TEKST A
Wieczór był ponury i budzący grozę: padał ponury, lejący się strumieniami deszcz, a złowieszcze niebo przecinały budzące grozę pioruny. Do w pełni mrocznego obrazu rzeczywistości brakowało tylko bezlistnych, dziwacznie powyginanych drzew i nietoperzy złowrogo latających między nimi, czy, dajmy na to, księżyca, widocznego doskonale i budzącego grozę (pomimo faktu, iż złowieszcze niebo przesłonięte było całkowicie przez złowróżbne chmury). Niestety, uliczka Privet Drive nawet w tak ponury i budzący grozę wieczór była beznadziejnie prozaiczna, optymistyczna i porządna.
Vernonowi Dursleyowi to nie przeszkadzało. Vernona Dursleya pokrzepiał widok jego ukochanej, mieszczańskiej do bólu uliczki, gdyż pozwalał mu zapomnieć choć na chwilę, że za godzinę był umówiony kilka mil za miastem z człowiekiem zarządzającym dworem, który Vernon Dursley miał odziedziczyć po prababce kuzyna ze strony ciotki siostry szwagra… czy jakoś tak. Taki dwór, nawet stary i zapuszczony, można odnowić, a następnie korzystnie sprzedać, bądź też wynająć. Wizja zbicia kokosów na udanej inwestycji zrobiła na Vernonie duże wrażenie. Dlatego właśnie zgodził się pojechać tam i spotkać z tym gościem, mimo dziwnej pory jak na biznesowe spotkania.
Westchnął ciężko, pożegnał Dudleya i Petunię, chwycił swą biznesową teczkę oraz biznesowy melonik i wyszedł z domu, wsiadając do swego biznesowego auta.
Droga w miarę upływu czasu robiła się coraz mniej prozaiczna, optymistyczna i porządna. Vernon z całą pewnością nie należał do ludzi, którzy doceniają fakt, że w okolicy rosną same bezlistne drzewa, jakże pobudzające wyobraźnię, dokoła zaś nie ma żywej duszy, jest cicho i spokojnie. Vernona przerażała ta cisza i spokój i tylko swojskie warczenie silnika samochodu pozwalało mu zachować równowagę wewnętrzną.
Nie bez trudu dotarł pod wskazany adres, zwłaszcza, że było ciemno, lał ponury deszcz, a złowieszcze niebo przecinały budzące grozę pioruny. Dwór sprawiał raczej przygnębiające wrażenie, ale, uznał Vernon, z całą pewnością było to tylko złudne wrażenie spowodowane fatalnymi warunkami pogodowymi. Wyglądało na to, że w okolicy, przynajmniej w promieniu kilku mil, nie ma żadnych innych siedzib ludzkich. Nie była to okoliczność sprzyjająca do inwestowania, zwłaszcza, że okolica nie wyglądała na szczególnie atrakcyjną turystycznie.
Ciemna, ciężka brama sama się otworzyła, kiedy tylko pod nią podjechał. Wszedł po kamiennych schodkach i stanął przed drzwiami frontowymi. Nie było dzwonka.
Czując się dziwnie nieswojo, sięgnął ręką do wielkiej kołatki. Ledwie jej dotknął, drzwi zaskrzypiały przeraźliwie i oto stanął przed wejściem do dworu, lecz przed oczami widział jedynie nieprzeniknioną ciemność.
Nie podobał mu się ten budynek. Był zdecydowanie za mało mieszczański.
Już chciał wycofać się chyłkiem i czym prędzej wrócić do domu, gdy z ciemności wyłoniła się równie ciemna, wysoka postać, której kontury były widoczne tylko dzięki blademu światłu księżyca.
- Pan Durfley, jak mniemam? - odezwała się postać głosem zimnym i nieco piskliwym.
- Dursley - poprawił odruchowo Vernon, czując ciarki na plecach.
- Tak, Durfley, mówię pfecief. Zaprafam do frodka - postać przepuściła Vernona w przejściu. Zawahał się, ale w końcu wszedł. Drzwi zaraz się za nim zamknęły i teraz Vernon już naprawdę nie widział niczego. Usłyszał szelest płaszcza, a gospodarz domu najwyraźniej przeszedł tuż obok niego, bo po chwili jego głos rozległ się gdzieś z przodu.
- Profę za mną.
- Ekhem… - wydusił z siebie Vernon, nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca. - Ja… nic nie widzę. Czy nie mógłby pan…
- Och! Gapa ze mnie, juf dawno nikogo u fiebie nie gofciłem… pan wybafy.
Błysnęło i nagle Vernona oślepił blask - jak się po chwili zorientował - świec. Były wszędzie. Długie i krótkie, grube i chude, niektóre miały nawet wymyślne kształty. Łączyła je barwa - wszystkie były zupełnie czarne. Vernon miał ogromną nadzieję, że jedynie złudzeniem optycznym było wrażenie, jakiego doznał - mianowicie, że jedna ze świec, już prawie do końca wypalona, zaczęła się nagle sama wydłużać. Zamrugał oczami i rozejrzał się.
Znajdował się w hallu, bardzo dworkowym, bardzo zapuszczonym i bardzo mrocznym. Podłoga pokryta była kurzem, ściany pajęczynami, a dziwaczne, staromodne meble - jednym i drugim. Pod sufitem widniały różne ciemne plamy i Vernon mógł mieć tylko ogromną nadzieję, iż nie są to nietoperze albo gigantyczne pająki. Podskoczył, gdy zauważył wreszcie coś, co musiało być gospodarzem - wysoką, chudą postać w czarnej pelerynie ze stojącym kołnierzem, o twarzy dziwnej, bardzo pociągłej i bardzo bladej, oczach o nieokreślonej barwie i dziwacznym zgryzie o nadzwyczaj rozwiniętych kłach. Postać (nadal nie wiedział, jak inaczej mógłby to określić) podeszła do niego, wyciągając dłoń o długich, niemal białych palcach zakończonych pożółkłymi szponami. Vernon wzdrygnął się gwałtownie.
- Hrabia Monte - przedstawiło się stworzenie.
Vernon nie uścisnął podanej mu dłoni i nie odpowiedział ani słowem - przyszła mu bowiem do głowy myśl, która całkowicie wytrąciła go z równowagi, mianowicie, że owo stworzenie musi mieć cos wspólnego z
tymi ludźmi. Tymi wyrzutkami, jakimi byli Potterowie, jakim jest teraz tamten chłopak, jakim był ten facet, który rozwalił im kominek…
Przez twarz Hrabiego przemknął cień i na moment zagościł na niej trudny do opisania grymas. Wyszczerzył bezwiednie zęby, ukazując w pełnej krasie swoje niezwykłe kły. Vernon nie znał się na
tych dziwactwach, ale dałby sobie głowę uciąć, że ma przed sobą najprawdziwszego wampira.
Nie była to pokrzepiająca świadomość.
Monte przybrał swój poprzedni wyraz twarzy, czyli coś pomiędzy politowaniem, a dobrodusznym, uprzejmym uśmiechem, i opuścił wyciągniętą rękę.
- Zaprafam do falonu - rzekł cicho i podążył w stronę jednych z wielu drzwi.
Salon był nie mniej mroczny i ponury. Monte usiadł w wysokim fotelu, wskazując Vernonowi podobny fotel po drugiej stronie ciężkiego, dębowego stołu.
- Pfejdźmy może do fedna fprawy… - zaczął Monte, ale nagle rozległ się rumor i do środka wpadły dwa podobne do niego dziwolągi - tyle, że mniejsze gdzieś o połowę.
- Wujasku, wujasku! - pisnęło jedno z nich.
- Ona kłamie! Ona kłamie! - zaprzeczyło drugie.
Wampiry nie istnieją, wampiry nie istnieją - powtarzał Vernon w myślach, jak mantrę. Zacisnął palce na swoim służbowym meloniku, aż mu knykcie zbielały.
- Wujasku!
- Ale to nieplawda!
- Wujasku!
- Kłamcucha!
- Dofć!!! - Hrabia Monte wstał, ukazując w pełnej krasie swą imponującą posturę. - Nie zauwafylifcie, fe mam gofcia?! Co wy fobie myflicie! Befczelne fieciaki!
- Ale wujasku…
- Ona kłamie!!!
Vernon mimowolnie skulił się, widząc minę Hrabiego Monte.
- Marfmizarazobydwojedoffoichtrumienekzanimfięnaprawdęzdenerwuję!!! - wybełkotał Hrabia wściekle, a następnie poruszył dziwacznie żuchwą. Vernon pochylił się, żeby zobaczyć, co Monte wyprawia. Ku jego zdumieniu (i zgorszeniu), ten ostatni wyjął sobie sztuczną szczękę, poruszył nią kilka razy i włożył z powrotem.
- Znowu zawiafy fię zepfuły, chyba zarfewiały… - pożalił się zbolałym głosem jednemu z koszmarnych
dzieci.
- Wujasku, on znów wyssał mi scura - dziewczynka wykrzywiła szpetną buzię w podkówkę, a blady chłopiec wzruszył ramionami.
- Adafiu - rzekł Hrabia surowo. - Naprawdę to zrobiłef? Ile razy mam ci mówić…
- Ale ona znów lysuje - poskarżył się Adaś. - A ja się wtedy nudzę.
- Ewuniu, co narysowałaś? - zaciekawił się Monte, najwyraźniej zupełnie zapominając o swoim gościu (Vernonowi to bynajmniej nie przeszkadzało). Dziewczynka podeszła bez słowa, ukazując biały brystol zamalowany bardzo intensywnie czarną kredką.
- Eee… i co to jest? - Hrabia wpatrzył się dobrotliwie w urokliwe dzieło.
- Carne anioły - burknęła Ewunia. Adaś wydał z siebie jakiś nieokreślony, złowrogi odgłos, coś pomiędzy warknięciem a prychnięciem, i strzelił z procy w jeden z czarnych kształtów przy suficie, który spadł z cichym plaśnięciem. Ewunia nawet nie drgnęła, po prostu wybuchła wyjątkowo piskliwym i skrzekliwym jednocześnie płaczem.
- No nie płacz, nie płacz - zafrasował się Hrabia. - Chodź tu, aniołeczku, wujafek Monte da ci cukierka.
- A jakiego? - zainteresował się Adaś z błyskiem w oku.
- AB Rh+ - odparł Monte bez zająknienia. Ewunia nagle przestała płakać, przyjęła dar i z lubością zapchała sobie nim usta.
Vernon rozpiął kołnierzyk koszuli, bo zrobiło mu się duszno.
Czarna świeca na stole zaczęła się wydłużać, teraz nie było już żadnych wątpliwości.
Vernon spróbował wstać, ale okazało się, że jest przykuty do fotela kajdanami. Ogarnęła go panika, ale nie był w stanie wydać z siebie głosu.
- Na ffyftkie ffiętofci! - zakrzyknął Monte, zauważając jego rozpaczliwe wysiłki. - Pan wybaczy, to moja fioftfenica, Ewunia, i mój fioftfeniec, Adaf. Nienofne fieciaki - dodał poufale. - Ale cóf to? Kajdany? Adafiu!!!
Vernon zaskrzeczał przeraźliwie.
Adaś udawał niezwykle zajętego strzelaniem z procy do pająków na ścianie. Ewunia żuła cukierka, a jej twarz nie wyrażała niczego.
- Pfeprafam pana najmocniej. Zaraz to ufunę - Hrabia wyciągnął wreszcie to, co Vernon tak bardzo bał się ujrzeć - różdżkę. Vernon zaczął się szamotać. Hrabia wymamrotał coś pod nosem i kajdany zniknęły. Vernon zerwał się z fotela i dopadł drzwi.
- Ale… profę pana! A nafa fprawa?
- Tak. Tak! - wydyszał Vernon, machając rozpaczliwie rękami. Ewunia przeniosła na niego wzrok z pustej ściany, dalej żując cukierka. Adaś zerkał na niego przez procę.
- Ale…
- Rezygnuję ze spadku! Rezygnuję! Rezygnuję! - wydyszał Vernon, szarpiąc klamkę, a oczy wyłaziły mu z orbit.
- Jak pan uwafa. Naprawdę mufi pan juf ifć?… - rzekł Hrabia Monte z żalem i machnął różdżką, a drzwi otworzyły się. Vernon wycharczał coś nieartykułowanego i wypadł z dworku, zostawiając wewnątrz swój płaszcz (melonik i teczkę z przyzwyczajenia cały czas trzymał w rękach).
- Fiwny facet - mruknął Hrabia. - Nie zdąfyłem mu nawet powiefieć o fkarbcu…
Ale Vernon pędził już na łeb i na szyję po mrocznej drodze swoim swojskim, służbowym samochodem. I zdecydowanie nie doceniał faktu, że w okolicy rosną same bezlistne drzewa, jakże pobudzające wyobraźnię, dokoła zaś nie ma żywej duszy, jest cicho i spokojnie.
KONIEC