Od jakiegoś czasu zachęcano mnie do napisania czegoś dłuższego. I oto jest! Dziękuję serdecznie Barty Crouch za betę i Elleen za ostateczne przekonanie mnie, że poniższy tekst nadaje się do pokazania szerszej publiczności. Miłego czytania!
Ciocia
Gdy tylko śniegi topniały, ciotka budziła się z czegoś podobnego do letargu i odzyskiwała charakterystyczną dla niej ruchliwość. Wraz z nadejściem wiosny staraliśmy się nie wchodzić jej w drogę. Ciotka była w stanie poruszyć niebo i ziemię tylko po to, by zagonić nas wszystkich do pracy.
A zaczynało się już z samego rana, bo przecież wtedy najlepiej zdejmować firany we wszystkich pokojach, odkrywać wszystkie zakamarki i wypłaszać mole z ich najbardziej zadekowanych kryjówek. Żaden pająk nie mógł czuć się bezpiecznie, gdy ciocia dreptała z miotełką z piór i szmatką, zbierając pajęczyny, ścierając kurze i wytrzepując kołdry. Wyglądała nawet dość komicznie, gdy tak sobie bujała tyłeczkiem, w rytm nuconej przez siebie jękliwej ballady.
Ciocia nie miała talentu do śpiewania, choć często wspominała, że w młodości marzyła o karierze śpiewaczki operowej. Cóż, nasze szyby z trudnością wytrzymywały jej spektakle.
Mniej więcej w południe odstawiane były wszystkie szafy, a wujek Edek mężnie walczył z potworami schowanymi w kątach, dziurach i zakamarkach, powstałych między podłogą a wypaczonymi od wilgoci listwami. Co prawda potwory bardziej bały się jego, niż on ich, ale odwaga jest odwagą, ot co!
Babcia Stefcia szczęśliwie unikała całego rozgardiaszu, jaki wywoływała ciocia. Zamykanie się w kuchni pod pretekstem pieczenia ciast na powrót do domu „naszej kochanej Anielci” było świetną wymówką, a ciocia, słysząc takie wyjaśnienia, potakiwała energicznie. Dzieciarnia była wyganiana do ogrodu. Żeby nie przeszkadzała. Co prawda gęsi bardzo protestowały, ale dziadek szybko znajdował na to sposób.
Cały dom był wietrzony, odkurzany, myty i pastowany od salonu na parterze po pokoje na poddaszu. Wszędzie unosiły się tumany kurzu rozsiewane przez opierzoną miotełkę cioci, a ona sama, zaczerwieniona od sprzątania, biegania i krzyku, rozstawiała wszystkich po kątach jak generał na polu bitwy. Wujek Edek z farfoclami na włosach wyłaniał się zza szafy by przestawić wersalkę w inne miejsce, a Jadźka, biała jak młynarz od sypiącego się z sufitu tynku, obserwowała to wszystko z wysokości parapetu i udawała, że zawiesza dopiero co wyprane firanki. Podobno mokre firanki najlepiej schły na oknie.
Gdy dziadek Wiesiek wracał z podwórka ze świeżo upolowaną kaczką, cioci zaczynały wymykać się siwe włosy spod ciasnego koczka. Sztuką było nie poplamić wypucowanej na glanc podłogi. Babcia Stefcia nie pozwalała wejść do kuchni strzegąc zawzięcie swych cukierniczych tajemnic, gdy zaś wszystkie ciasta były już gotowe, nie można było hałasować i trzaskać drzwiami. Bo akurat babka w piecu „i jak jej ktoś będzie przeszkadzał, to ciasto opadnie, a wtedy to sobie możecie całą robotę w rzyć wsadzić”
Kiedy wszystkie meble znalazły się na nowych miejscach, ciocia rozpoczynała kolejną akcję. Każdy mężczyzna w domu był angażowany do powlekania, słania i składania, a dziewczęta wędrowały na strych, by przynieść porcelanową zastawę; ciocia nie zdzierżyłaby, gdyby śniadanie z Anielicą nie zostało zjedzone na rodowej zastawie.
Anielcia była w naszej rodzinie bardzo ważną osobą, bo, jak to mówiła ciotka,
światowa z niej kobitka. Anielcię więc trzeba przyjąć ze wszystkimi honorami domu rodzinnego: Świeżym mlekiem, chlebem domowej roboty i w ogóle
„czym chata bogata”.
Więc kiedy Anielcia oświadczyła, że nie przyjedzie, ciocia przeszła załamanie nerwowe. Pierwszymi słowami, jakie wypowiedziała, było:
– Otwórzcie okno! Słabo mi! – Po czym z teatralnym wdziękiem zbladła i zaczęła wachlować się białą koronkową chusteczką. Dziadek Wiesiek podsunął jej krzesło, aby mogła na nie opaść w dramatycznej pozie. Jadźka otworzyła okno. Z dworu napłynął do naszych uszu świergot ptaków i gdakanie jakiejś zadowolonej z siebie kury.
– Edek, trza jaja wybrać – mruknęła Jadźka, szturchając wuja Edka w żebra.
Zapadła iście grobowa cisza. Wszyscy wpatrywaliśmy się w ciocię. A gdy jej policzki znów nabrały nieco koloru, zaczęła się prawdziwa burza z piorunami.
– I co my tera poczniemy! Baby popieczone! Mięsa nasmażone! Tyla roboty, a ona nie przyjedzie! Co my zrobimy z taką górą jedzenia!
– Józka, też mi godosz. Zje się, a co momy zrobić? – zapytał z miną znawcy dziadek Wiesiek.
– Nu? Zje się, też powiedział. Ciekawa, że ty sam połowę tego w swój kałdun zmieścisz! Tyla ciasta! Mięsa! Kaczka ubita...
Jednak ciocia nie zwykła długo narzekać. Dziadek Wiesiek puścił mimo uszu zarzuty pod adresem swojego kałduna, pozwalając sobą dyrygować przy chowaniu odświętnego odzienia, zwijaniu dywanów i chowaniu rodowej zastawy.
Ciasta podzielono, żeby je porozdawać przy okazji odwiedzin u synków, wnuków, bliższych lub dalszych cioć i kuzynek.
Babcia Stefcia uznała sytuację za unormowaną dopiero po tygodniu, co pozwoliło wszystkim domownikom na podjadanie cichcem robionych przez nią faworków.
Ciocia była niepocieszona. Swoim zwyczajem rozsiadła się na werandzie, dziergając, szydełkując i oddając się bez reszty robieniu serwetek.
– Jak ona mogła tak wzgardzić ciepłem domowego ogniska! – biadoliła przy tym, a słuchaczom więdły uszy.
W końcu ucichły ciocine żale, w ogrodzie zakwitł biały bez, rozsiewając wszędzie swój duszący zapach, a prace grządkowe i kartoflane rozgorzały na dobre. Wujek Edek, jak przystało na niego, porzucił zimową bladość na rzecz spalonego słońcem karku i opalonych ramion.
On to bowiem, z wyjątkową delikatnością i uwagą zajmował się wszystkim, co rosło w naszym ogrodzie. Doglądał drzewek z charakterystycznym dla niego marszczeniem brwi. Gdy tylko coś nie szło po jego myśli, mruczał do siebie pod nosem jakieś dziwne mantry, jakby modlił się o życie roślinki. Wszystkie siane przez niego warzywa i kwiaty podlewane były z wyjątkową troskliwością i pielęgnowane niczym nowonarodzone dziecko. Podejrzewam, że gdyby było to możliwe, nadałby imię każdemu ziarenku. Lulek, Siewka, Łodyżka...
Do tej pory wspominam z uśmiechem jego bose stopy uwalane mokrą ziemią, gdy wyłaniał się zza kartoflanych krzaczków taszcząc zieloną, plastikową skrzynkę pełną ziemniaków.
Uwielbiał obcować z naturą przez własną skórę i, w przeciwieństwie do Jadźki, nie zakładał rękawiczek, gdy ciocia zaganiała nas do pielenia. Pamiętam, że gdy czereśnia się zbuntowała i ostentacyjnie zakończyła swój żywot, wujek Edek rozpaczał przez pół roku.
Ciocia zawzięcie wietrzyła dom, pierzyny i wszystko, co tylko się dało, doprowadzając dziadka Wieśka do szału. O Anielci zapomniano. Nie napisała ani słowa, nie zadzwoniła, nie odzywała się, co zostało przez ciocię uznane za obrazę jej światłego majestatu. Anielcia stała się tematem tabu.
Wraz z bzami do rodzinnych rozmów powrócił pobliski kościółek, na nowo stając się tematem popołudniowych dyskusji przy kawie i skubańcu.
– Bo widzisz Mirka – mówiła do mnie ciocia w obecności bliższej rodziny – ten kościół to zabytek jest, ino oni nie chcą o niego dbać!
Ciocia uważała to za świętokradztwo.
– Ewangelicki czy nie, to Dom Boży! – powtarzała z mocą, zupełnie tak jakby wygłaszała kazanie z ambony – Powim wam, że nawyt naszo Baronowa chciała dać piniondze, coby ten zabytek odnowić, z ruiny wyciągnąć. Ale się ni dało, bo się ni zgodzili. Bo już wtydy z nim źle było – Boże i to jak żle… Nu, ale się ni zgodzili i nie ma bata. Wiecie, to krótko po wojnie było.– wzdychała ze zrezygnowaniem – Dobro kobita była z ty Baronowy....
W rzeczywistości tak uwielbiany przez ciocię kościółek był ruiną. Z roku na rok wysoka drewniana wieża przechylała się coraz bardziej i bardziej, tak, że po pewnym czasie po prostu się złamała, a resztki zaczęły przypominać wyszczerzone zębiska jakiegoś potwora. Jednak, pomimo wszystko były piękne.
Byłam tam kiedyś. Co prawda nie było to miejsce rodem z baśni, a rodzice zakazali mi tam chodzić, lecz doskonale pamiętam dziurawą ulicę z koleinami, rosnące przy drodze młode brzózki i świergot ptaków w świerkach. Już z pobocza widać było ponure, potężne mury, które nocą sprawiały wrażenie upiornych. Promienie słoneczne załamywały się na metalowych pozostałościach okien, rzucały tajemnicze cienie na zielone liście lipy. Ziemia była dobrze ubita, mokra jeszcze od niedawnego deszczu. Mchy zieleniły się na pniach.
Szłam tam z czystej ciekawości, ale ciekawość wyparowała ze mnie, gdy tylko podeszłam pod ścianę i uświadomiłam sobie, jak ogromny jest ten kościół. Mimo że były to ruiny, wciąż słyszałam w nich dawno przebrzmiałe już pieśni, grube mury emanowały historią.
Zdaję sobie sprawę z własnej głupoty, gdy wchodziłam do środka (
„Czyś ty zgłupiała Mirka? Toż przecie mogło się zawalić! No? Stara a głupia! Zero pomyślunku!”) Ale wtedy nie mogłam się oprzeć. Drzwi nie było. Tylko pod łukiem znalazłam ledwo dostrzegalną datę 1902.
Być może ciocia chwyciłaby się za głowę, gdyby się dowiedziała, że tam byłam, ale bawiła wtedy nad morzem, więc szczęśliwie ominęła ją cała afera. Cóż, miałam wtedy może z szesnaście lat. Samo wejście do środka było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Tak przeszywająca cisza, jaka tam panowała, nie panuje chyba nigdzie indziej na Ziemi. Nigdzie, a zwłaszcza w tych zadbanych i uczęszczanych kościołach w wielkich miastach.
W środku było puściuteńko. Tylko ściany, pozostałości malowideł, piękne, rzeźbione kolumny. Ołtarza nie było, podobnie jak ławek, a w prezbiterium zostały tylko dziury po ołtarzu. Dokoła unosił się kurz, migocząc w świetle dnia.
Pamiętam mgliście, że cała drżałam, być może ze szczęścia, a może z miłości, jaką obdarzam stare budowle. Nawa boczna w jednej z części zalana była światłem, z powodu dziury w dachu. Po drugiej stronie dostrzegłam kamienne schody, prowadzące na chór. Na łukach znalazłam jakieś zatarte freski, odłaziła czerwona farba, twarz jakiegoś dostojnika kościelnego była praktycznie niewidoczna.
Chór był przepiękny. Na kolistym sklepieniu zachowały się jeszcze złote niemieckie napisy (rozpoznałam język po kilku słowach i rodzajniku „die”).
Słońce oświetlało chór, zacieniając rzeźbione kolumny i wizerunek orła. Stanęłam przy balustradzie, niepewnie dotykając kamienia i zamykając oczy. Choć nie miałam zielonego pojęcia o ewangelistach, moja wyobraźnia rozhasała się, podając mi jak na tacy obrazy, dźwięki i uczucia. W uszach grzmiały mi majestatyczne organy, słyszałam wyśpiewywane przez tłumy pieśni po łacinie, choć zapewne to wyobrażenie odbiegało znacznie od rzeczywistości. Z tej wysokości widziałam doskonale resztki tego, co lata temu było przepięknym prezbiterium. Głowica kolumny leżała spokojnie pod jedną ścianą, zaś resztki trzonu stały tam, gdzie niegdyś je umieszczono.
Cisza dzwoniła mi w uszach. Właśnie tam – w tym zaniedbanym kościele – po raz pierwszy od wielu lat poczułam Boga obok siebie. I proszę się nie śmiać. Gdy człowiek jest w kościele sam, ZUPEŁNIE sam, jest w stanie poczuć Jego obecność dużo mocniej, niż podczas Mszy.
Kochałam ten kościół i schodząc na dół, myślałam że za jakiś czas tu wrócę...
Kiedy teraz z perspektywy czasu przypominam sobie wiosenne porządki i przygotowania, aby odpowiednio powitać Anielcię, ciocine krzyki i wymowne spoglądanie w sufit babci Stefci, to wszystko bardzo mnie rozczula. Nigdzie na świecie nie ma drugiego takiego domu, gdzie przy kawie, średnio raz w tygodniu, rozprawiałoby się o niszczejącym kościółku, a wraz z pierwszą odwilżą wywracano wszystko do góry nogami. Nie w ten sposób.
Wiele lat później, gdy opuszczałam dom rodzinny by – jak to się teraz ładnie mówi – udać się w świat, słuchałam ze wzruszeniem słów pożegnania, jakimi raczyła mnie ciocia.
Łzy płynęły jej po policzkach, a do nosa przyciskała swoją nieśmiertelną, koronkową chusteczkę. Przytulała mnie co chwila, powtarzała, jak będzie tęsknić, gorliwie gładziła po twarzy i włosach powtarzając „Niech cię Bóg ma w opiece”
– I odwiedzaj nas często! – Pamiętam jak pogroziła mi palcem z poważną miną, po czym roześmiała się serdecznie, chyba tylko po to, aby znów się rozpłakać.
Może i wydawała się groźna i nieugięta. Nie wiem. Według mnie poczciwa była z niej kobieta. I biło od niej tyle ciepła, że mogłaby nim zarazić całą Warszawę, ot co!
KONIEC
Dla zainteresowanych: Ruiny naprawdę istnieją! Zdjęcia można znaleźć tu:
http://www.opuszczone.com/galerie/pisar ... /index.php