Mirriel - Forum Literackie

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Obecny czas: 07 Wrz 2010, 03:15

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 12 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 12 Lip 2009, 21:17 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 01 Kwi 2009, 19:29
Posty: 378
Miejscowość: Warszawa
Płeć: Kobieta
Cały miesiąc z Anną



We have sort of triangle thing going here. I want Tyler. Tyler wants Marla. Marla wants me.
I don’t want Marla and Tyler doesn’t want me around, not anymore. This isn’t about love as in caring. This is about property as in ownership.
Without Marla, Tyler would have nothing. *
Chuck Palahniuk


A.
     Mieliśmy tu do czynienia z prawdziwym trójkątem. Trzy wierzchołki - troje ludzi - od których odchodzą po dwa odcinki. I każda para styka się w tym jednym, jedynym punkcie.
     Na początku byłam ja i był Marek - mamy już podstawę (podstawę trójkąta oznaczmy przez a). Potem pojawiła się ona, wierzchołek, dopełniając formy trójkąta (wysokość trójkąta oznaczmy przez h, pole trójkąta to jedna druga a razy h).
     Mamiła nas, kusiła, zwodziła. A my, głupie ćmy, lecieliśmy ku niej tylko po to, żeby powoli, wolniusieńko dać się spalić w płomieniach. Kawałek po kawałeczku. Oboje zbyt łatwo uwierzyliśmy, że to właśnie ona jest naszym przeznaczeniem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że to tylko nasza wiara w nią sprawiła, że tak się rzeczywiście stało?
     (Pole trójkąta to jedna druga a razy h. W trójkącie równobocznym wysokość to pierwiastek z trzech razy a podzielić przez dwa. Podzielić przez dwa, przez dwa, przez dwa. Na dwoje).
     Ona chciała nas obojga. Tu nie chodziło o żadną miłość. Tu chodziło o żądzę posiadania. Bez nas ona nie miałaby absolutnie nic.
     (Pole trójkąta równobocznego zatem to pierwiastek z trzech razy a kwadrat przez cztery, przez cztery, nie przez dwa, nawet nie przez trzy. Przez cztery).
     Teraz jej już nie ma. Bez niej my, ja i Marek, nie mamy nic.

M.
     Siedzimy, Anna i ja, przed kominkiem, w którym zamiast płomieni oglądamy kupkę wczorajszego popiołu. Nie mówimy do siebie nic, unikamy nawzajem swojego wzroku. Dwie kukiełki ze spalonego teatru o popodcinanych sznurkach.
     Będziemy trwać tak w nieskończoność, zobojętniali na siebie nawzajem. Tak powinno być. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałem się od Anny, było to, że samobójstwo bohaterów to naprawdę kiepskie wyjście z punktu widzenia kompozycji opowiadania czy powieści. Rzecz jasna, nie ona to wymyśliła, ale przyjęła tę myśl za swoją.
     Będziemy zatem żyć i hodować w sobie nie tyle nienawiść, co obojętność. Będziemy pielęgnować obojętność, dbać o nią, aż rozrośnie się w naszych sercach i umysłach i nie będzie tam miejsca na nic poza nią.
     Kukiełki ze spalonego teatru - szklane paciorki oczu, szmaciane ciała, porcelanowe dłonie, twarze i stopy. I kupka wczorajszego popiołu. Oto, czym jesteśmy.

J.

     (Nie wiem, kiedy ich wymyśliłam, już nie pamiętam. Wiem tylko, że to opowiadanie chodzi za mną już od dłuższego czasu, że śni mi się po nocach, nie daje mi o sobie zapomnieć. To straszliwie męczące, więc siedzę i próbuję napisać. Ale to ciągle nie to.
     Zwykle dłuższe teksty piszę od razu na komputerze, rozkładam lśniący ołtarzyk swojego laptopa, długo stukam w klawisze. Ale Annę piszę w wygrzebanym z szuflady zeszycie. Nie umiem inaczej. Kawałek po kawałeczku piszę tę Annę, która za mną chodzi i nie daje mi o sobie zapomnieć. A teraz siedzę i przepisuję, dopisuję i wygładzam.
     Ach, jakież to urocze, pisać opowiadanie kawałek po kawałeczku, wiecznym piórem na wygrzebanym z szuflady zeszycie.
     Banał, banał, wszędzie banał, którego już się nie pozbędę).

A.
     Pamiętam ten dzień, w którym zobaczyłam ją po raz pierwszy. To było tuż po naszym przyjeździe nad morze, poszliśmy z Markiem na plażę, nie wypakowawszy nawet naszych rzeczy z samochodu, a ona już tam była.
     Szła przed siebie, nie zostawiając śladów na mokrym piasku, a wiatr szarpał na wszystkie strony jej sukienkę zwiewną i jasną, targał długimi włosami. Przez krótką chwilę wydała mi się szalenie malownicza na tle spienionych fal, szumu mew, wydm gdzieś w oddali - jeszcze jeden element nadmorskiego krajobrazu.
     Ale ona szła przed siebie, mając w ruchach jakąś zawziętość, determinację. Nie zwolniła kroku nawet wtedy, kiedy podbiegła do niej gromadka umorusanych dzieci, krzyczących: wiedźma! Stara wariatka! Mokry piasek, którym ją obrzucały, znaczył brzydkimi plamami biel jej sukienki.
     Wyprostowana. Dumna. Kukiełka, marionetka, której ktoś zbyt mocno ponaciągał sznurki. Nie widziałam wtedy jej oczu, ale wyobrażałam je sobie jako szklane paciorki, utkwione w pustkę. Oto, czym wtedy była. A przynajmniej tak mi się wydawało.

M.
     Nie zwróciłem wtedy na nią uwagi, ledwie zarejestrowałem jej obecność na prawie pustej plaży. Pamiętam tylko jasną plamę sukienki, rozmazaną gdzieś daleko na linii horyzontu, umykającą wzrokowi.
     Tego dnia byłem zbyt pełen Anny, by dostrzec w jej obecności jakąkolwiek kobietę. To brzmi banalnie, wszystko zresztą to banał, ale naprawdę tak wtedy było.
     Patrzyłem tylko na moją żonę, wyglądającą jak mała dziewczynka, tonącą w odmętach zbyt dużego szarego swetra. Szalenie mnie wtedy rozczulała.
     Nie, nie płonęliśmy nigdy ogniem, kochaliśmy się jakoś tak po prostu, nie spalała nas dzika namiętność. Ale nie byliśmy jeszcze kupką stygnącego popiołu. Jeszcze nie.

J.
     (Annę widzę bardzo wyraźnie - stoi na plaży, wpatrzona w niknącą gdzieś w dali sylwetkę kobiety w jasnej sukience. Drobna i niska, skulona w za dużym swetrze, krucha w objęciach stojącego obok mężczyzny. Ciemne włosy, związane nieporządnie, wymykające się pasemko po pasemku, rozwiewane przez wiatr. Mały nosek z kilkoma piegami. Duże zielone oczy. Pieprzyk na prawym policzku.
     Dzięki tym zielonym oczom (chociaż moje wcale nie są duże, ale przyjemnie jest pomyśleć, że mogłyby być) i pieprzykowi Anna jest trochę mną. Ale tak tylko trochę, bo poza tym wcale nie jesteśmy wcale do siebie podobne.
     To zabawne, ale nie potrafię zobaczyć Marka. A przecież i on i Anna są dziećmi mojej wyobraźni, więc powinnam widzieć jego twarz tak wyraźnie, jak widzę twarz Anny, ale nie mogę. Próbowałam dopasować do Marka twarze moich znajomych, ale żadna z nich nie pasuje. Na razie wiem tylko, że jest wysoki i na pewno ma ciemne włosy.
     Nie potrafię powiedzieć nic więcej o Marku).

A.
     Każdy mój dzień wyglądał tak samo, bo rutyna dopada przede wszystkim na wakacjach, kiedy ten ogrom wolnego czasu należy podzielić, odmierzyć, zorganizować według jakiegoś schematu.
     Wstawaliśmy. Jedliśmy śniadanie. Plaża. Zakupy. Obiad. Spacer po miasteczku. Plaża. Kolacja. Jakieś absurdalne, szalone, wpół przytomne wieczorne rozmowy. Czytanie książek. Sprzeczki o drobiazgi, zwykle kończące się w łóżku. Sen. I od nowa.
     Kopia kopii kopii. Ja kopią Marka, Marek kopią mnie. Każde z nas kolejną kopią samego siebie. W tym wszystkim tylko ona zdawała się mieć chociaż pozory autentyczności, których czepiałam się rozpaczliwie, łamiąc paznokcie i zdzierając palce do krwi. A przynajmniej tak mi się wydawało.

J.
     (Anna ma jeszcze kilka moich cech, bo to chyba zawsze jest tak, że autor nadaje bohaterowi jakiś swój rys. Anna dzieli ze mną moje lęki. A Marek jest zwierciadłem, które te lęki odbija.
     Anna boi się ptaków, trzepot skrzydeł budzi w niej przerażenie. Anna najbardziej boi się, że te trzepoczące pióra mogłyby dotknąć jej twarzy, jej ręki, jej włosów. Brzydzi się płaskich oczek umieszczonych z boku głowy, wiecznie mrugających, zapatrzonych w nie wiadomo co. Brzydzi się tego, że ptaki nieustannie ruszają głową (doszła do wniosku, że ma to związek z płaskimi oczami), przekrzywiają ją, nie pozwalają jej nawet na chwilę trwać w bezruchu.
     Anna boi się tego, że nie istnieje. Że kiedyś, kiedy o tym zapomni, przestanie oddychać, tak po prostu. I nie daje się przekonać, że to odruch warunkowy, że niezależnie od stanu swojej świadomości będzie musiała oddychać. Bo Annie czasami zdarza się zapomnieć i wtedy potem musi zrobić kilka bardzo długich, głębokich wdechów, żeby uspokoić serce, bijące jej w piersiach jak oszalałe.
     Anna boi się też przemijania. Boi się, że któregoś dnia stanie przed lustrem i po prostu zobaczy w nim starą kobietę.
     Boi się też zobaczyć starą kobietę w oczach Marka. Dlatego czasami nie może znieść jego wzroku).


A.
     Zafascynowała mnie. Spotykałam ją na plaży każdego dnia, kiedy o zachodzie słońca podejmowała swój niewzruszony marsz, który nie służył chyba niczemu. Wtedy wydawało mi się, że jest to spektakl jednego aktora przeznaczony wyłącznie dla jednego widza - dla mnie. Myliłam się jednak, jak zawsze, gdy byłam czegoś absolutnie pewna.
     Stała się moją obsesją. Była ze mną w dzień. Potrafiliśmy z Markiem godzinami dopasowywać do niej różne życiorysy, jeden głupszy od drugiego. Pewnego dnia Markowi się to znudziło, ale ja robiłam to nadal, coraz bardziej zrozpaczona, bo żaden tak naprawdę nie pasował. A Marek był coraz bardziej zazdrosny - o te rozważania, o moje myśli, o ciągłe przesiadywanie na plaży. Był irracjonalnie zazdrosny i wściekły sam na siebie o tę zazdrość, wiedziałam to.
     Była ze mną w nocy. Wsłuchana w huk morza za oknem śniłam sny pełne koszmarów. Marka budziło moje miotanie się po skrzypiącym łóżku i bezładne gadanie przez sen. Rano wstawaliśmy oboje bladzi i wymęczeni.

M.
     Najpierw myślałem, że to nieszkodliwa fascynacja tajemniczą nieznajomą. Anna zawsze miała bujną wyobraźnię, którą karmiła dziwacznymi historiami, wymyślanymi na poczekaniu.
     Przegapiłem moment, w którym to wszystko stało się obsesją, niszczącą i ją, i mnie. Ale wtedy jeszcze nie było w jej oczach tego płomienia, który tak mnie przerażał. Jeszcze nie. To pojawiło się dopiero później.

J.
     (Nie wiem, czego boi się Marek. Bo to wygląda trochę tak, że bohatera najłatwiej określić poprzez jego lęki. Piszesz: Marek panicznie boi się owadów i wszystko jasne. Problem w tym, że Marek nie boi się owadów.
     Marek boi się chyba bezruchu, takiego czystego trwania. Dlatego pojechali z Anną nad morze - morze nigdy nie jest spokojne, zawsze czuć w nim to podwodne życie, podskórny ruch tkanek i komórek.
     Marek nie boi się ognia - bo ogień żyje - Marek boi się tego, co ogień zostawia. Marek chyba trochę boi się popiołu - nie jako rzeczy samej w sobie, tylko raczej symbolu - i dlatego tak bardzo przeraża go to, co stało się z nim i z Anną. Byłoby mu łatwiej, gdyby umieli się znienawidzić. Ale nie umieją. I to jest dla niego najstraszniejsze).

A.
     Wiedziałam, że któregoś dnia do niej po prostu pójdę, że dłużej tego nie wytrzymam, że ciekawość w końcu musi wziąć górę. Postanowiłam, że ją rozgryzę, że dowiem się, dlaczego dzień w dzień chodzi po plaży tylko po to, by dać się obrzucać mokrym piaskiem. Byłam pewna, że kiedy to zrobię, odnajdę w końcu spokój, by móc to potem opisać. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

J.
     (Nie mam absolutnie żadnego pomysłu na sposób, w jaki Anna mogła znaleźć jej dom. Może spytała kogoś w miasteczku i ten ktoś wskazał jej drogę do znajdującego się na uboczu małego domku? A może jej się to wszystko przyśniło? Albo któregoś dnia poszła za nią, gdy ta wracała z plaży, z bijącym mocno sercem ukrywając się za zaroślami i mając złudną nadzieję, że tamta jej nie zauważyła?
     Nie wiem, każda z tych wersji brzmi równie prawdopodobnie. I każda jest w równym stopniu zmyślona. Nie mam pojęcia, jak to było naprawdę).

A.
     Nie zapukałam, weszłam tak po prostu, czując, że tak trzeba. Że pukanie nie zda się tu na nic. Wiedziona zapachem trafiłam prosto do jasnej, przestronnej kuchni. A ona już tam na mnie czekała, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Stała przy zasypanym mąką stole i uśmiechała się do mnie uśmiechem, który przekreślał jej twarz, dzieląc ją na pół.
     - Wiedziałam, że przyjdziesz.
     - Ty chyba naprawdę jesteś wiedźmą.
     - To zależy, co rozumiesz pod tym pojęciem.
     Jej drobne dłonie nie przestawały gnieść przylepiającego się jej do palców ciasta.
     - Nasyp mi mąki na stolnicę.
     Natarła nią dłonie, do których nagle magicznym sposobem przestało się kleić ciasto. Nie mogłam przestać patrzeć na jej ręce, nic innego się wtedy nie liczyło. Złapała to moje spojrzenie. Umączonym palcem zaczęła stawiać na umączonej stolnicy krzywe litery, jak dziecko, które dopiero uczy się pisać.
     A- N - N - A
     Moje imię.

J.
     (Nie wiem, o czym jeszcze mogły rozmawiać wtedy Anna i kobieta, dla której nawet nie mam imienia. Podobno imię mówi o człowieku wiele, ale ja nie wiem o niej nic, dlatego nie umiem jej nazwać. Właściwie to chyba trochę tak, że nie ufa się osobom bez imienia, ale Anna i Marek tego nie wiedzieli. Wiem to ja.
     Przez większość tego popołudnia Anna patrzyła na jej dłonie. Gniotące ciasto, sprzątające, myte pod strumieniem chłodnej wody, odgarniające z czoła siwiejące włosy. Anna jest bardzo przesądna i wierzy, że zbyt długie przyglądanie się dłoniom przynosi nieszczęście. Dlatego potem bardzo długo winiła siebie za to wszystko, co miało się wydarzyć).

M.
     Nie wiedziałem wtedy, że Anna do niej poszła. Myślałem, że podczas, gdy ja musiałem zostać i zrobić pilnie kilka rzeczy, ona wybrała się na spacer po plaży czy do miasteczka. Nie przyszło mi do głowy, że całe popołudnie spędziła u niej.
     Wślizgnęła się do domu po cichutku, usiadła na tarasie z notesem i długopisem w dłoni, z ciemną głową pochyloną nisko nad kartką (próbowałem bezskutecznie ją tego oduczyć, takie pochylanie się nisko jest bardzo szkodliwe i dla kręgosłupa i dla wzroku). Była tak zamyślona, że nie zauważyła nawet, kiedy usiadłem na krześle obok niej. Podniosła głowę dopiero wtedy, gdy zakasłałem cicho, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę.
     Spojrzała na mnie, a ja wstrzymałem oddech. Bo jej oczy nie były zielonymi oczami mojej Anny, które tak dobrze znałem. Był w nich płomień, odblask płomienia.
     Wtedy zacząłem się bać.

A.
     Zaczęłyśmy spędzać ze sobą całe popołudnia, podczas których starałam się przyłapać ją na czymś, co pozwoliłoby mi jednoznacznie stwierdzić, kim tak właściwie jest. Czasami przypominała mi dobrą wróżkę, taką z bajek dla dzieci. Bywały jednak dni, że w jej uśmiechu i w źrenicach czaiło się coś niepokojącego - wtedy się jej bałam.
     Nie umiałam powiedzieć, ile miała lat. Mówiła o sobie, że jest bardzo stara. Jej sylwetka była jednak szczupła i wyprostowana, jej ruchy - sprężyste, a głos - młody. Te cechy kontrastowały z siwiejącymi już długimi włosami i zmarszczkami, tymi od śmiechu i tymi od płaczu, okalającymi jasne oczy.
     - Coś za coś - mówiła mi zawsze, snując swoje opowieści w te letnie, leniwe popołudnia. Przypominała mi wtedy Szeherezadę - nie tę młodą i piękną, zdolną zdobyć miłość okrutnego kalifa, ale starą i zmęczoną, która czarodziejskimi słowami próbuje przechytrzyć śmierć. Przędła tkaninę słów, gładką i miękką, leciutką i zwiewną, taką, która wymykała się próbującym ją pochwycić palcom. Pomiędzy srebrzyste nici wplatała grozę, gorycz i bolesne prawdy, które przypominałam sobie zwykle tuż przed zaśnięciem i które wywoływały potem koszmary. Bo to nie były bajki dla dzieci, te opowieści były przeznaczone tylko i wyłącznie dla mnie. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
     Nie wiedziałam, co mogłabym dać jej w zamian. Myślałam naiwnie, że ona też chce słuchać tym razem moich opowieści. Nie wiedziałam, że zamiast tego zabiera sobie mnie, kawałek po kawałeczku.

M.
     Leżysz sobie koło mnie, już nie moja, bo w twoich oczach widzę płomień, odblask płomienia. Jeszcze cię trzymam samymi koniuszkami palców, ale już przeczuwam, że zdołasz mi się wymknąć, że znajdziesz na to sposób. Och, pamiętam cię tak bardzo dobrze z tych słonecznych dni, kiedy jeszcze świat zdawał się należeć tylko do nas (nie potrafię się pozbyć banału, nigdy nie potrafiłem). I byliśmy może nie tak zupełnie szczęśliwi, ale zadowoleni z życia i siebie nawzajem.
     O wake up, my love, my lover, wake up...
     A dziś idziemy donikąd.

J.
     (Czas spędzany z kobietą, która nie ma nawet imienia, wydawał się Annie dziwnie leniwy, pozbawiony jakiejkolwiek gwałtowności. Wyobrażała go sobie jako stygnącą już żywicę, w której powoli pełzły dwie zatopione w niej muchy. Świat widziany z wnętrza bursztynu jest miodowy, ciepły, kojący.
     Dla Anny ona była czystym trwaniem, bezruchem, kojącym światłem słońca prześwitującego przez bursztyn. Nieostra, o wygładzonych konturach, spokojnym oddechu, spokojnych ruchach. Może dlatego tak ją do niej ciągnęło.
     Może).


A.
     Stała na wzgórzu, wiatr rozwiewał jej włosy, szarpał na wszystkie strony jej sukienkę zwiewną i jasną. Twarz miała pełną gwałtowności, jakiej nigdy przedtem u niej nie widziałam. Zaczęłam się bać, ale mimo to szłam do niej, grzęznąc po kolana w błocie. Czułam jednak, że muszę tam dojść, za wszelką cenę, stanąć obok niej.
     I wtedy nadleciały. Ze wszystkich stron. Tłukąc bezładnie skrzydłami, trzepocząc, wszystkie leciały w moim kierunku. Próbowałam się zasłonić, bezradnie próbowałam schować twarz w dłoniach. Czułam muśnięcia piór na karku, dłoniach, na włosach. Trzęsłam się z obrzydzenia.
     A one dziobały mnie po rękach, zmuszając mnie do oderwania dłoni od twarzy. I wtedy zaczęły drapać pazurami policzki, usta, próbując sięgnąć dziobami oczu.
     Pierwszy raz z koszmaru obudziłam się z krzykiem.

J.
     (Marek poszedł do niej po raz pierwszy chyba tego dnia, którego Anna śniła swój koszmar o ptakach. Siedziała w ogrodzie, grzebiąc patykiem w lekko wilgotnej ziemi. Wszedł przez furtkę.
     Pierwszym, co zobaczył, było wyryte w ziemi słowo: M-A-R-E-K).

M.
     Patrzyłem na nią długo, próbując zauważyć to, co mogło zafascynować moją Annę do tego stopnia, że spędzała z nią całe popołudnia. Nie dostrzegłem nic. Przeciętna, niezbyt ładna i w dodatku starzejąca się kobieta.
     - Spójrz na mnie - powiedziała, podnosząc wzrok wbity do tej pory w ziemię.
     Spojrzałem. Zobaczyłem, że siwiejące włosy są gęste i lśniące. Zobaczyłem jej pełne piersi ukryte pod jasną sukienką. Zobaczyłem, że w oczach czai się płomień, odblask płomienia.
     Nie wiedziałem, co zdołało zaintrygować w niej Annę. Ale wiedziałem, co zafascynowało mnie.

J.
     (Marek boi się bezruchu. Najgorszą dla niego męką jest trwanie. A ona była czystym ruchem, wolnością, nieskrępowaniem. Wymykała się próbującym ją pochwycić palcom. Jej twarz potrafiła zmienić wyraz kilkanaście razy w ciągu zaledwie kwadransa. W jej oczach był płomień, odblask płomienia, a nie zimno bezruchu.
     Myślę, że właśnie dlatego tak ciągnęło do niej Marka i że dlatego stracił dla niej głowę).

M.
     Jestem muchą i całe moje musie jestestwo trzęsie się ze strachu, bo nagle czuję coś, co spada na mnie, co oblepia całe moje ciało. Próbuję się wydostać i nie umiem, grzęznę coraz bardziej, a moje ruchy upiornie stygną wraz z tą cieczą. Świat staje się nagle miodowy, złocisty, ale to mnie nie uspokaja - wręcz przeciwnie, moje ruchy stają się coraz bardziej i bardziej rozpaczliwe, by w końcu zamrzeć, zastygnąć. I trwać. I trwać. I trwać. I trwać.
     Z tego snu budzę się z wrzaskiem.

A.
     Obserwowałam ją nieustannie. Próbowałam przyłapać ją na czymkolwiek, co mogłoby dać mi absolutną pewność, co pozwoliłoby mi odpowiedzieć na to najbardziej intrygujące mnie pytanie. Pilnowała, żeby z niczym się nie zdradzić - byłam tego pewna. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
     Sierpień dobiegał już końca, wrzesień wciskał się wraz z chłodnymi podmuchami wiatru w szpary okien. Był w piasku na plaży i w uliczkach miasteczka. Znajdowałam go nawet na słonych od morza wargach Marka. Nie przyjmowałam go jednak do świadomości, dopóki któregoś popołudnia nie zobaczyłam go w jej włosach.
     Nie wiedziałam, że to nie wrzesień zabiera mi ją kawałek po kawałeczku. Nie miałam pojęcia, że w tym wszystkim chodziło o Marka.


J.
     (Przynosiła im co noc koszmary, a oni brnęli w to coraz bardziej i bardziej, aż w końcu nie mogli bez niej żyć. Doprawdy nie wiem, co takiego stało się między nimi. Być może ona uwiodła Marka, a Anna nie mogła im obojgu wybaczyć tej zdrady. Załamała się kompletnie. Marek czuł się podle i do poprawy jego stanu z pewnością nie mógł przyczynić się fakt, że ona rzuciła go nagle, z dnia na dzień, znudzona zabawką.
     A może po prostu któregoś dnia zniknęła z ich życia, cicho i niepostrzeżenie odchodząc razem z sierpniem ku wrześniowi? Była treścią, która wypełniała ich życie i bez niej zostały tylko dwie puste skorupy, które kiedyś były ludźmi.
     Może naprawdę była wiedźmą i spętała ich oboje miłosnym czarem, związując tajemnym sposobem swój los z ich losem?
     A może zdiagnozowano u niej chorobę psychiczną, która przenosi się za pomocą wirusa i oni padli jej ofiarą, ulegając szaleństwu?
     Może ona nigdy nie istniała i to oni byli obłąkani albo szukali usprawiedliwienia dla postępującej w ich związku obojętności?)

M.
     Zazdrośni o siebie nawzajem, oddalający się od siebie z każdą minutą. Taka była dla nas ta końcówka sierpnia.
     Najgorsze było chyba to, że nie potrafiliśmy tego przerwać. Trzasnąć drzwiami, wyjść, zakończyć całą tę żałosną grę pozorów. Na swój sposób było nam z tym dobrze, gdy zadręczaliśmy się po nocach, nie mogąc spać, gdy nie potrafiliśmy już patrzeć sobie w oczy.
     Znosiliśmy to, bo jeszcze wtedy była z nami ona, należąca do nas obojga i właściwie do żadnego z nas. Ale potem ona odeszła, a nam nie zostało nic.


J.
     (Mieliśmy tu do czynienia z rodzajem trójkąta. Anna i Marek tworzyli podstawę. A potem pojawiła się ona, wierzchołek, i wciągnęła ich niepostrzeżenie w tę grę, której reguł nawet nie starali się pojąć.
     W tym wszystkim największy niesmak czuję do Marka. Bo Marek to człowiek, który nie umie walczyć, zupełnie. Unosi się jakoś na fali wydarzeń, która wyrzuca go za każdym razem na inny brzeg. Jego mottem życiowym jest: będzie, co ma być.
     Ale wbrew pozorom w Marku kryje się jakiś głęboki dramatyzm, który polega na niedookreśleniu własnych pragnień. Właściwie to mi go trochę żal).

J.
     (Myślę, że najbardziej prawdopodobne jest to, że była obłąkana. Codziennie o zachodzie słońca szła w blasku zachodzącego słońca, dając się poniżyć, upodlić, aby chociaż trochę, choć troszeczkę odkupić swoje szaleństwo.
     Zniknęła bez słowa, po miesiącu. Spędziła z nimi cały sierpień, spalając ich kawałek po kawałeczku, nie zostawiając im nic prócz narastającej obojętności. Kupka wczorajszego popiołu i dwie laleczki ze spalonego teatru - oto, czym teraz są.
     Aby wykazać, że coś nie istnieje, należy przeprowadzić dowód, w celu wykazania tego nieistnienia. Nie umiem wykazać, że nigdy jej nie było, zatem zakładam, że istnieje).

J.
     (A tak naprawdę to tutaj chodzi chyba o tę obojętność. I o to, że po tym miesiącu nic już nie było między nimi takie samo).

* Po polsku ten fragment już tak nie brzmi, jego cierpki smak nie zostaje potem długo na języku. Bo: „Mamy tu do czynienia z rodzajem trójkąta. Ja chcę Tylera. Tyler chce Marli. Marla chce mnie. Ja nie chcę Marli, a Tyler nie chce mnie, już nie. I tu nie chodzi o żadną miłość. Tu chodzi o żądzę posiadania. Bez Marli Tyler nie miałby nic” to już stanowczo nie to.

_________________
Chodzi tylko o to, by życie toczyło się jakoś naprzód przy pozorach dramatyzmu. I tylko o to.
Marek Hłasko, Sowa, córka piekarza

Hamstusiowy pamiętnik:
Saskia
Nazywam się czerwień

Brulionowe polecanki:
Wioska pod Kocim Ogonem


Ostatnio edytowany przez Ham Stee 30 Cze 2010, 15:49, edytowano w sumie 2 razy

Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 14 Lip 2009, 16:42 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 24 Lut 2009, 19:50
Posty: 139
Miejscowość: Jeffersonian Institution
Płeć: Kobieta
Ale mam mętlik w głowie.

Pierwsze słowo, które mi się nasunęło, to: wow (tak tak, bardzo adekwatne do tego, co stworzyłaś, wiem). Potem: hmm. A potem to już sama nie wiem. W każdym bądź razie chciałabym skomentować ten tekst tak, jak na to zasługuje.

Chociaż nie wiem, czy potrafię. Zresztą, ja naprawdę mam problem z komentarzami! Nie widać?!

Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką formą, to znaczy z taką, gdzie Autor w długich nawiasch opisuje, jak powstała ta historia, co się działo pomiędzy wypowiedziami bohaterów, gdzie opowiada swoje emocje. Odnosi się wrażenie, że tekst jest bardzo osobisty i prawdziwy. I niesamowicie mnie tym ujęłaś. Zawsze chciałam czytać w cudzych myślach, a ta miniatura to tak jakbym naprawdę mogła to robić. Nie wiem co prawda, czy to Twoje spostrzeżenia i emocje prawdziwe, ale nawet jeśli nie, i tak było to cudowne. Miałam wrażenie, że czytam dobrą książkę z rozbudowanymi postaciami, a nie fika w Internecie. Chyba pierwszy raz w życiu, a jak nie pierwszy, to na pewno jedem z bardzo nielicznych.

Wiesz, mam wrażenie, że bohaterowie - szczególnie Anna, chyba szukała czegoś nowego. Tak samo jak wyjazd na wakcje/odpoczynek. Chciała razem z ukochanym pobyć w nowym miejscu, bo te, w którym spędzała większość czasu, znudziło jej się. Niestety, tak samo bywa z osobami. Może Marek jej się po prostu znudził? Bo mam wrażenie, że do niej nie pasował. Z Twoich opisów wynika, ze ona była żywa i pełna życia, a on... Niby nie lubił trwania, kochał ruch, ale sam co robi z tym trwaniem?
Nie umiem tego ująć, ale tak, jakby się kochali, bo tak miało być, a nie dlatego, że tego chcą. A Anna jakby nie potrafiła ujarzmić swoich zachcianek (bo tak w sumie można nazwać tę dziwną kobietę - Anna ją chciała i już). I faktycznie, Marek płynie pod prąd. Nie różni się niczym od innych - co ma być, to będzie. Ta kobieta była jego przeciwieństwem i może dlatego obydwoje tak do niej lgnęli.
A sama postać tejże kobiety/wariatki/wiedźmy/jawy jest wprost wspaniała. Tak realna w swojej nierealności. Może istniała, może nie. Może Marek i Anna stworzyli ją na własne potrzeby. Może im w związku było źle, ale tak głupio psuć coś tak z pozoru wspaniałego i trzeba na kogoś/coś zwalić tę winę, że jednak się rozpadło. A jeśli nie istniała, to i tak będą wiedzieć o tym tylko oni. Usprawiedliwienie jest.
I zgubiła ich ta rutyna. Obojętność dnia codziennego. Nic się nie działo, w końcu się stało i został tylko proch i popiół. Wspomnienia, że kiedyś było dobrze, ale już nigdy nie będzie tak, jak wtedy. Przez wiedźmę? Wariatkę? Wymysł obojga? A może to im był bliski obłęd? Obojętność jest zła, bo nudzi. Nudzi, bo to powszednieje. Powszednieje, bo codzienność jest szara. Z nudów rodzą się dziwne pomysły. A trójkąty nie zawsze bywają potrzebne. Ale może im był potrzebny właśnie dlatego, żeby zaspokoić jakąś dziwną żądzę i rozpocząć coś nowego, nawet za taką cenę?
Same pytania.

Przepraszam za mój wywód, który i tak pewnie mija się z prawdą. Ale ja nie do końca mogę uchwycić ten tekst, i chyba to w nim jest takie piękne. Jak motyl, który niesamowicie mi się podoba, ale nie mogę go złapać. Bo nie. Bo jest za wysoko.
Czytając takie teksty, czuję się głupia. Czuję, że to pełne uczuć i magii, takie niezbadane, a treść uwodzi. Ale nie mogę do końca pojąć, o co chodzi albo nawet o kogo.

Mam jednak cichą nadzieję, że się za bardzo nie ośmieszyłam. Nie jestem dobra w interpretacjach ani nawet w ujęciu tego, co czuję, w słowach. Chciałabym, żeby ten tekst - tak niesamowity i moim skromnym zdaniem: Twój najlepszy - został doceniony tak, jak należy. Zadaniu pewnie nie sprostałam, ale mam nadzieję, że taka nadinterpretacja (może śmieszna, a może nie) wywoła uśmiech na Twojej twarzy. :)
Wiem też, że później już bym nie skomentowała. Bo nie. Nie umiem tego wyjaśnić.
Ten tekst wywołał w mojej głowie bałagan. Ale za to jaki przyjemny.

Zachwycony, rozmarzony i pod ogromnym wrażeniem

Smok


PS. Weny, weny, weny... Proszę...

_________________
Moją najulubieńszą złośliwością i sztuczką jest to, że moje milczenie umie się nie zdradzać milczeniem.
/Fryderyk Nietzsche/


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 14 Lip 2009, 18:45 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 28 Lis 2008, 18:57
Posty: 117
Miejscowość: Wrocław
Płeć: Kobieta
Wydaję mi się, że to tekst, w którym wszystko ma znaczenie. Jakie znaczenie mają więc pierwsze litery imion?
Sam tytuł kojarzy mi się z filmem "Cztery Noce z Anną". Takie było Twoje zamierzenie?
Po pierwsze to zachłysnęłam się tym tekstem, trochę mnie zatkało, czuję chaos i trudno mi dobrać odpowiednie słowa, ale wiem, że jak chaotycznie nie skomentuję za chwilę, to nie skomentuję w ogóle. Więc wybacz absolutną nie-konstruktywność.

Zaintrygowałaś mnie już samą teorią trójkąta, matematycznymi wzorami (porównaniami do rzeczywistości?), które szczerze mówiąc nieco skojarzyły mi się z Twoimi wierszami. Od razu zrobiło mi się jakoś tak poetycko.
Po tym tekście się błąka. A przynajmniej ja to tak odczuwam. Poznaje się po kolei głównych bohaterów, w dziwny sposób, ze strony tajemniczej autorki. Tutaj zgodzę się z moją poprzedniczką - niesamowite było poznawanie tekstu od drugiej strony. Gdzie autor opowiada mi jak to wszystko powstawało, dlaczego, kiedy i po co, i tak - daje to wrażenie niejakiego czytania w myślach bohaterów. Bo wiemy o nich rzeczy, których nie powinniśmy wiedzieć.
W miniaturce występuje coś co uwielbiam - tajemniczość. Osoba-wierzchołek, kobieta, o której nie wiemy właściwie nic (nawet J. nie zna jej imienia), a jednak odgrywa tutaj niezwykle ważną rolę (przede wszystkim jest niezwykła - dla niej bezruchem, dla niego zmiennością). A jakby na to nie patrzeć nie robi nic niezwykłego. Bo co jest strasznego w rozmowach?
Już na początku wiadomo, że wszystko się posypie, więc zadałam sobie pytanie:dlaczego? I od razu kobieta nie budzi we mnie sympatii. Biała sukienka, błoto - niby nic, ale to wzbudza we mnie podejrzliwość, bo już wiem, że ona jest wierzchołkiem trójkąta.
Ponownie zgodzę się z poprzedniczką - myślę, że zgubiła ich schematyczność. Bo jeżeli ważne jest tutaj każde słowo to te kilka zdań nie było, ot tak. Schematyczność i monotonia może zniszczyć, a tutaj widzimy, że nie zniszczyło do końca.
Tekst jest również refleksyjny. Skłania do myślenia. Jak to jest, kiedy nie można znienawidzić? Czy obojętność jest gorsza od rozstania? Jak żyć z kimś kogo już się nie kocha, ale nie ma powodu do rozstania? Koniec bardzo smutny.

Miniaturka mówi też ogólnie o tworzeniu. Jak często jest, że mamy jakąś wizję bohaterów, spisujemy naszą wyobraźnię, ale przecież nie wymyślamy ich dnia dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Wybacz tę nadinterpretację, chaotyczność i nie konstruktywność, ale musiałam.
Moim zdaniem - najlepszy z Twoich tekstów. Weny życzę.
Matylda

_________________


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 20 Lip 2009, 14:11 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 20 Lip 2009, 13:53
Posty: 4
Miejscowość: Minas Tirith
Płeć: Kobieta
Właśnie weszłam na forum po raz pierwszy i od razu trafiłam na Twój tekst. Jakoś tak. I od razu, jakbym dostała obuchem w głowę. Albo zobaczyła jasność. Albo coś w tym stylu.
Uważam, że ten tekst jest... Nie wiem, jak to określić. Jest na pewno bardzo dopracowany technicznie. Wygląda jak coś uszytego idealnie na miarę dla pięknej kobiety. Jest też bardzo pomysłowy, na pewien metafizyczny, wenowy sposób :) Jest też poetyczny, chociaż z drugiej strony trzyma się konkretów i jest bardzo realistycznie spostrzegawczy (urzekł mnie opis Anny i niemożność określenia Marka!).
Bardzo mi się podoba. Jestem zachwycona.
Te oklepane określenia muszą na razie wystarczyć, bo pogubiłam słowa. Dlatego nie będzie długiego komentarza. Nie umiem długo i składnie komentować :)
Zyskałaś sobie kolejną fankę :)

H&K -
Nat.

_________________
The difference between reality and fiction? Fiction has to make sense.
Tom Clancy


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 21 Lip 2009, 14:08 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 23 Maj 2009, 01:25
Posty: 313
Płeć: Kobieta
Uwaga! To płaskie kolorowe na ścianie, to nie obraz abstrakcyjny. To ja, Kura.

Ham Stee, o Twoim stylu to ja już nic nie będę mówić, bo wiesz doskonale, co by to było, nieprawdaż? Skupmy się więc na relacjach między bohaterami.

Cóż, na początku wydawało mi się, że będziemy mieć trójkąt. Marek, Anna i bezimienna kobieta z plaży. Kobieta, która stanowi dla każdego z nich ucieleśnienie tego, za czym tęsknią, a jednocześnie, czego się boją. Która w jakiś magiczny sposób zna ich, oplątuje ich i wysysa, jak wampir. Czy też wypala raczej, aż do kupki suchego popiołu.

Ale czy faktycznie trójkąt? Otóż nie. Mamy ostrosłup, bo przecież jest jeszcze J., autorka, która powołała ich wszystkich do życia i która z każdym z nich jest w równym stopniu związana. Wydawać by się mogło, że to ona trzyma sznurki marionetek, ona swą arbitralną decyzją skazuje ich na obcość i wypalenie... Ale przecież ta relacja działa w obie strony. J. pcha swoich bohaterów w obłęd, ale odbita fala wraca i założę się, że J. też ma w oczach odblask płomienia. Po tym miesiącu nic między nimi nie było już takie samo. Nie tylko pomiędzy Anną i Markiem, ale także pomiędzy nimi, a J.

To przecież tylko wymyślone postaci, można powiedzieć. Czy do końca tak? Czy można udowodnić ich nieistnienie?
(Którąś z planet – Neptuna bodajże – odkryto dzięki temu, że zauważono jej oddziaływanie grawitacyjne, zniekształcające odrobinę orbitę najbliższego sąsiada, Urana. Stało się to dowodem, że „tam coś musi być”. Samych obserwacji dokonano dużo później i lepszym sprzętem. Anna, Marek i Bezimienna wpłynęli na życie swej autorki, a zatem w pewien sposób istnieli także, prawda?)

_________________
kura z biura
Sierżant i Saper analizują - Ślizgońskie dominatorium, cz.2
Sierżant i Saper - forum


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 24 Lip 2009, 11:34 
Offline
Bojowniczka
Awatar użytkownika

Dołączenie: 04 Lis 2005, 02:01
Posty: 1169
Płeć: Kobieta
Strasznie lubię takie historie - takie, w których nie wiadomo, co jest prawdziwe, a co tylko się zdaje, co jest z tego świata, a co już z innego... Twoja Kobieta Bez Imienia jest fascynująca, niezwykła. Ucieleśnienie marzeń i lęków, jakby była w pewnym sensie nimi obojgiem.
Po pierwszym opisie skojarzyła mi się z Kochanicą Francuza i już się tego skojarzenia nie pozbyłam - może dlatego wydaje mi się bardziej tragiczna niż Anna i Marek.
W ogóle, w całym tekście wyczuwam silne pokrewieństwo z Kochanicą Francuza, może przez ten postmodernizm i Autorkę, która jest jednocześnie twórcą i bohaterem.

Bardzo, bardzo mi się podobało. Pisz więcej. Życzę ogromnego Wena.
Arian

_________________
Mogę robić rzeczy! Kilofem.

I saw God. She was black.

W tym tygodniu Arian poleca:
Północ
Wioska pod kocim ogonem

Autoreklama:
Dzika magia

Moje teksty w pdf


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 26 Lip 2009, 12:44 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 08 Paź 2006, 17:43
Posty: 289
Miejscowość: zza morza...
Płeć: Kobieta
Niezwykły tekst. Bardzo lubię, kiedy opowiadania mają nietuzinkową kompozycję, kiedy zaskakują i przyciągają już samą formą. W „Całym miesiącu z Anną” to właśnie forma robi na początku największe wrażenie. Bo sama historia, choć intrygująca, jest w sumie dość prosta – dwoje zakochanych, i ta tajemnicza trzecia osoba, która wszystko psuje. Trójkąt, ale bardzo specyficzny. I choć od samego początku wiemy, jak cała historia się skończy, to właśnie niezwykła forma opowiadania sprawia, że o losach bohaterów czytamy z wypiekami na twarzy. Trzy różne perspektywy, trzy różne punkty widzenia – w tym jeden zupełnie zaskakujący – punkt widzenia autorki historii, splatają się w jedną opowieść o tajemniczej bezimiennej wiedźmie i o miłości, której tak naprawdę nie ma, nie było i nie będzie.

Ten tekst jest smutny. Oddziałuje na czytelnika znakami, symbolami – trójkąt, kukiełki, garstka popiołu… od początku wiadomo, że to historia bez happy endu. Smutni są też bohaterowie. Anna i Marek – wydawałoby się, że to dwójka zakochanych, która wybrała się na wakacje, by się sobą nacieszyć. A jednak odniosłam wrażenie, że oni tak naprawdę nigdy się nie kochali. Bo jak inaczej wytłumaczyć zaistniałą sytuację i fakt, że jest im ze sobą nudno i monotonnie? Że każde z nich szuka innych rozrywek, odmiany? Gdyby naprawdę im na sobie zależało, ani Anna, ani Marek nie zwróciliby uwagi na wiedźmę, nie wpadliby w zastawioną przez nią pułapkę.

Dla mnie ten tekst jest przede wszystkim przestrogą – przed monotonią życia, przed obojętnością. Myślę, że bez względu na to, czy tajemnicza wiedźma rzeczywiście istniała, czy nie - może była tylko złudzeniem, uosobieniem skrywanych pragnień – Anna i Marek nie byliby ze sobą szczęśliwi. Oni już wcześniej się wypalili i pozwolili ponieść rutynie. Bezimienna im to tylko boleśnie uświadomiła i wykorzystała sytuację. A potem było już tylko gorzej...


Bardzo mi się podobało. Tekst porusza ważne i trudne kwestie, zmusza do zastanowienia i zapada w pamięć. Z każdym kolejnym akapitem wciąga coraz mocniej, a zarazem niepokoi i straszy – bo ukazuje ludzkie lęki, niespełnione pragnienia, przegrane życie.
I jest naprawdę po mistrzowsku napisany i skomponowany.
Gratuluję,
Vianne (pod wrażeniem)

_________________
"Люди посланы делами,
Люди едут за деньгами,
Убегают от обиды, от тоски...
А я еду, а я еду за мечтами,
За туманом и за запахом тайги." (Юрий Кукин)

*
Tłumaczenia: Szare kamienie; Durmstrang
Najnowsze: Big Red


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 28 Lip 2009, 12:13 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 16 Maj 2004, 14:17
Posty: 132
Miejscowość: Gdynia
Płeć: Kobieta
Ooo! Zdecydowanie tak!

Zachęcił mnie prosty tytuł - ostatnio, gdy przerzucam forum zdaje mi się, że panuje tu jakiś cichy konkurs na najdziwniejszy tytuł, podczas gdy jakość samej opowieści spada na drugi plan.

Nie lubię Twoich bohaterów. Nie lubię ludzi, którzy dają się spalać, odbierać sobie wszystko, co ważne, wolę, myśl, czas... Siebie samych wreszcie. A tutaj, kogo mamy? Dwoje ludzie niesionych z prądem i kobietę, która przesuwa nimi jak pionkami na szachownicy. Lubię, jak przeplata się w tekście wyobrażenie o sobie, żal za kimś, kim można było zostać, ale wyszło inaczej. Tajemniczość, urok, niewyjaśnienie. Śliczne wtrącenia z warsztatu.

Język świetny, żadnych zastrzeżeń, toteż pozostaje mi tylko pogratulować, i czekać na więcej.

Pozdrawiam

Chomik

_________________
A ty siej. A nuż coś wyrośnie.
A ty - to, co wyrośnie - zbieraj.
A ty czcij - co żyje radośnie.
A ty szanuj to, co umiera...

Dzień spełnionych obietnic

Chłopiec, który płacił


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 08 Sie 2009, 20:51 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 15 Lut 2009, 19:50
Posty: 295
Miejscowość: STALE W DRODZE
Płeć: Kobieta
Hm, hm, hm, trudny tekst do skomentowania, przynajmniej dla mnie. Wywarł pewne wrażenie na mnie. Z jednej strony zaskoczył formą, to naprawdę niezwykły i świeży sposób przedstawienia historii. Zaś z drugiej banalny temat: trójkąt, a opisany tak nietypowo, wieloznacznie, pozostawiający tak wiele pola dla wyobraźni. I wciąga. Czytałam, czytałam, a historia coraz bardziej wciągała. Niby wiesz, jak to się skończy, a jednak nie wszystko jest jasne. Można różnie interpretować, zależnie od punktu widzenia...
Tak, jestem pod wrażeniem, bo czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Cieszę się, że dzisiaj miałam okazję. Historia jest przemyślana, umiejętnie napisana. Mam nad czym się zastanawiać. I jedno w tej chwili jest pewne: obojętność jest niebezpieczna, a rutyna gubi (odkryłam to już jakiś czas temu, reakcja i postępowanie Twoich bohaterów potwierdza to jedynie). :(
Hm, hm, hm... Kończę, bo zaczynam się plątać.
I oczywiście Twój wyjątkowy styl!
Jest inny, lecz nie potrafię go opisać.
Brak słów.

Wydaje mi się, że za tą bezimienną kobieta może się ukrywać autorka. Kwestia interpretacji.
Powodzenia na przyszłość.

_________________
– Zbyt wielką wagę przywiązujesz do słów.
– Czy to znaczy, że twoje teksty to też bzdura?
– Nie, to tylko mój punkt widzenia pewnych spraw w pewnym momencie. Istnieje wiele pytań, na które nie znam odpowiedzi. I nie twierdzę, że we wszystkim mam rację.


Czekając...


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 15 Sie 2009, 16:27 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 01 Lip 2005, 19:30
Posty: 95
Płeć: Kobieta
Taaak. Trudno skomentować opowiadanie tego typu. Mam wrażenie, że nieważne, co napiszę, na pewno będzie to zupełnie bezsensowne i że tak naprawdę to nic nie zrozumiałam, wszystko przekręciłam. Mimo tego spróbuję.
Z początku tekst nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, może dlatego, że czytałam w nieodpowiednich warunkach. W domu mnóstwo ludzi, hałas, a ja co chwila musiałam odrywać się od lektury, żeby zrobić coś innego. Być może właśnie z tego powodu nie od razu udało mi się wyczuć nastrój, wciągnąć się, choć już sam sposób pisania mnie zaintrygował. Fragment Anny, fragment Marka… i fragment samej narratorki. Nigdy się z takim pomysłem do tej pory nie spotkałam i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że uważam go za niezwykle ciekawy. W dodatku został świetnie zrealizowany. Poza tym ogólnie styl jest bardzo dobry, niektóre zdania zapadają w pamięć, dzięki nim udało Ci się zbudować klimat pełny jakiegoś takiego dziwnego niepokoju i tajemniczości. Po zakończeniu lektury pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi, ale tak chyba powinno być, choć zwykle nadmiar niedomówień mnie irytuje, tutaj wydają się one doskonale pasować. Gdyby cokolwiek się wyjaśniło, zapewne opowiadanie wiele by na tym straciło. Tak czytelnik ma okazję sam sobie zbudować własną interpretacje, a na pewno nie da się powiedzieć niczego, ani kim była ta kobieta, ani co się tak naprawdę stało z Anną i Markiem.
Lubię bohaterów, a może tylko lubię sposób, w jaki zostali opisani. Anna, która czasem zapomina oddychać, lęka się ptaków, a kiedyś obawiała się też, że gdy spojrzy w oczy Marka, zobaczy tam swoje odbicie, jako starej kobiety. Bo chyba później to przestało mieć znaczenie? Cóż, trudno stwierdzić. Tak czy inaczej, mam dziwne wrażenie, że biedna Anna wpadła w pułapkę, może zastawioną przez bezimienną kobietę, a może przez siebie samą i niechcący pociągnęła razem ze sobą też Marka. Którego też lubię, choć o nim wiemy znacznie mniej niż o jego żonie. Wydaje się, że musiał bardzo ją kochać.
Jeśli chodzi o kobietę z plaży, jest oczywiście postacią najbardziej tajemniczą, o której wiemy wiele, a jednocześnie nic. Czy była zwykłą kobietą, osobą chorą psychicznie, wiedźmą, urojeniem? Ale gdyby to było to ostatnie, zapewne nie mogliby oboje mieć tych samych urojeń. Choć z drugiej strony każde z nich widziało w niej coś innego. Anna spokój, ciszę i bezruch, a Marek wręcz przeciwnie, życie, zmienność i ciągły ruch. Taka nierealna, pełna sekretów. Jak to się w ogóle stało, że tak ich zafascynowała, skąd znała ich imiona, gdzie nagle znikła? Czy w ogóle istniała naprawdę?
Smutny koniec dla Anny i Marka. Panie powyżej coś wspominały o tym, że pomiędzy nimi nie układało się już wcześniej. Może i tak było, ale mi trochę trudno uwierzyć, że oni się nie kochali. Czy gdyby tak było, Anna bałaby się patrzeć w oczy Marka, czy on nie dostrzegałby innych kobiet poza nią? Wydaje mi się, że jednak musiało ich wiele łączyć, a być może dzieliły ich lęki. Tak czy inaczej wraz z bezimienną miłość odeszła definitywnie, a oni nie potrafią się nawet znienawidzić, bo pozostała tylko obojętność. Gdyby mogli odczuwać tę nienawiść, może byłoby łatwiej, może mogliby się po prostu rozstać i pójść dalej, a tak to chyba niemożliwe, bo i on i ona będą już do końca życia prześladowani przez widmo tamtej kobiety w białej sukience, która uwiodła ich oboje, odebrała im małe kawałeczki ich jestestwa. Pozostała tylko rutyna i obojętność. Popioły. Przynajmniej ja tak to odbieram, choć nigdy nie byłam dobra w interpretowaniu, więc istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że się mylę.
Ciekawa jest również sama idea tego dziwacznego, mocno nietypowego trójkąta, matematycznej figury, która wciąż powraca w tekście. Była podstawa, pojawił się wierzchołek, zamieniając linię w trójkąt, zmieniając wszystko, a kiedy znikł, pozostawił swoje wspomnienie i nic już nie było tak samo.
Tekst ma niezwykły nastrój, a po przeczytaniu zostawia w głowie mętlik. Pomysł jest niezły, a został zrealizowany wręcz świetnie, co czyni to opowiadanie naprawdę dobrym i zdecydowanie wartym poświęcenia mu chwili czasu. Masz bardzo ciekawy styl Autorko, taki specyficzny i rozpoznawalny. Mniej więcej w połowie tekstu bardzo się wciągnęłam, a po przeczytaniu całości zdecydowanie uznałam, że „Cały miesiąc z Anną” jest jednym z lepszych opowiadań, jakie czytałam na tym forum. Tak czy inaczej, podobało mi się i życzę wiele weny na przyszłość.
Madlen.

_________________
- Ale ja nie chcę wchodzić między szaleńców.
- Nic na to nie poradzisz. - powiedział Kot - Tu wszyscy jesteśmy szaleni. Ja jestem szalony, ty jesteś szalona.
- Skąd wiesz, że jestem szalona? - spytała Alicja.
- Musisz być, inaczej nie przyszłabyś tu.


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 17 Sie 2009, 21:03 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 12 Paź 2007, 08:07
Posty: 87
Płeć: Kobieta
Nie komentuję Twojego dzieła, żeby uzupełnić ten temat konstruktywną krytyką, ani czymś w jej rodzaju.
Raczej podziękować, że to opowiadanie obudziło we mnie magię.

Dałaś mi lekcję, nie tylko jak należy napisać świetne opowiadanie... ale sprawiłaś, że w moich oczach znów pojawił się płomień, odblask płomienia.
To było wspaniałe.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cały miesiąc z Anną
 Opis:
PostWysłany: 03 Wrz 2009, 18:40 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 28 Sie 2009, 10:20
Posty: 6
Płeć: Kobieta
Chociaż z początku nie spodobało mi się twoje opowiadanie, to jednak później twoja literacka bezimienna przyciągnęła mnie i oczarowała niemal tak samo jak Annę i Marka. Ciesze się, że nie opisałaś tej postaci zbyt dokładnie, pozostawiając czytelnikowi pole do popisu i rozmyślań. Taką bezimienną w życiu spotkał chyba każdy. Nie chodzi mi dosłownie o kobietę w sukience, ale o prawdziwą fascynacje czymś, co najczęściej ma z nami niewiele wspólnego. Dlaczego więc tej fascynacji ulegamy? Bo ponieważ ma ona z nami niewiele w spólnego, daleka jest od rutyny życia. Jesteśmy tak znudzeni monotonią, że nawet destruktywny wpływ "bezimiennej" postrzegamy jak coś wspaniałego. W końcu to coś nowego. Marek i Anna ulegli znudzeniu, może ich miłość i była tak perfekcyjna i "podręcznikowa", że aż przewidywalna i męcząca. Kochali się, ale gdyby ktoś zadał im pytanie dlaczego darzą się takim uczuciem, nie umieliby na nie odpowiedzieć. Tajemnicza kobieta była czymś nowym, czymś, co ich przez chwile scaliło, ale gdy odeszła, nawet to co nie było wcześniej rozbite, zostało uszkodzone. Ciekawe, że każe z nich dostrzegło w bezimiennej cechy, jakimi pragnęli określić swoje życie. Marek pragnął ruchu, zmienności. Annie bardziej odpowiadał spokój, powolność. Ona zapewniała im to wszystko naraz. Jeżeli chodzi o samą formę tekstu, to wrażenie zrobiło na mnie zawarcie w nim matematycznych definicji. Matematyka to coś, co rządzi się niezmiennymi prawami wszędzie - i w fikcji i w rzeczywistości, łączy je. Dzięki temu tekst wydał mi się bardziej realistyczny.

_________________
I was out for a drink in a soho bar
The air was smoked out like a cheap cigar
He rose out of his seat like a painted ghost
He was the man that I wanted the most (...)
Let me sign, darling. Just let me sign...


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 12 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group