co wzbudzało w Andromedzie dziką radość.
*
Kilka lat później przyśniła jej się Bella. To był chyba jakiś koszmar – nie pamiętała go dokładnie. Pamiętała tylko własną siostrę na klęczkach. I kolumny oplecione bluszczem. Obudziła się wtedy z krzykiem, zlana potem i roztrzęsiona. Nigdy nie miewała tego typu snów, ale czuła, że coś jest nie tak.
– To tylko zły sen, kochanie. – Ted objął ją i pogładził po plecach. – Zły sen.
– To moja siostra, Ted – szepnęła wtedy ze ściśniętym gardłem, choć już dawno pogodziła się z tym, że straciła siostry na zawsze.
– Wiesz, jak wygląda Trujący Bluszcz, prawda? – zapytała, a Ted skinął głową. – Było go pełno.
Nie chciała tego pamiętać.
Kiedy następnego dnia zobaczyła Bellę, nonszalancko przekraczającą próg salonu, Ted był z Ninny w ogrodzie. Zbierali kwiaty szarłatu do ususzenia. Andromeda siedziała właśnie nad woreczkiem z liśćmi mięty, pieczołowicie przebierając je palcami. Zaplątany gdzieniegdzie bluszcz odkładała do papierowej torby.
– Bella? Co ty tu robisz?
– Chciałam cię odwiedzić, siostrzyczko. I… pożegnać się.
Bellatrix uśmiechnęła się, celując w nią różdżką. Andromeda przeczuwała, że nie jest to przyjacielska wizyta. Rzuciła się do kredensu w poszukiwaniu różdżki. Za późno.
*
– Tato, co się dzieje? – odezwała się Ninny, obserwując uważnie okno domu, które na chwilę rozbłysło zielonym światłem. – Mama czaruje?
– Nie wiem, kochanie – skłamał instynktownie, zrywając się do biegu. Wiedział.
Przeszedł przez próg salonu. Andromeda leżała na podłodze. Tuż przy niej zauważył dorodną gałązkę bluszczu z drobnymi kolcami na łodydze.
Poznał ten bluszcz bez trudu.
Andromeda zawsze powtarzała: „Pamiętaj, żeby sprawdzić, czy bluszcz nie jest trujący, zanim go dotkniesz. Widzisz? Ten ma takie drobne kolce...”
KONIEC
_________________ Jestem miniaturzystką i dobrze mi z tym! Komentarze karmią Wena! Inna Ścieżka
"Your orders, my Master" Hellsing
Ostatnio edytowany przez Cynamonka, 03 Lip 2007, 13:22, edytowano w sumie 1 raz
|