Tekst B
Dżdżownica
Zaczęło się niewinnie. Od pukania.
Puk, puk. Stukanie rozległo się w cichym domu, zagłuszając ciszę nocną i przygłuszając przy okazji stukanie w klawiaturę. Pomimo późnej, a może już bardziej wczesnej godziny właścicielka mieszkania siedziała przed komputerem. Przerwała na chwilę odpisywanie na wiadomość na Facebooku, nasłuchując uważnie. Cisza. Wróciła więc do swojego zajęcia.
Puk, puk. Znowu.
Helena, bo tak miała owa kobieta na imię, wstała powoli z fotela. Pomimo ciemności panując wokół, udało jej się nie wpaść na żaden przedmiot, w końcu nie mieszkała tu od wczoraj.
Tup, tup do drzwi. Przekręciła klucz w zamku i pociągnęła za klamkę. Światło ulicznej latarni, wpadające przez okno klatki schodowej wprost na wycieraczkę, oświetliło gościa.
Za progiem stała…
…wielka…
…ogromna…
...żywa…
…najprawdziwsza…
DŻDŻOWNICA!
Dziewczyna spojrzała na Lumbricusa*, jakby była kolejnym akwizytorem próbującym wcisnąć jej stare wieszaki. Hela bez zastanowienia zamknęła drzwi. I wtedy dopiero dotarło do niej, co ujrzała. Otworzyła drzwi raz jeszcze. Tam naprawdę stała olbrzymia, zmutowana dżdżownica i do tego, nie, to pewnie złudzenie optyczne, macha lekko… ogonem? Odwłokiem? No, tym czymś, co ma na swoim drugim końcu. Kobieta trzasnęła drzwiami. Podświadomie miała nadzieję, że obudzi tym sąsiadów, którzy zaintrygowani, co się dzieje, wyjdą z mieszkań. Ale nie wyszli.
Przez kolejne pięć minut Helena wpatrywała się w drzwi. Następnie, bardziej zdziwiona niż roztrzęsiona, wróciła do komputera i już miała napisać o tym dziwnym gościu na Facebooku, jednak nie chciała, żeby wzięli ją za wariatkę. Postanowiła nikomu o tym nie mówić.
W niedużej knajpce o wdzięcznej nazwie
Bistro zajętych była połowa stolików. Połowa czyli dwa. W sumie wszystkich stolików było pięć, ale jeden był służbowy, więc go nie liczmy. Trzech podchmielonych panów w wieku około lat czterdziestu dyskutowało o czymś zawzięcie.
– W tym kraju wszystko jest porypane – rzekł jeden, wpatrując się w kufel piwa.
– Trzeba to zmienić…
– Panowie, a co chcielibyśmy zmienić? Jak już mamy coś robić, to z… z… tym… no… planem!
Cała trójka zastanowiła się przez chwilę.
– Tolerancja dla wszystkich!
– Reforma szkolnictwa!
– Edukacja seksualna!
– Legalizacja związków homoseksualnych!
– Zmiana systemu podatkowego!
– Ostrzejsze wyroki!
– Aborcja!
– Eutanazja!
– Brak religii w szkołach!
I tak przez kilka kolejnych minut. Przekrzykiwali się nawzajem, rozmawiając o karze śmierci i wprowadzeniu Euro.
– Ech, ten kraj jest jak taka szmatka poszarpana, której nie można wyrzucić i teraz ceruj to no… Bez nitki.
– Świetne słowa. Wiesz, trzeba się odbudować kiedyś…
– To co, zakładamy też partię?
– Eee tam… Partię od razu… Może lepiej wstąpmy już do jakiejś istniejącej…
– Gdzie niby? Do PiSu, PO, SLD? A może do Samoobrony?
Zaległa cisza.
– Zagrajmy w pytania.
Rano Helena już nie pamiętała o dżdżownicy. Była na to zbyt zmęczona, bo spała tylko kilka godzin, bo obudził ją listonosz. Miał do niej jakiś list polecony. Rzuciła list na stół, najpierw musi się obudzić. Wypiła półlitrową kawę, zjadła sześć płatków kukurydzianych i w końcu wzięła do ręki list. Obejrzała kopertę uważnie z dwóch stron, nie było nadawcy. Znaczek też był jakiś dziwny, bo nie był podstemplowany, nie wiedziała więc, skąd to przylazło. No, ale skoro listonosz przyniósł, to musiał to ktoś jakoś wysłać… Rozdarła kopertę u samej góry. Oho, jakieś zdjęcia, pomyślała. Pomęczyła się chwilę z ich wyjęciem, gdyż były nieco większe od koperty, a nie chciała ich zniszczyć. Spojrzała na fotografię. Z każdą kolejną jej szczęka coraz bardziej zbliżała się do ziemi. Nie miała zielonego pojęcia, co to ma znaczyć, kto jest na tych zdjęciach i po co jej to przysłał. Wyglądało to na jakiegoś psychopatę. Może jest śledzona? I podglądana? Automatycznie niemal odwróciła głowę w stronę okna, żaluzje były zasłonięte. A może ten ktoś ma jakiś przyrząd, który widzi przez żaluzje? Może powinna kupić jeszcze rolety? Jeszcze raz zerknęła na zdjęcia. I wtedy dostrzegła związek pomiędzy nimi, a nocną wizytą. Na fotografiach były
dżdżownice… I jakiś facet. Nagi. W tych dżdżownicach leżący…
Dżdżownice…– Umrzyjcie!
Dwóch panów, którzy poprzedniego wieczoru siedzieli przy tym samym stoliku, spojrzało na swojego przyjaciela.
– Za co?
– Upiliście mnie wczoraj!
– Hie, hie… My? Eee… nieee…
– To nie było śmieszne. A teraz wychodzę. – Facet dopił swój ulubiony jogurt z melisą, który przyniósł z położonej nieopodal Biedronki.
– Zaczekaj! Nie idź! Zagramy w pytania!
Mężczyzna przystanął tuż przed drzwiami.
– I będzie tak fajnie jak wczoraj?
Przyjaciele pokiwali głowami.
– Dobra, to kto zaczyna? Zostaw te nożyczki! Bo pójdę!
– Wybacz, już chowam. – Jeden z nich był ogromnym fanem Edwarda Nożycorękiego i dlatego zawsze nosił przy sobie nożyczki.
– To ja mogę zacząć…
Helena układała w szafie niepotrzebne wieszaki, gdy zadzwonił telefon. Zaklęła pod nosem i zaczęła szukać swojej Motoroli.
– Halo?
– Dzień dobry – usłyszała miły męski głos. – Dzwonię z CBOS . Przeprowadzam ankietę. Czy zgodzi się pani odpowiedzieć na kilka pytań?
– Dobrze, słucham?
– Pierwsze pytanie, jaki jest pani ulubiony batonik?
Co to za ankieta?
– Eee… Princessa. Kokosowa.
– Niech sobie pani wyobrazi teraz taką sytuację, jest pani na zupełnym odludziu, idzie brzegiem rzeki i nagle widzi pani, jak jakiś człowiek, który stoi na brzegu, celuje pistoletem w mężczyznę. Co by pani zrobiła?
– Eee… Myślę, że jak najszybciej bym się stamtąd zmyła.
– Lubi pani kukurydzę nabitą na nożyczki?
– Że co?!
– Taką surową, nabitą na nożyczki…
– Yyy… Przepraszam, muszę kończyć.
– Jeszcze jedno! Tylko jedno! Lubi pani wieszać dżdżownice na wieszakach?
Helena nic już nie odpowiedziała, tylko nacisnęła czerwoną słuchawkę.
Co za świr, pomyślała.
Kolejny dzień, kolejne piwo w knajpie (dla niektórych jogurt z melisą) i kolejna runda gry.
– Zanim zaczniemy, to chciałbym was o coś zapytać.
– Tak?
– Czy mógłby zagrać z nami… Maciek?
– Maciek… Hmm, co o tym sądzisz, Andrzej?
Andrzej zamyślił się przez chwilę.
– Całkiem niezły pomysł. Dzwoń po niego.
Zygmunt wyciągnął telefon i zadzwonił po kolegę. Po chwili siedzieli już w czwórkę.
– Słuchaj, Maciek, zasady są proste – zaczął Marcel – zadajesz pytanie, ktoś odpowiada i znowu kogoś pyta. Proste.
– Mmm… Rozumiem. Bardzo wam będzie przeszkadzało, jak coś zjem? Nie zdążyłem w domu…
Cała trójka wyraziła zgodę na tę czynność. Maciek sięgnął pod stolik, gdzie położył reklamówkę biodegradowalną, a następnie wyjął z niej łyżeczkę i…
– Serek homogenizowany?! – zdziwił się Zygmunt.
– Ale patrzcie, jakie fajne tęczowe wieczko. Bardzo sympatyczna ta tęcza.
– Maćkowy serek homogenizowany z tęczą...
– Nie mów tak, Andrzeju, jeszcze serek zacznie mówić, że nie chce być maćkowy.
– W sumie to ja też bym nie chciał być maćkowy – rzekł Marcel.
– Możecie przestać? To mój serek i oboje się bardzo lubimy. – Maciek spojrzał z czułością na opakowanie.
– Dobra, koniec gadania – zarządził Zygmunt. – Gramy!
Helena patrzyła przez okno, bawiła się koralami, zawieszonymi na szyi, i jadła batonika. Bardzo lubiła siedzieć wieczorami i obserwować ludzi. Zapewne ten wieczór skończyłby się dla niej przyjemnie, gdyby nie fakt, że zobaczyła, iż pod latarnią stoi TO. Zasunęła rolety, a potem znowu je odsunęła. Odeszła od okna, przyciszyła piosenkę o Wielkim Wybuchu i jeszcze raz, spokojnie podeszła do okna. Nie myliła się. Dżdżownica wciąż stała pod latarnią. Przeraziła się i zaczęła zbierać do kupy fakty. Dżdżownica przed drzwiami, zdjęcie faceta w dżdżownicach, telefon z dziwną ankietą, a teraz to. Hela miała dość. Musiała wyjść, nie mogła tutaj dłużej siedzieć. Zamknęła mieszkanie na wszystkie zamki i poszła przed siebie. Na całe szczęście, dżdżownicy już tam nie było. Uwagę Heleny przykuła knajpka o nazwie
Bistro, kiedyś tam chodziła, ale to było tak dawno temu… Postanowiła tam wejść. I weszła. W środku było prawie pusto, jeśli nie liczyć czwórki facetów przy stoliku. Usiadła niedaleko, lecz nie w bezpośrednim sąsiedztwie. Zamówiła sok i batonika. Przez następne pół godziny wpatrywała się w plakat, na którym jakiś facet trzymał surową kolbę kukurydzy, i słuchała, o czym rozmawiają ci faceci. Wywnioskowała, że ciągle zadają sobie pytania. Nie, nie były to normalne pytania. Jaki normalny człowiek pyta drugiego o to, czy ten chciałby mieć harem okularów… Wreszcie wpadł jej do głowy pewien pomysł. Wzięła głęboki oddech i podeszła do owego stolika.
– Przepraszam bardzo, że panom przeszkadzam – powiedziała głośno i wyraźnie – ale mam małe pytanie.
– Pytanie? Idealnie! Słuchamy, słuchamy…
– Co by panowie zrobili, gdyby przyszła do was wielka, zmutowana dżdżownica?
– Że co? Dżdżownica? – Marcel wybuchnął śmiechem, a zaraz po nim reszta.
– Ja bym ją zjadł – stwierdził Maciek. – Zaniósłbym ją do wanny i zjadł.
– Ja bym zrobił wielkie WTF?!
– Wykorzystałbym ją jako zabawkę dla kota, oparcie i środek transportu.
– Gorzej, jakby ona wykorzystała ciebie… Hahaha.
– Wyobraźcie sobie polecenia dżdżownicy…
Pełzaj! –
Przynieś glebę!Helena patrzyła tak na nich z coraz większym zdziwieniem. W końcu wybuchła.
– To nie jest śmieszne! Zapukała kiedyś do Was dżdżownica?! NIE! Nie macie pojęcia, co człowiek wtedy czuje! Niech was… Niech was… Niech was dżdżownice stalkują! Żegnam! – Trzasnęła drzwiami.
– Eee… co to było?
– Nie wiem, Zygmunt, ale nie było normalne. To co dalej z tymi dżdżownicami?
Helena wróciła do domu wściekła. Chwyciła nożyczki, które leżały na stole, i rzuciła nimi w kierunku otwartej szafy. Nożyczki zahaczyła o jeden z wieszaków i oba przedmioty wylądowały na podłodze. Hela nie zdziwiła się, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Otworzyła z taką siłą, że drzwi uderzyły o ścianę przedpokoju.
– O, dżdżownica! Czego ty tu chcesz, co? Zgubiłaś tu coś?
Lumbricus spojrzała na nią niewinny wzrokiem i wybełkotała:
– Ja tylko chciałam zapytać, czy ma pani może pożyczyć okulary… Najlepiej kilka, bo buduję harem i…
– Pfff… – Helena trzasnęła drzwiami. Dżdżownica posmutniała i postanowiła popełzać dalej a nóż trafi na kogoś sympatyczniejszego.
– Andrzej, pytaj.
– Ale ja nie wiem co… Dajcie mi pomyśleć…
Nie zdążył nic wymyślić. Cała czwórka stanęła jak wryta. Przed nimi stała najprawdziwsza, wielka dżdżownica.
– Eee…
– Yyy…
Zaniemówili.
– Zróbcie coś! – krzyknął Zygmunt. – Maciek, zaatakuj ją serkiem!
– Taaa, homogenizowana tęczo wybieram cięęęę!
– Możecie się uciszyć?
Zamilkli. Dopiero za chwilę dotarło do nich, że wykrzyknęła to dżdżownica.
– Po co tu przyszłaś? – zapytał Marcel. – To ty byłaś u takiej jednej dziewczyny w domu?
– Ja chciałam tylko posłuchać radia, bo słyszę, że leci tutaj… – Lambricus popełzła do odbiornika.
– Zygmuncie, właśnie do twojej knajpy przyszła dżdżownica, żeby posłuchać radia! Co ty dodajesz do tego piwa? LSD?
– Zaraz tu jeszcze przyjdą nożyczki, batoniki, okulary i wieszaki!
– Maćkowy serek nas obroni…
– Cicho! – usłyszeli zza lady. – Mówią w radiu coś o stalkowaniu…
Kilka miesięcy później…
– Brawo, Andrzeju! Wymiatasz!
– I rządzisz!
W
Bistro zebrała się cała czwórka oraz… dżdżownica, z którą wszyscy bardzo się polubili.
– Zostałeś burmistrzem!
– A wy jesteście radnymi! – rzekł Andrzej. – I teraz w tym mieście będzie tolerancja dla wszystkich!
– Reforma szkolnictwa!
– Edukacja seksualna!
– Legalizacja związków homoseksualnych!
– Zmiana systemu podatkowego!
– Ostrzejsze wyroki!
– Aborcja!
– Eutanazja!
– Brak religii w szkołach!
– Na to, moi drodzy, musicie zdobyć większość w rządzie – rzekła dżdżownica.
– W rządzie mówisz – Maciek zastanowił się.
– Sejm, Senat…
– Pałac prezydencki…
– Coś czuje, że wszystko jeszcze przed nami!
– Taaak, a teraz zagrajmy w pytania… Kto zaczyna?
A morał tej bajki jest krótki i niektórym znany, nie graj w pytania, gdy jesteś pijany.
___
Lumbricus (łac.) - dżdżownica.