Mirriel - Forum Literackie

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Obecny czas: 07 Wrz 2010, 03:30

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 03 Kwi 2009, 16:05 
Offline
Bojowniczka
Awatar użytkownika

Dołączenie: 04 Lis 2005, 02:01
Posty: 1169
Płeć: Kobieta
Słowo odautorskie:
Bardzo dziękuję Elleen za pojedynek.
Tekst multidedykowany i teraz, już po pojedynku, dedykacje mogą zostać ujawnione :-)
Postać Magdy jest dedykowana w całości Juanie. Już ona wie, dlaczego.
Kraków jest dedykowany Bastet.
Romans jest dedykowany Świeczkowi.
Ostrzeżenia i inne takie:
Tekst zawiera wyrazy powszechnie używane za wulgarne, ponieważ wymaga tego akcja i psychologia postaci.
Tekst zawiera wtrącenia z języków obcych. Ponieważ nie chcemy dyskryminować użytkowników nie znających języków obcych, tekst zawiera słowniczek. Na samym końcu.
Tekst zawiera również wiele rozmaitych nawiązań do seriali, filmów, parodii filmów i różnych innych rzeczy, których autorce nie chce się wypisywać. Po pierwsze dlatego, że jest leniwa, a po drugie dlatego, że połowy już zapomniała.
Jako motto wykorzystano utwór Jacka Kaczmarskiego Przeczucie czyli cztery pory niepokoju (posłuchać można tutaj)


Cztery pory niepokoju
I. Jesień

Jesień kładzie słoneczne wspomnienia w słoiki,
Pachną zioła, pęcznieją worki i koszyki,
Przyjaciele wracają z podróży dalekich,
Obmywają stopy w nurcie własnej rzeki.
Pod wieńcem i zniczem usypiają zmarli
Zapomniawszy już o tym, co życiu wydarli,
Poeci o jesieni powielają sztampy,
Więc dlaczego przed strachem - zapalamy lampy?
- Bo za szybą jesienna ulewa zajadła,
Podchodzą do okien strzygi i widziadła.
Odwróć się od szyby, rozmawiaj na migi -
Strzygi i widziadła, widziadła i strzygi...


Kraków mógł różnić się od Warszawy jak dzień od nocy, ale początek roku akademickiego zawsze będzie się składał z kolejek – doszła do wniosku Olga, zarzuciła plecak na jedno ramię i, omijając kolejkę do windy, ruszyła na trzecie piętro schodami. Jak należało się spodziewać, zadyszki dostała jeszcze przed dobrnięciem do połowy pierwszego. Ale doprawdy po odstaniu kilku godzin w kolejce po indeks i legitymację, następnych kilku po skierowanie do akademika i jeszcze dwóch w kolejce do zameldowania prawdopodobnie wolałaby wspinaczkę na czternaste piętro Kapitolu, niż oczekiwanie na windę. Poza tym – trzeba wyrabiać mięśnie.
Akademik „Żaczek” mieszczący się tuż przy Błoniach, wyglądał całkiem przyzwoicie. Na tyle, na ile akademik – skrzyżowanie taniego hotelu z zakładem karnym – może wyglądać przyzwoicie. „Żaczek” jednakowoż wyglądał przyzwoicie, czyli taniego hotelu zawierał więcej, a zakładu karnego mniej. Dla porównania taki na przykład DS nr 3 w Warszawie, w którym Olga przemieszkała cały poprzedni rok, elementów hotelu prawie nie zawierał, za to elementów więziennych – ile chcieć, poczynając od krat, a kończąc na atmosferze. Nadto DS nr 3 zawierał stada dzikich lokatorów, obdarzonych zdumiewającą ilością nóg, a w wyniku regularnego trucia uodpornionych na wszelkie zabójcze dla insektów substancje.
W porównaniu z DS nr 3, „Żaczek” wyglądał na miejsce miłe, przytulne i przyjazne studentom. Olga wspięła się wreszcie na trzecie piętro, odgarnęła włosy ze spoconej twarzy, poprawiła wrzynający się w ramię plecak i ruszyła na poszukiwanie pokoju 320, w którym miała przeżyć rozpoczynający się rok akademicki.
Przeszkadzać tylko w razie apokalipsy i tylko jeśli nikt inny nie może jej zapobiec!, przeczytała na drzwiach. Pod spodem, tym samym nieco koślawym charakterem pisma nagryzmolone było: I'm insane, what's your excuse?
Olga przygładziła włosy, co prawdopodobnie przyniosło efekt odwrotny do zamierzonego, wzięła głęboki oddech i nieśmiało zapukała.
- Otwarte! – wrzasnął żeński głos z drugiej strony, więc Olga pchnęła drzwi i weszła do pokoju.
Oczom jej ukazał się widok dość niezwykły. Środek pokoju zajmowała góra ciuchów – we wszystkich kolorach tęczy. Na wierzchu leżał plecak, z którego owe ciuchy wyraźnie przed chwilą wytrząśnięto. Oba łóżka, stojące pod ścianami, zasypane były książkami, płytami, pluszowymi miśkami i różnymi innymi przedmiotami, których przeznaczenia trudno było odgadnąć. Why so serious? pytał Joker z wiszącego na ścianie plakatu.
Najbarwniejszym akcentem całości była jednak właścicielka owego majdanu, która siedziała na parapecie, z na wpół opróżnioną butelką piwa w dłoni. Czarne włosy, każdy innej długości, sterczały jej na wesoło na wszystkie strony świata. Ubrana była w jadowicie zielone spodnie ogrodniczki, szyte na kogoś o zdecydowanie większych gabarytach. Jedna nogawka spodni sięgała jej do kolana, druga do połowy łydki, obie były na dole malowniczo wystrzępione. Z żółtej podkoszulki spojrzała na Olgę czerwona, chyba własnoręcznie malowana żyrafa, szczerząca kły w psychopatycznym uśmiechu.
- Z twojego przerażonego wzroku wnoszę, że mam to wszystko posprzątać? - zapytała dziewczyna z zabawną rezygnacją i zeskoczyła z parapetu. - Magda, trzeci rok etnologii – wyciągnęła rękę.
- Olga. Trzeci rok etnologii.
Magda podniosła jedną brew.
- Nie wiedziałam, że mamy dwie etnologie.
- Przeniosłam się z Warszawy – odpowiedziała Olga, odwracając wreszcie wzrok od przerażającej żyrafy.
- Mądra decyzja, mądra, knajpy w Krakowie są znacznie lepsze. No dobra. Muszę cię uprzedzić, że chleję, nie sprzątam, nocuję dziwnych ludzi i gadam przez sen. Poza tym jestem współlokatorką idealną. Które łóżko wolisz?
- Wszystko jedno – odparła lekko oszołomiona Olga. - Może być to.
Godzinę później ubrania Olgi znalazły się w szafie, książki na półce, a laptop na stoliku. Ułożenie rzeczy Magdy zajęło trochę więcej czasu, ale w końcu – wspólnymi siłami, ponieważ Olga miała wrażenie, że jeśli nie pomoże, to sterta kolorowych ciuchów będzie leżała na podłodze jeszcze tydzień – to również się udało. Na koniec Olga przypięła nad łóżkiem ksero portretu Camille'a Desmoulins i poczuła, że wszystko jest w porządku. Prawie jak w domu.

***

Instytut etnologii mieścił się w odrestaurowanej kamienicy na św. Anny. Olga polubiła go od pierwszego dnia, kiedy z gwarnej, pełnej ludzi uliczki weszła na zarośnięty drzewami i krzakami dziedziniec. Później okazało, że dziedziniec bywa cichy tylko o ósmej rano, ale Olga nigdy nie zapomniała tego przemożnego uczucia spokoju, ukrytego gdzieś między kamiennymi ścianami.
Magda, ziewając jak smok przedstawiała Olgę znajomym.
- Na roku jest trzydzieści osób, ale nikt normalny nie wstaje w poniedziałek na ósmą – wyjaśniła.
- A ty?
- Tylko dla doktora Kamińskiego i tylko, żeby go przekonać, że zamiast na seminarium, będę przychodzić na konsultacje o dziesiątej. Nie ma mowy, żebym wstawała o tej porze. Też do niego chodzisz?
- Nie – Olga sprawdziła plan. - Do Nowakowskiego, jutro po południu.
- Zmień sobie, Nowakowski jest słaby. I nie przychodzi na zajęcia. Ej, ale po wstawałaś, skoro nie masz zajęć?
Olga dyplomatycznie przemilczała fakt, że spać w pokoju, w którym Magda zbiera się do wyjścia, było fizyczną niemożliwością.
- Mam zajęcia – odparła zamiast tego. - Demonologię.
- Co? A, to z Werencem. Wszystkie panny z pierwszego roku się na to zapisują. Po miesiącu zostaje połowa, do egzaminu podchodzi kilka osób, a zdaje jedna. Jak potrzebujesz wyrobić punkty, to się zapisz na Kulturę starożytnych Greków, albo na Znachora. I zobacz sobie na filozofii i na religioznawstwie, czasem mają fajne monografy.
- Sprawdzę. A co jest nie tak z Demonologią?
- Poza tym, że jest w poniedziałek o ósmej rano? Werenc sprawdza obecność, zadaje w cholerę tekstów, nie przyjmuje usprawiedliwień... I ogólnie jest wredny. Chociaż ja go lubię, nawet zaczęłam na to chodzić.
- Ale?
- Mieliśmy z doktorkiem diametralnie różne podejścia do obowiązku szkolnego. Widzisz mnie, chodzącą tydzień w tydzień na zajęcia? Ale poza tym – facet jest niezły. Panny go nie lubią.
- Czemu?
- Zobaczysz – roześmiała się Magda. - Lecę na zajęcia, see you!
- Na razie.
W sali było już kilkanaście osób – prawie same dziewczyny, zauważyła Olga, sadowiąc się w najdalszym kącie. Po chwili zganiła się w myślach – miałaś już tego nie robić! Pierś do przodu i walczyć! – i nawet myślała, czy by się jednak nie przesiąść, ale w tym momencie doktor wszedł do sali i Olga poczuła, że ten właśnie najdalszy kąt jest dla niej idealnym miejscem.
Przykuwał uwagę i Olga zrozumiała, dlaczego dziewczyny masowo zapisują się na jego wykład. Był wysoki, szczupły, czarne włosy opadały mu na kark i czoło. Mógł mieć około trzydziestu – trzydziestu pięciu lat. I mógłby być przystojny, gdyby nie straszna, poszarpana blizna przez pół twarzy, sięgająca od ust po ucho.
- Dzień dobry – powiedział cichym, niskim głosem. - Nazywam się Marek Werencki. Zaczniemy od spraw organizacyjnych. Warunkiem przystąpienia do egzaminu jest obecność na wszystkich zajęciach, więc jeśli ktoś z państwa jest chorowity, to proszę sobie darować ten kurs.
Po sali przeszedł cichy szmer oburzenia, ale wykładowca zdawał się go nie słyszeć.
- Jeżeli ktoś z państwa nie ma ochoty regularnie przygotowywać się do zajęć, również proszę sobie darować ten kurs. Te zajęcia nie są łatwym sposobem na wyrobienie sobie brakujących punktów, ani na podniesienie średniej. Zwłaszcza na podniesienie średniej. Czy ktoś ma jakieś pytania?
Odpowiedziała mu cisza.
- Przedmiotem naszych zajęć będzie demonologia, przy czym, w odróżnieniu od innych wykładów, na których państwo zetknęliście się, bądź dopiero zetkniecie z tym tematem – demonologia nie przywiązana do konkretnej kultury. Zorientują się państwo, że wszelkie byty demoniczne wykazują zdumiewające podobieństwo, niezależnie, czy występują w czarnej Afryce, czy w zachodniej Europie. Oczywiście, na egzaminie będzie państwa obowiązywała dokładna wiedza na temat szczegółów, różniących nasze demony w zależności od epoki i miejsca w przestrzeni. Jak pani się nazywa? - Werencki przerwał i spojrzał na siedzącą w pierwszym rzędzie dziewczynę.
- Anna Łabędzka – odparła, odwracając się od sąsiadki.
- Proszę wyjść.
- Słucham?
- Przerwała mi pani już drugi raz. Nie sądzę, żeby te zajęcia przyniosły pani pożytek.
- Przepraszam panie doktorze – wyjąkała. - To się więcej nie powtórzy.
- Oczywiście, że nie. Nie będzie okazji.
Dziewczyna patrzyła na niego przez chwilę, jakby nie wierzyła, a potem odwróciła się gwałtownie – Olga zobaczyła półotwarte usta i zdumienie z oburzeniem wymieszane na twarzy – zarzuciła torbę na ramię i wyszła. A zaraz za nią, z gniewnie zaciśniętymi wargami wyszła dziewczyna, która siedziała obok. Trzask zamykanych drzwi zabrzmiał w uszach Olgi jak wystrzał. Werencki nawet nie drgnął.
- Proszę zrobić listę.
Kartka przechodziła z rąk do rąk i przez chwilę słychać było tylko skrzypienie długopisów i szelest papieru.
- Przypuszczam – zaczął cicho Werencki – że nikt z państwa nie wierzy w duchy, prawda? Na tych zajęciach będę oczekiwał, że zawiesicie swoją niewiarę. Większość z państwa zaczyna pierwszy rok studiów i zetknie się dopiero z ulubioną doktryną etnologów – zjawiska są prawdziwe o tyle, o ile są prawdziwe dla ludzi, którzy w nie wierzą. Więc przypomnijcie sobie czasy, kiedy wierzyliście – w upiory, wampiry, czarnego luda...
Olga była niemal pewna, że ktoś na sali wybuchnie jednak śmiechem. Wszyscy milczeli.
- Przypomnijcie sobie, jak kryliście się pod kołdrą, bojąc się wystawić palce u stóp, żeby nie chwycił ich siedzący pod łóżkiem potwór. Jak z lękiem przebiegaliście pod przejściem podziemnym, starając się nie widzieć tych oczu, które śledziły was z załomów muru. Przypomnijcie sobie ich oddechy... Przecież prawie je słyszeliście. Przypomnijcie je sobie bardzo dobrze i uświadomcie sobie, że każdy z nich, każdy z waszych lęków był prawdziwy.
Po skończonych zajęciach Olga prawie wybiegła na dziedziniec. Wydostała z torby zmaltretowaną paczkę papierosów. Zaciągnęła się głęboko. Październik był tak ciepły i słoneczny, że zdawało się, że ciągle jeszcze trwa lato, ale Olga miała gęsią skórkę na ramionach. Pod wejściem do instytutu ktoś zaparkował motocykl – ogromną, czarną jak noc Hondę Shadow. Dziewczyna odruchowo wsunęła się między drzewa.
- Hej! - Niespodziewany okrzyk Magdy sprawił, że Olga podskoczyła. - O, nieźle was nastraszył. Facet umie robić klimat, nie?
Olga pokiwała głową. O tak. Potrafił.
- Idziemy – zarządziła Magda.
- Idziemy gdzie? Strukturalizm dopiero za pół godziny.
- Nie ma dzisiaj, Malicka nie wróciła z wakacji. Poza tym, jesteś blada i się trzęsiesz, nie możesz iść na zajęcia w tym stanie. Idziemy na piwo.
- Jest wpół do dziesiątej!
- Stary Port jest już otwarty – wzruszyła ramionami Magda.

***

Marek zapiął zamek skórzanej kurtki i kopnięciem odpalił motor. Ostatni rok, ostatni rok w tym mieście i pięcioletnie wygnanie dobiegnie końca. Pięcioletnie bezsensowne wygnanie – pomyślał z irytacją. Sądząc po oburzeniu studentów na drakońskie zasady, można było się spodziewać, że na następnych zajęciach, zamiast piętnastu osób, pojawią się trzy.
Zblazowany blondyn z pierwszej ławki wyglądał, jakby przyszedł na wykład tylko po to, żeby się polansować, dwie siedzące za nim dziewczyny – tylko po to, żeby chodzić na dodatkowe zajęcia z tymże blondynem... Ruda dziewczyna z ostatniej ławki wyleciała z sali pierwsza i trzęsącymi się rękami odpalała papierosa na dziedzińcu – skoro tak ją przeraził pierwszy wykład, to na następny będzie się bała przyjść... Ostatni rok. I spokój.
Marek skręcił w Łobzowską i zjechał w podwórko. Sąsiadka spod piątki wyjrzała z okna, zwabiona rykiem silnika i spojrzała na niego z potępieniem. W klatce, jak zwykle śmierdziało kotami. W szarych murach kamienicy spała historia.
Mieszkał na strychu, prowizorycznie przerobionym na kawalerkę. Pod skośnym dachem mieścił się jeden niewielki pokój z wnęką kuchenną, w pokoju – łóżko, stół, półka z książkami i laptop. Nagrzane powietrze pachniało kurzem, mógł go zobaczyć w smudze światła, wpadającej przez okno. Miasto wąskich uliczek, szarych podwórek i kurzu. Ostatni rok.
Marek zdjął kurtkę i włączył laptopa. Potem, wieczorem będzie można iść na Błonia, przypomnieć sobie sobie przestrzeń i uderzenia wiatru na twarzy. Wieczorem, kiedy wrócą ze spacerów emeryci z pieskami i studenci z piwem. Kiedy na Błoniach będzie prawie pusto i prawie cicho. Prawie tak samo, jak w snach. Wieczorem. A na razie – trzeba popracować.
Urząd Miasta wydał zgodę na podniesienie „szkieletora” do 110 metrów,informowała Gazeta Krakowska. Inwestor zapowiada, że prace remontowe zaczną się najwcześniej wiosną...
Marek drgnął. Szczyt wąskiej, wysokiej konstrukcji na czarno białym zdjęciu ginął w gęstych, ciemnych chmurach.

***

Kiedy październik zmienił się w listopad, Olga zdała sobie sprawę, że pokochała Kraków. Wąskie uliczki, brukowane kocimi łbami, na których łamały się obcasy. Zasypane rudymi liśćmi Planty, na których trzeba było uważać na srające bez opamiętania gołębie. Pochowane w bramach knajpki i restauracyjki. A przede wszystkim Błonia – które odkryła kiedyś nocą, kiedy karaoke pod oknami wygnało ją z akademika. Więc wyszła, w dżinsach i swetrze narzuconym na nocną koszulę, nie zastanawiając się, dokąd idzie. Aby tylko nie słyszeć kolejnego brawurowego wykonania Nas nie dogoniat i wspierającej solistkę sekcji damskiej.
Magda, która tego dnia wróciła do akademika późno i chwiejnie, spała spokojnie, pochrapując lekko przez otwarte usta i żadne wokalne popisy nie zdołały jej obudzić. Olga z początku wciskała uszy w poduszkę, później wcisnęła pod poduszkę całą głowę, a potem zabrzmiało Nas nie dogoniat... i okazało się kroplą przepełniającą czarę.
Noc była jasna, a trawa pod nogami zdawała się ciągnąć bez końca. Z daleka dobiegał szum miasta, stuk ostatnich tramwajów i prawie niesłyszalne już dźwięki muzyki. Szła przed siebie, z rękami wbitymi w kieszenie dżinsów i wzrokiem utkwionym we własne czerwone trampki i może dlatego nie zauważyła przez chwilę, że nie jest sama.

***

Szukał ciszy, przestrzeni i wiatru – wszystkiego, co pomagało zapomnieć o mieście, w którym musiał przeżyć jeszcze rok, studentach, zadaniu, którego ciągle nie udało mu się wypełnić. Wszystkiego, co budziło wspomnienia innego życia, do którego tęsknił, a do którego nie mógł jeszcze wrócić, wypełnionego właśnie ciszą, przestrzenią i wiatrem. Na pewno nie szukał towarzystwa. Szczególnie własnej studentki. Tylko że dziewczyna, która wybrała się w nocy na Błonia, w koronkowej koszuli nocnej wysuwającej się spod za dużego swetra, nie miała nic wspólnego z tym cichutkim, przestraszonym stworzeniem, siedzącym zawsze w ostatniej ławce na jego wykładzie. Tamta była starannie szara i bezbarwna, gładka i nudna jak jej mocno ściągnięte włosy, co z tego, że rude, skoro uwięzione. Tamta była ukryta za zeszytem z notatkami tak dokładnie, że nie pamiętał nawet jej imienia.
Ta była wolna od czubka rozczochranej rudej głowy, aż po czubki rozwiązanych trampek. I nie była szara, choć to dziwne, bo wszystkiemu innemu księżycowe światło odebrało kolory. Miała włosy jak pożar, jak szkocka wiedźma. Może właśnie dlatego do niej podszedł.
- Dobry wieczór.
Drgnęła na dźwięk jego głosu i podniosła głowę.
- Dobry wieczór, panie doktorze – odpowiedziała powoli i ze zdziwieniem. Przypuszczał, że to było dziwne – to nocne spotkanie i to, że z nią rozmawiał, zamiast po prostu przejść obok, nie rozpoznać jej w szarym mroku.
- Późno wybrała się pani na spacer.
Uśmiechnęła się – to był spokojny, bezpieczny temat rozmowy, którą można było łatwo podjąć i łatwo skończyć, idealny temat do rozmowy ze studentką, spotkaną przypadkowo w nocy.
- Zaraz będę wracać. Karaoke pod oknami mnie przerosło – skrzywiła się zabawnie. - A tutaj jest taka cisza...
Nie lubił mówić, nie mając nie do powiedzenia, więc po prostu szedł obok, od czasu do czasu pozwalając sobie na spojrzenie i krzywy półuśmiech na zdeformowanej blizną twarzy. Dziewczyna – jak też miała na imię? - przypomniała sobie, w co jest ubrana i próbowała dyskretnie wsunąć koronkę pod sweter. Koszula wepchnięta z jednej strony, natychmiast wyłaziła z drugiej. W końcu dziewczyna złowiła jego rozbawione spojrzenie, zaczerwieniła się gwałtownie i zrezygnowała z dalszych wysiłków.
Na horyzoncie majaczyła czarna bryła kopca Kościuszki.
- Muszę wracać.
- Tak. Zmarzła pani.
- Trochę – przyznała się. - Nie przypuszczałam, że będę tu tak długo.
- Więc wracajmy. Proszę to założyć – zdjął skórzaną kurtkę i okrył jej ramiona.
- Dziękuję, ale...
- Przeziębi się pani.
Musiała naprawdę zmarznąć, bo nie protestowała więcej, tylko wsunęła ręce w za długie rękawy i zasunęła zamek.
- Dziękuję – uśmiechnęła się.
Wracali w ciszy, która nie wydawała mu się niezręczna i jej chyba też nie, sądząc po spokojnym uśmiechu.
- Dziękuję – powtórzyła jeszcze raz, już pod wejściem do Żaczka, oddając mu kurtkę i spojrzała na niego, a jej oczy w świetle latarni zalśniły szaro-zielono. Coś mu przypomniał ten kolor, coś dawno niewidzianego i potem, kiedy wracał sam na Łobzowską, próbował sobie przypomnieć, co to było i – nie potrafił. Dopiero nad ranem, kiedy już zasypiał na pachnącym kurzem strychu zobaczył pod powiekami morze, uderzające o skały Cape Wrath w pierwszych promieniach świtu – i to był właśnie ten kolor.

***

Rytm życia w pokoju 320 ustalił się szybko. Olga wstawała rano, Magda spała do południa. Olga na początku próbowała zbierać się jak najciszej, ale w końcu dała sobie spokój. Magda rzeczywiście nie była w stanie chodzić na żadne poranne zajęcia – gdyby dobry Bóg zaplanował Sąd Ostateczny na dziewiątą rano, Magda prawdopodobnie przespała by wszystko, łącznie z trąbami. Dlatego, kiedy w środę rano Olgę obudził dźwięk, jaki wydają wszystkie rzeczy, które powinny znajdować się w szafie, a właśnie gwałtownie znalazły się poza szafą, wyskoczyła z łóżka, przerażona, że zaspała na zajęcia. Budzik wskazywał szóstą rano. Wszystkie ciuchy Magdy leżały na podłodze, a sama Magda – w dżinsach, jednej skarpetce i bluzie od piżamy stała na środku pokoju i pakowała plecak.
- Boże, co się stało?
- A nic. Spadam w góry – odpowiedziała Magda beztrosko.
- W góry?
- Ostatnie chwile ładnej pogody, trzeba wykorzystać.
- Ale... w środę? A zajęcia?
- Szkoła nie zając, nie ucieknie. Wrócę... nie wiem kiedy, pewnie gdzieś za tydzień.
Magda ubrała się do końca, zgarnęła z szafki papierosy, dorzuciła do plecaka blaszany półlitrowy kubek, założyła buty, krzyknęła pa! i wyszła.
- Na razie – rzuciła Olga zamkniętym drzwiom, narzuciła szlafrok i poszła pod prysznic, zastanawiając się przy okazji, czy mogła trafić na bardziej pieprzniętą współlokatorkę. Wycierając włosy, pijąc kawę i zbierając wszystkie porozrzucane przez Magdę rzeczy, ciągle była przekonana, że jednak nie. Niemniej jednak, perspektywa tygodnia w pustym pokoju nie była tak przyjemna, jak powinna być.
Magda była koszmarną współlokatorką. Miała wrodzoną awersję do sprzątania, zmywania i prania. Olga przestała się dziwić ciuchom pod łóżkiem, w zlewie, czy w lodówce. Jedynym sposobem walki ze smutkiem, jaki Magda znała, było słuchania Rammsteinu – tak głośno, jak pozwalały na to głośniki. Szafka pod zlewem zapełniała się butelkami po piwie w iście piorunującym tempie – co prawda pracowała na to nie tylko Magda, ale również goście, którzy odwiedzali ją o najbardziej nieprawdopodobnych porach dnia i nocy.
Dlatego Olga była naprawdę zdziwiona, kiedy odkryła, że nieobecność Magdy wcale jej nie cieszy. Tym bardziej, że właśnie wtedy pojawiły się koszmary.

Wieżowiec stoi pośrodku niczego, ogromna, betonowa konstrukcja, smuga cienia rozdzielająca słoneczny świat na dwie połowy. Między pionami i poziomami czai się ciemność.
Zachodzące słońce barwi świat na różowo i fioletowo i nie wiesz już, gdzie kończą się wrzosy i zaczyna niebo. Wokół ciebie jest tylko wiatr i przestrzeń, i cisza. Pustka za tobą, pustka wokół ciebie, wiatr uderza cię w twarz, a z wiatrem niesie się krakanie kruka.
Wieżowiec zaczyna się we wrzosach, a kończy w chmurach, ciemność ma kształt kruczych skrzydeł, skrzydła uderzają o powietrze – jest ich miliony, miliony czarnych ptaków, miliony błyszczących oczu, miliony kruków wylatujących spomiędzy betonowych ścian – i wszystkie lecą prosto na ciebie. Widzisz ich ostre dzioby. Celują prosto w twoje oczy.
Kopyta czarnych koni biją o ziemię, a może o niebo, bo przecież nie wiesz, gdzie jest granica między jednym a drugim. Jeźdźcy mają płaszcze w kolorze kruczych skrzydeł, jeźdźcy mają błyszczące oczy kruków, a pierwszy z nich ma twarz przeciętą blizną, od ust aż po ucho.
Kopyta biją o ziemię, a może o powietrze, czarny płaszcz pachnie dymem, końską sierścią i trochę, prawie niezauważalnie – skórą. Czujesz jego szorstkość na policzku i dłoniach. I czujesz też – bicie serca.


W pokoju było szaro. Olga leżała przez chwilę z otwartymi szeroko oczami, patrząc na zaścielone łóżko Magdy. Spojrzała na telefon – zegar pokazywał trzecią w nocy. Spojrzała w okno i zrozumiała, dlaczego jest tak jasno. Drzewa, latarnie i odległe Błonia pokrywały się powoli gęstym, miękkim śniegiem.

II. Zima
Zima dzieli istnienia na czarne i białe,
Zimą ciało ogrzejesz tylko innym ciałem,
Paleniska buzują, ciemnieją kominy,
Gęsim puchem piernaty wabią i pierzyny.
Trzej Królowie przybędą Panu bić pokłony,
Złożą dary bogate na wiechciu ze słomy,
Już lat dwa tysiące powraca to święto,
Więc skąd nad stołami milczące memento?
- Bo za oknem śnieżyca, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie -
Pamiętamy, co było
Więc wiemy - co będzie.


Zimowy Kraków tylko z daleka był piękny jak świąteczna pocztówka. Z bliska był szary, a w pryzmach brudnego śniegu czaił się smutek. Magda wróciła – tuż przed świętami, brudna, mokra i bez pieniędzy. Przez kilka dni z pokoju 320 dobiegała tylko muzyka We are living in America, a Olga musiała się odzwyczaić od sprawdzania każdego wieczoru, czy coś nie czai się pod łóżkiem.
- Werencki szkodzi ci na mózg – stwierdziła Magda, kiedy zobaczyła to pierwszy raz i oczywiście natychmiast zaciągnęła Olgę na piwo.
Olga próbowała opowiadać, ale w zadymionym, tętniącym muzyką wnętrzu Starego Portu demony nie chciały być aż tak straszne. Może dlatego tak lubiła tam chodzić. I kiedy wracała do akademika, lekko chwiejnym krokiem, słuchając jak Magda narzeka na podstępne, krzywe chodniki, zupełnie zapominała o wszystkim, co czaiło się pod łóżkiem. Przypominały jej tylko sny, w których coraz częściej pojawiał się wieżowiec i niekończące się wrzosowiska pod końskimi kopytami. I człowiek w czarnym płaszczu, z blizną na twarzy – jedyny fragment snów, o którym nie była w stanie Magdzie opowiedzieć. Tłumaczyła sobie, że po prostu się wstydzi – ostatecznie sny o własnym wykładowcy są dość niepoważne, prawda?

***

Odchodząc, zabierz mnie. Proszę, weź mnie też dobiegało zza drzwi pokoju i Olga lekko się zaniepokoiła. Magda siedziała przy laptopie, z głową przechyloną na oparcie krzesła, w swojej ulubionej koszulce z żyrafą i z paznokciami pomalowanymi każdy na inny kolor i płakała – bez dźwięku, tylko łzy płynęły jej strumieniem spod przymkniętych powiek. Z winampa leciała zapętlona Republika.
- Magda?
- Ty tylko zimowy dół – mruknęła Magda. - Nie zwracaj uwagi.
Olga próbowała, ostatecznie łatwiej było się skupić, słuchając Rebubliki, niż Rammsteinu – ale zwinięta przy laptopie figurka koleżanki nie dawała jej spokoju. Tym bardziej, że „zimowy dół” nie minął ani w piątek, ani w sobotę, ani w niedzielę, które Olga spędziła zagrzebana w książkach, a Magda – płacząc przy ciągle tej samej piosence.
- Przeczytam ci coś fajnego, chcesz? - Magda nie odpowiedziała, ale Olga nie czekała na pozwolenie. - Hurbóż to taki strach, podobny do kota, który dusi człowieka. Lezie od dźwierzy, włazi na nogi i coraz wyżej, do piersi przylega i dusi; takie jak kot mięciutkie i tak łapy położy na piersiach. A czasem ten hurbóż i konia przylegnie, grzywę mu popląta, pochemra. *
- Kolberg? Znam to – Magda odwróciła się od laptopa. - Najlepszy jest błądzoń.
Olga z ulgą zauważyła, że na twarzy koleżanki pojawił się cień uśmiechu. I wyłączyła winampa.
- Błądzoń to jest diabeł, obłęd, który wracających nocą (z karczmy) napotyka i na manowce prowadzi – przeczytała. - Rzeczywiście, pasuje do ciebie.
- Wiesz, że w Bieszczadach są takie miejsca, gdzie on musi być? Takie drogi, po których chodziłam milion razy i powinnam trafiać z zamkniętymi oczami, a zawsze się gubię, bo skręcam w inną stronę?
- Po zajęciach Werenca jestem gotowa uwierzyć we wszystko – mruknęła Olga.
- Przeczytaj coś jeszcze – zażądała Magda.
- Okej, Propastnyk jest romantyczny. Propastnyk po świecie chodzić nie może i nikt go nigdy nie widział; z tuczą on chyba przelatuje, ze złą chmurą nadchodzi albo z wiatrem leci. Wówczas, gdy wiatr wielkie koła kręci, lub wodę wypija z rzek, propastnyk na człowieka zastawia sidła. Biada temu, kto wstąpi w to miejsce nieczyste, przepadł na wieki; uratować się może, gdy w pierwszej chwili przeżegna się lub wypowie słowa odganiające wszystko złe: „Cur – pek, >szczezaj< duchu nieczysty!” Propastnyk z gór sprowadza burzę na pola zasiane, na sioła zielone: on to gradem niszczy zboża a piorunem zabija ludzi i bydło lub pali chałupy.
- Faktycznie, romantyczny jak diabli – mruknęła Magda drwiąco.
- No, a nie? Nikt go nigdy nie widział, z wiatrem koła kręci... Jak Dziki Gon! Full romantyzm.
- To Werencki tak ci się rzucił na głowę, czy etnologia w całości? - zainteresowała się Magda. - W tej chwili jestem gotowa dyskutować tylko o symbolach fallicznych, masz tam jakieś?
- Chwilowo brak. Mam jeszcze upirza, mamuny i miawki.
- Nie chcę. Chodźmy na piwo.
Olga zawahała się. Chodzenie z Magdą na piwo w niedzielę wieczór musiało skończyć się kacem w poniedziałek rano, a kac na zajęciach Werenckiego był niewskazany. Z drugiej strony – demony sanocko-krośnieńskie prawie już umiała na pamięć, więc może i na kacu sobie poradzi, a Magda powinna wreszcie wstać od tego laptopa...

***

W taki wieczór, chłodny i mglisty, nie chciało się ani wychodzić, ani siedzieć na niedogrzanym strychu. Nie chciało się nic – i chyba właśnie dlatego Marek wyszedł, żeby uciec od tego niechcenia. Na ulicach było pusto, a mgła zmiękczała światło latarni i Marek nie wiedział dobrze, dokąd idzie, aż znalazł się na Jabłonowskich i nawet nie bardzo się zdziwił. Stary Port był miejscem dla ludzi, którzy tęsknili – niektórzy za morzem, niektórzy za górami, ale wszyscy za wiatrem i przestrzenią. I wszyscy prędzej czy później trafiali tu, gdzie nie było ani wiatru, ani przestrzeni, tylko duszący dym papierosów, muzyka, która rozgrzewała krew i ludzie, którym nie trzeba było nic tłumaczyć.
Barman rozpoznawał już faceta z blizną na twarzy, który siadał przy barze i milczał, jakby na kogoś czekał, chociaż nikt nigdy nie przychodził. I tym razem też rozpoznał i nawet nie pytając zaczął nalewać piwo, a Marek zapalił papierosa i zagapił się przed siebie, jak zawsze. Odwrócił się dopiero, kiedy od niedomkniętych drzwi powiadało chłodem i wilgocią. I wtedy dopiero zobaczył swoją studentkę, zagadaną i roześmianą nad kuflem piwa.
Nie wiedział, skąd się wzięła nagła irytacja. Olga – teraz już pamiętał jej imię, na kursie zostało mu w końcu tylko sześć osób – podniosła głowę i pozdrowiła go uśmiechem i skinieniem głowy, a irytacja jeszcze wzrosła. Marek dopił piwo i wyszedł na ciemne, zasypane śniegiem Planty i ruszył do domu. I ciągle był zły, nawet kiedy już znalazł się na swoim strychu, nawet zasypiając.

***

Wieżowiec nie ma ani fundamentów, ani dachu, łączy wrzosy z niebem jak przeklęte axis mundi – a krucze skrzydła biją powietrze, a krucze oczy błyszczą żądzą krwi. I nie możesz się ruszyć, nie możesz ani krzyczeć, ani uciekać, tylko patrzeć – szeroko rozwartymi oczami – na chmurę czarnych skrzydeł.

Olga obudziła się bardziej zmęczona, niż się położyła. Bolała ją głowa, a serce ciągle za mocno tłukło się pod żebrami i po raz pierwszy przyszło jej do głowy, żeby po prostu nie iść na Demonologię, darować sobie ten cholerny kurs i te cholerne sny, które stawały się coraz bardziej realne i coraz trudniej było się z nich obudzić.
Prysznic, kawa i tabletki przeciwbólowe pomogły tylko trochę i Olga pobiegła na zajęcia nadal półprzytomna, w niedopiętym płaszczu i z nieułożonymi włosami.
- Mieli państwo do przeczytania Kolberga. Proszę mi opowiedzieć o sanocko-krośnieńskich demonach. Pani Mikołajczyk.
Olga skrzywiła się lekko. Bół głowy ciągle się nasilał i marzyła tylko o tym, żeby pójść do akademika i jeszcze chwilę się przespać.
- Są to demony z pogranicza kultury polskiej i rusińskiej – zaczęła cicho. - Głównie bieszczadzkie i beskidzkie...
- Tego można się domyślić z tytułu – rzucił Werencki. - Mam nadzieję, że piwko nie było ważniejsze niż lektura?
Olga spojrzała na niego ze zdziwieniem. Owszem, bywał złośliwy... ale do tej pory nie była to złośliwość bezpodstawna. Ani skierowana na nią.
- Propastnyk jest demonem powiązanym z wiatrem, deszczem, burzą i gradem. Nie ma swojej postaci, bo nikt go nigdy nie widział. Wiadomo, że zastawia sidła na ludzi i że odpowiada za pożary i gradobicia...
- Powtarza się pani. Proszę się przygotowywać do zajęć, jeśli chce pani skończyć kurs. Panie Górski, proszę porównać propastnyka do innych znanych panu demonów.
Olga przygryzła usta. Zawsze przygotowywała się do tych zajęć, często kosztem innych – i w tym momencie miała dławiące poczucie niesprawiedliwości. Marcin sprawnie zreferował podobieństwa propastnyka do planetników i paru innych straszydeł, jakkolwiek nie przyszedł mu do głowy Dziki Gon, Aneta z inwencją opisała błądzonia - licho złośliwe, co się na rozdrożach czai i pijanego chłopa, miast do domu, z karczmy na manowce prowadzi – i nawet dodała kilka krążących po Bieszczadach historii na jego temat. A Olga całe zajęcia przesiedziała, słuchając jednym uchem i żałując, że w ogóle przyszła, zamiast, jak Magda, spać do dziesiątej.
Po zajęciach zebrała swoje rzeczy i poszła prosto do Żaczka, rezygnując ze strukturalizmu, na którym i tak nigdy nie było nic ciekawego. Magda też darowała sobie ćwiczenia, Olga zastała ją w akademiku, oglądającą po raz setny swój ulubiony serial o nastoletnich wampirach. Przynajmniej nie było Republiki.
- Jak tam? Jakoś blado wyglądasz.
- Werencki był dzisiaj... wredny.
- Zawsze jest wredny, dzisiaj się przejęłaś?
- Dla mnie nie był – mruknęła Olga cicho.
- Takie buty... Stara, wszystkie laski się w nim kochają, ty też? Na głowię upadłaś? Facet jest złośliwym, wrednym starym kawalerem, związkofobem, czy jak to się modnie nazywa... Umów się z Mirkiem, czy z kimkolwiek innym, jeśli masz potrzebę i daruj sobie Werenca.
- Nie mamy na roku żadnego Mirka – zdziwiła się Olga.
- Boże, kobieto, czy faceci kończą się na naszym roku? Dzięki Bogu – nie, bo ludzkość by wymarła. Mirek jest na czwartym... i za każdym razem, jak cię widzi, zaprasza cię na kawę. Naprawdę go nie zauważyłaś?
- Jakoś nie – przyznała Olga.
- Biedaczek. No to może z kimś innym?
- E. Faceci są beznadziejni – powtórzyła ulubioną doktrynę Magdy z nadzieją, że na tym rozmowa się skończy.
- Są. Ale to nie powód, żeby wybierać tego najbardziej beznadziejnego – mruknęła Magda. - Kiedy jedziesz na święta?
- Bo ja wiem? W czwartek?
- W samą Wigilię? Zgłupiałaś, jutro już prawie nikogo nie będzie, a w środę nie ma zajęć. Ja spadam jutro rano.
- Może masz rację. Może też jutro pojadę.
Pojechała oczywiście, bo nie chciała zostać sama. Nie była w domu przez cały semestr, do Gdańska było za daleko, żeby jeździć na dwa dni.
Przy sprzątaniu, pieczeniu i gotowaniu udało jej się zapomnieć o koszmarach – bo jakież koszmary mogą być ważne, kiedy Bóg się rodzi, a moc truchleje? I tylko o jednym nie udało się zapomnieć – ani przy Wigilii, ani po pasterce, ani nawet na Sylwestrze, chociaż piła i tańczyła do upadłego – tej zjadliwej, niesprawiedliwej złośliwości w niskim, męskim głosie. I w końcu była zadowolona, że wraca do Krakowa i że te wszystkie święta wreszcie się skończą, bo miała już serdecznie dość odpowiadania na pytania – dlaczego jesteś smutna?
W końcu nawet pusty pokój w akademiku przywitała z pewną ulgą – Magdy oczywiście nie było i należało przypuszczać, że żadna zbliżająca się sesja nie skróci jej pobytu w górach – i tylko sprawdziła na wszelki wypadek, czy pod łóżkiem nic się nie czai.
Przedsesyjny szturm na biblioteki jeszcze się nie zaczął i Olga spokojnie wypożyczyła sobie lektury potrzebne na następną Demonologię, co prawda przyrzekając sobie, że jeśli na zajęciach znowu wydarzy się coś nieprzyjemnego, to będą to ostatnie zajęcia, na które ona, Olga pójdzie. Od razu też wzięła kilka książek na egzaminy. Bez Rammsteinu, Rebubliki i wiecznego chodźmy na piwo nauka była jednak znacznie łatwiejsza.
Magda wróciła w połowie stycznia, przed samą sesją. I zabrała się za naukę – równie burzliwie, jak zabierała się za wszystkie inne rzeczy. Jeśli pisała pracę, to Olga musiała wnikliwie oceniać każdy następny akapit. Jeśli uczyła się do ustnego, to przerabiała na głos wszystkie możliwe zagadnienia.
- Naprawdę się cieszę, że studiujemy na tym samym kierunku...
- Ja też – odparła Magda. - I zauważ, że ja nie wzdycham i mówię to szczerze.
- Ależ ja też szczerze – oburzyła się Olga. - Wyobrażasz sobie, co by było, gdybyś mi się tu głośno uczyła fizyki?
- Nie wyobrażam sobie siebie uczącej się fizyki. Jakie jest najstarsze muzeum etnograficzne w Polsce?
- Nie mam pojęcia. Naprawdę myślisz, że musimy pamiętać takie pierdoły?
- Podobno Florek pyta o daty i założycieli.
- Masakra. Nawet nie zaczęłam się tego uczyć...
- A na Kulturę Słowian Południowych trzeba głównie znać te wszystkie nazwy. Co oni mają z tym wieżowcem?
- Słowianie południowi?
- Ekolodzy!
- Ok, przestałam nadążać. Co mają ekolodzy do Słowian?
- Nic – Magda podniosła zdziwione spojrzenie znad Gazety Krakowskiej. - Protestują przeciwko remontowi szkieletora.
- Dobrze, że nie przeciw Słowianom... Ty się uczysz, czy gazetę czytasz?
- Mam podzielną uwagę – Magda rzuciła gazetę na podłogę. Olga drgnęła – na pierwszej stronie widniało duże, czarno białe zdjęcie wieżowca. Tego, który uparcie i bez żadnej przyczyny śnił się jej od listopada.
- Umiesz te wszystkie słowiańskie nazwy?
- Nazw to się jeszcze nauczę, ale dat? I tych wszystkich nazwisk?
- Ty się wszystkiego nauczysz – wzruszyła ramionami Magda. - Tamte cegły, co leżą na stole, to na co?
- Demonologia.
- Czerwienisz się, wiesz?
- Tu jest gorąco.
- Jasne. W akademiku w styczniu. Wymyśl coś innego. W ogóle, myślałam, że dasz sobie z tym spokój, skoro Werenc jest wredny.
- Jest wredny, ale zajęcia są ciekawe. I nie dam się wyrzucić.
- Ambicja, co?
Olga, z nosem w książce, nie odpowiedziała.

***

Próba jednoczesnego ubrania się, uczesania włosów i wypicia kawy musiała skończyć się katastrofą. Kubek z kawą udało się w ostatniej chwili złapać, ale przewrócona odżywka wywołała efekt domina. Huk spadających na podłogę kosmetyków obudził nawet Magdę.
- Co się wali? - zapytała nieprzytomnie, otwierając jedno oko.
- Nic – mruknęła Olga ze złością.
Magda otworzyła drugie oko.
- Takie nerwy od samego świtu? Będę zgadywać – egzamin z demonologii?
Olga tylko wymamrotała pod nosem coś nieparlamentarnego, zbierając odżywki spod stołu. Magda spojrzała na zegarek.
- Szósta rano? O której masz ten egzamin?
- O dziesiątej.
- I tylko na wszelki wypadek chcesz być trzy godzinki wcześniej?
- Po prostu idź spać, ok?
Magda umilkła. Olga odetchnęła i zabrała się za układanie fryzury.
- Co ty robisz z tymi włosami?
- Czeszę!
- Raczej przylizuję... - Magda wyskoczyła z łóżka. - Won z tymi odżywkami. I z tym też won. - Ściągnęła z krzesła wyprasowaną, białą koszulę. - Nie mów mi, że w Warszawie etnolodzy chodzą na egzaminy w białej bluzce i granatowej spódniczce.
- Nie idę w spódniczce!
- Ja cię zaraz ubiorę. Będziesz cudna.
Olga spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- No co? Myślisz, że jak wyglądam jak pajac, to znaczy, że nie wiem, jak wyglądać inaczej? Zostaw te włosy, mówię ci! - Zanurkowała do szafy. - No proszę, wiedziałam, że masz więcej ciuchów, niż dwie pary dżinsów. Ta kiecka na co czeka, na lato?
Olga jęknęła. Wełniana sukienka, którą kiedyś dostała od mamy była po pierwsze za krótka, po drugie za krótka, a po trzecie zbyt zielona. I za krótka.
- Zakładaj to.
- Magda. Mówię ci drukowanymi literami: Nie chodzę w sukienkach!
- No to najwyższy czas zacząć – wzruszyła ramionami Magda.
Godzinę i wiele protestów później Olga była ubrana – w sukienkę! - i uczesana. Zdaniem Magdy – pięknie. Zdaniem Olgi – w afro.
- No – odetchnęła Magda. - Wiedziałam, że będziesz cudna. I masz jeszcze – spojrzała na zegarek – jakieś półtorej godziny na spokojne wypicie kawy.
- Ta sukienka jest za krótka – marudziła Olga. - Poza tym, to wszystko jedno i tak nikt nie zauważy...
Magda ugryzła się w język.

***

Zauważył. Musiałby być ślepy, żeby nie zauważyć. Zielona sukienka i włosy jak pożar.
- Proszę usiąść – powiedział, bo zatrzymała się w progu, jakby się bała podejść bliżej. Cóż, prawie wszyscy się bali, Marek zdążył się przyzwyczaić i prawie ten fakt polubić. Ale kiedy Olga podeszła i usiadła naprzeciw, splatając dłonie na porysowanej powierzchni ławki, nie widać było po niej ani strachu, ani zdenerwowania. Raczej obojętność.
- Proszę mi opowiedzieć o wampirach.
Mówiła o demonach, klątwach i lejącej się krwi spokojnym, równym głosem grzecznej dziewczynki, która wykuła materiał na blachę. Przytoczyła najbardziej fascynujące legendy Transylwanii, jakby składała raport z procedur BHP wdrażanych w biurze. Wiedziała wszystko – i całą sobą dawała odczuć, jak bardzo jej to nie interesuje. O tak – Marek bardzo lubił, jak studenci się bali.
- To wszystko? - zapytał chłodno, kiedy skończyła.
Popatrzyła na niego – pierwszy raz odkąd weszła do sali – z całkowitą obojętnością. Milczała przez chwilę, jakby czekała, aż Marek sprecyzuje pytanie, a potem zaczęła mówić znowu – o symbolice krwi i wierzeniach z nią związanych. W końcu jej przerwał.
- Nic bardziej... osobistego?
- Nie zetknęłam się osobiście z wampirami.
- Książki, filmy?
- Nie, panie doktorze.
- Nie oglądała pani żadnych filmów o wampirach?
- Zmierzch – odparła. - Ale nie sądzę, żeby zawierał przydatną wiedzę.
- Podobał się pani?
Bardziej chciał, niż naprawdę zauważył, że jej usta drgnęły lekko, jakby powstrzymywała uśmiech.
- Wydaje mi się, że nie jest to utwór w pełni dojrzały artystycznie.
Jeszcze przez chwilę czekał – może na Look, I sparkle!, które słyszał niedawno na korytarzu, roześmiane i radosne, ale to było jeszcze przed tamtym piwem w Starym Porcie i przed tamtymi zajęciami. Teraz było milczenie i spokojne, obojętne spojrzenie.
- Poproszę indeks. Na następne zajęcia – dodał nieoczekiwanie dla siebie miękko – proszę obejrzeć film Wernera Herzoga Nosferatu. Phantom der Nacht.
Skinęła głową.
- Dziękuję – powiedziała. I wyszła, nie zaglądając nawet do indeksu.

***

Rozpłakała się dopiero w łazience, krótko i gwałtownie, a potem umyła twarz i starła spod oczu smugi cienia i tuszu. Przez otwarte okno słychać było ryk ruszającego motocykla. Olga odczekała aż ścichł, zmieszał się z szumem ulicy i poszła do domu. W wilgotnym powietrzu – zupełnie bez sensu i za wcześnie, bo przecież zaczynał się luty – czuć było wiosnę.

_________________
Mogę robić rzeczy! Kilofem.

I saw God. She was black.

W tym tygodniu Arian poleca:
Północ
Wioska pod kocim ogonem

Autoreklama:
Dzika magia

Moje teksty w pdf


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 03 Kwi 2009, 16:07 
Offline
Bojowniczka
Awatar użytkownika

Dołączenie: 04 Lis 2005, 02:01
Posty: 1169
Płeć: Kobieta
III. Wiosna
„Wiosną lody ruszyły, Panowie Przysięgli.”
Zakwitają pustynie, śnieg się w słońcu zwęglił,
Bóg umiera na Krzyżu, ale zmartwychwstaje,
Kurczak z pluszu wysiedział Wielkanocne Jaje,
Baran z cukru nie martwi się losu koleją,
Świtem ptaki w niebieskim zapachu szaleją.
Tyle razy to wszystko już się wydarzyło,
Więc dlaczego przed strachem chowamy się w miłość?
- Bo za oknem wiosenny wiatr drzewami szarpie,
Budzą się do pracy upiory i harpie;
Nie ufaj w wieczory, wstań, zaciągnij story -
Upiory i harpie, harpie i upiory...


Telefon zadzwonił, kiedy Marek już prawie zasypiał. Przeczekał kilka pierwszych sygnałów z nadzieją, że natręt się rozmyśli – ale telefon dzwonił bez przerwy.
- Werencki, słucham – rzucił w słuchawkę.
- Za piętnaście minut w Starym Porcie – Daniel nie tracił czasu na powitania. Na pożegnania zresztą też nie – rozłączył się, zanim Marek zdążył zareagować.
Zegar wskazywał jedenastą wieczór. Marek ubrał się, klnąc pod nosem i wyszedł na mokrą ulicę. Deszcz pachniał wiosną. Stary Port zaczął już pustoszeć, tylko przy kilku stolikach przysypiały niedobitki, patrząc w kufle szklanymi od dymu papierosowego oczami.
Daniel siedział w najciemniejszym kącie, nie pasując do tego miejsca tak bardzo, jak tylko można – gładko ogolony, w eleganckim garniturze – i bębnił palcami w stół.
- Co jest?
- Wziąłem ci piwo.
- Nie wyciągałeś mnie z łóżka, żeby postawić browar.
- Nie. - Daniel zapalił papierosa. - Urząd Miasta odrzucił wszystkie petycje, skargi i listy protestacyjne.
Marek znieruchomiał na chwilę.
- Co?
- Wszystko rozpatrzone negatywnie. I wszystko w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
- Dan, rozumiesz...
- Przebudowa zacznie się najpóźniej na początku maja.
- Dan, to jest niemożliwe! Nie mamy dość ludzi, musisz to jeszcze przeciągnąć!
- Nic już nie mogę zrobić.
- Kurwa, jak to sobie wyobrażasz?!
Daniel trzasnął pięścią w stół.
- To nie jest moja decyzja! Marek, przekupiłem w tym urzędzie każdego, kto dał się przekupić, przekonałem każdego, kto dał się przekonać, wkręciłem w protesty wszystkie pierdolone NGOsy** w tym mieście, od ekologów i obrońców przestrzeni miejskiej po rowerzystów! Odsuwam sprawę tego cholernego wieżowca od czterech lat! Time out!
- Nie mamy ludzi! Kim mam to zrobić, gówniarzami z Cape Wrath?! Ściągnij zielonych...
- Marek, zacznij myśleć! Co zrobią zieloni, przykują się do zbrojeń? Chcesz tam mieć demonstracje? Namioty? Wiesz, co by się tam działo?
- Wiem.
Marek zapalił papierosa. Milczeli przez chwilę, patrząc, jak światło świecy odbija się w nietkniętym piwie.
- Na Cape Wrath mamy dwadzieścia osób. Dziewięć dopiero zaczyna kurs. Pięcioro po szkoleniu podstawowym. I sześcioro po półrocznym treningu. Allan jest w Londynie, na razie mają spokój, można go ściągnąć na akcję. Françoise może przyjechać z Lille, Noor ma jakieś kłopoty w Ankarze, ale może do maja sobie poradzi. Będzie nas piątka.
- Ściągnę tych sześcioro z Cape Wrath.
- Marek... To dzieciaki, bez żadnego doświadczenia.
- Doświadczenie zdobywa się w akcji.
- Połowa zginie.
- Ryzyko zawodowe.
Daniel napił się piwa.
- Czasem mnie przerażasz.
Marek wzruszył ramionami i sięgnął po kufel.
- Na twoim miejscu bardziej bym się obawiał tego, co siedzi w szkieletorze – mruknął i zapalił papierosa. - I co się stanie, jeśli to wylezie... - dodał cicho.

***

W kwietniu na demonologię chodziły już tylko cztery osoby, które przed każdymi zajęciami patrzyły na siebie z mieszaniną strachu i ciekawości – kto dziś wyleci z zajęć? Werencki miał coraz bardziej podkrążone oczy, zadawał coraz więcej materiału i zdawał się obserwować ich bez przerwy, czekając na pierwszy szmer, który pozwoli mu pozbyć się kolejnej osoby. Olga przed każdymi zajęciami gryzła wargi do krwi i przysięgała sobie, że to ostatni raz, że za tydzień nie przyjdzie i będzie spała do południa – a potem śniła kolejny sen o wrzosowiskach, krukach i wieżowcu i w każdy poniedziałek rano stawiała się na uczelni, nieomalże umiejąc na pamięć zadane lektury.
- W jaki sposób zakorzenione w światopoglądzie ludowym pojęcia centrum i granic przekładają się na demonologię? Panna Mikołajczyk?
- Granica – przez swoją nieokreśloność, przez to, że nie należy do żadnego z miejsc, które rozdziela, jest miejscem niebezpiecznym. Tak jakby nie należała całkiem do tego świata, dlatego szczególnie łatwo mogą tam przeniknąć wszelkie istoty z innego świata. Taką granicą jest na przykład miedza, która rozdziela dwa pola, ale sama nie należy do żadnego z nich...
- Wszystko, co pani mówi jest prawdą, ale muszą państwo spojrzeć na to szerzej – przerwał Werencki. - Wszystko to, co nieokreślone. Wszystko to, co przestało być jednym, a nie zaczęło być innym.
Olga drgnęła, czując nagły chłód. Pod powiekami czaiły się cienie rusztowań.
- Wszelkie rzeczy, niepewne, czym właściwie są...
- Wieżowiec – wyszeptała, zanim zdążyła pomyśleć. Werencki odwrócił się gwałtownie w jej stronę.
- Słucham, panno Mikołajczyk?
Olga pobladła lekko.
- Wieżowiec – powtórzyła. - Na Mogilskim.
Czekała, aż Werencki zaprzeczy, powie coś złośliwego, wyrzuci ją z zajęć wreszcie. Ale doktor tylko patrzył na nią z dziwnym wyrazem twarzy.
- Proszę wyjaśnić – powiedział w końcu i Olga miała wrażenie, że słyszy w jego głosie napięcie i niepokój.
- Ja... To tylko głupie skojarzenie...
- Proszę wyjaśnić, skąd się wzięło.
- Chodzi mi o to, że jeszcze nie stał się tym, czym powinien, a już stał się ruiną. Jest jednocześnie stary i niegotowy... I to brzmi jeszcze bardziej bezsensownie, jak próbuję to powiedzieć!
Werencki milczał przez chwilę.
- Bezsensownie – zgodził się w końcu. - Niemniej, ma pani rację.

***

Z Cape Wrath przyleciało ich sześcioro - Ivan, Sven, Michael, Sharlih, Sinead i Una – i Dan skrzywił się, jak tylko zobaczył ich na lotnisku. Marek mógł prawie przeczytać jego myśli – za młodzi, zbyt pewni siebie, zbyt przekonani o własnych, niczym jeszcze nie zweryfikowanych, zdolnościach.
- To dzieciaki, Marek...
- Nie mamy nikogo innego. Allan ma sajgon w Londynie, Noor na razie nie może się ruszyć z Ankary, we troje sobie nie poradzimy.
- Nasze dzieci muszą się zacząć uczyć – mruknęła Françoise z silnym, francuskim akcentem. - Więc zacznijmy naukę od razu. - Wyjęła z kieszeni spinkę i zwinęła jasne włosy w węzeł, odsłaniając przy okazji twarz. Właściwie pół twarzy – drugie pół zajmowała rozległa, głęboka blizna po oparzeniu i pusty oczodół w miejscu, gdzie powinno być drugie niebieskie oko.
Demonstracja zrobiła wrażenie przynajmniej na dziewczętach. Sinead i Una – śliczne, młode i przekonane o własnej nietykalności, pobladły i cofnęły się lekko. Michael skrzywił się prawie niezauważalnie. Pozostała trójka całkiem nieźle udawała, że żeński wariant Upiora Opery w żaden sposób ich nie porusza.
- Mam nadzieję, że nasze dzieci przeżyją tę naukę – rzucił Dan. - Inaczej następne obiekty będziemy naprawdę rozbrajać we trójkę...

***


Z bliska krucze oczy nie są czarne. Mają kolor bursztynu – najciemniejszego, ale wciąż jeszcze przejrzystego. Słyszysz ich ochrypłe krzyki, czujesz, jak ich skrzydła gwałtownie biją powietrze. Zasłaniasz twarz i czujesz, jak ostre dzioby rozrywają ci brzuch i wszystko wokół zaczyna śmierdzieć krwią i wibrować wrzaskiem. Spomiędzy betonowych ścian wylatują czarne, nieprzeliczone chmary kruków.

Olga obudziła się mokra, z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na brzuchu. Latarnia pod akademikiem zgasła i w pokoju było zupełnie ciemno. Dziewczyna trzęsącymi się rękoma wymacała kontakt nocnej lampki, a potem wyszła z łóżka i zapaliła również górne światło. O szyby przeraźliwie tłukł deszcz. Olga próbowała się uspokoić, ale na samą myśl, że mogłaby znowu się położyć i usnąć zrobiło jej się słabo. Umyła twarz zimną wodą i pozwoliła, żeby narastająca złość przytłumiła dławiący lęk.
- Co jest? - Magda naciągnęła kołdrę na głowę, chowając się przed światłem. - Jaja sobie robisz?
Olga nie odpowiedziała. Przez chwilę stała na środku pokoju, a potem zaczęła się ubierać.
- Stara, jest trzecia w nocy, gdzie ty idziesz?!
- Pójdę – wycedziła Olga przez zaciśnięte zęby – i tak mu skopię fundamenty, że już nigdy mi się nie przyśni!
- Co? Olga? Olga?!
Odpowiedziało jej trzaśnięcie drzwi.
Olga prawie biegła, nie zwracając uwagi na lejący deszcz. Strach całkowicie przysłoniła wściekłość i narastające przekonanie, że musi iść i sprawdzić, co jest nie tak z tym wieżowcem. Że tylko wtedy te cholerne sny mogą się skończyć.
Ulica Piłsudskiego była zupełnie pusta, tylko woda płynęła w tramwajowych szynach. Na Rynku smętnie szeleściły plandeki od budek z kwiatami, po kocich łbach potoczyło się z łomotem przewrócone wiadro. Ktoś coś za Olgą krzyknął, może pretensje, a może zaproszenie, ale nawet nie odwróciła głowy. Na Floriańskiej pod McDonaldem jakaś para kłóciła się o pieniądze na taksówkę, głośno i bełkotliwie, a pod bramą paru młodych punków dopijało ostatnie wino. Olga ominęła dworzec, o tej porze całkowicie we władaniu bezdomnych i wyszła na Lubicz. Z daleka, przez deszcz, widać było majaczący ciemny kształt i czerwone lampki ostrzegawcze. Wieżowiec. Dopiero wtedy po raz pierwszy się zatrzymała.
Przejeżdżający samochód ochlapał ją brudną wodą i Olga pierwszy raz spróbowała się zastanowić, co właściwie robi. Wieżowiec majaczył na horyzoncie, nieruchomy i ciemny jak zwykle – i prawdopodobnie jedyne, co mogła w nim znaleźć, to kilku bezdomnych, zwabionych dachem nad głową. Pomysł, że szkieletor może kryć jakieś odpowiedzi, nagle wydał się Oldze zupełnie absurdalny. Ale – mimo że kurtka już całkiem przemokła i w trampkach też chlupała woda – Olga zupełnie nie miała ochoty wracać, a na myśl o spaniu i śnieniu ścisnęło ją w żołądku. Więc może to skopanie fundamentów coś pomoże?
Na przystanku jakaś dziewczyna w dziwacznej sukience czekała na nocny autobus, usiłując pod dziurawą wiatą znaleźć w miarę suche miejsce. Olga minęła ją, prawie nie zauważając. Od wieżowca dzieliło ją tylko błoto i powykrzywiane ogrodzenie.
Mokra blacha wyślizgiwała się z palców i uciekała spod butów. Przez chwilę Olga obawiała się, że przypłaci tę wycieczkę nie tylko przeziębieniem, ale i połamanymi kończynami. Ale stopy w końcu znalazły oparcie, dziewczyna podciągnęła się, znieruchomiała na chwilę, przewieszona przez ogrodzenie, okręciła się i zeskoczyła w błoto po drugiej stronie. Spojrzała na wieżowiec i natychmiast zaczęła żałować, że tu przyszła. Z daleka był wielki – z bliska ogromny. Pomiędzy betonowymi ścianami ziały ciemne, głębokie czeluście, w których świszczał wiatr. Olga zadrżała, bojąc się nawet odwrócić od groźnej budowli. I wtedy usłyszała szelest za plecami. Odwróciła się powoli, wstrzymując oddech i spojrzała prosto w oczy dziewczyny, którą minęła na przystanku. W pierwszej chwili odetchnęła z ulgą, że nie jest sama, ale wtedy dziewczyna uśmiechnęła się i Olga zamarła. Bo żaden człowiek nie miał takiego uśmiechu, coraz szerszego, rozdzielającego twarz na pół. Żaden człowiek nie miał tak szerokich ust, wypełnionych tak ostrymi, długimi zębami. Żaden człowiek nie miał tak brunatno lśniących oczu, ani takiego śmiechu, przypominającego krakanie kruków.
- Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko – wyszeptała Olga zdrętwiałymi wargami. - Naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych...
Ktoś szarpnął ją za ramię i pchnął na ziemię, Olga zdążyła zauważyć tylko błysk srebra na ostrzu noża, czy miecza, strzyga wrzasnęła, machnęła pazurami tuż przed twarzą mężczyzny. Odskoczył i z całej siły uderzył prosto w rozdziawioną paszczę. Ostrze zgrzytnęło o kości i słuchać było tylko, jak strzyga uderzyła o ziemię, szarpnęła się jeszcze raz i znieruchomiała.
- To by było na tyle, jeśli chodzi o wchodzimy po cichu i staramy się wziąć ich z zaskoczenia. - Olga odwróciła się, z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać. O bardzo znajomym głosie.
- Kurwa, mamy cywilną na obiekcie!
Olga ostrożnie zaczęła się podnosić. Całe spodnie, kurtkę, spodnie i włosy miała umazane błotem i w zasadzie jedyne, o czym marzyła, to zwiać stąd jak najszybciej. Najlepiej zanim Werencki się zorientuje, kim jest owa cywilna na obiekcie. Niestety mięśnie nie chciały jej słuchać, a śliskie błoto nie ułatwiało sprawy – Olga bezradnie zamachała rękami w desperackiej próbie złapania równowagi i poleciała na tyłek. Zabolało. Chęć panicznej ucieczki zeszła na drugi plan – w tym momencie właściwie chciała się jedynie rozpłakać.
- Trzeba ją stąd wyprowadzić – mruknął Werencki. Wyciągnął rękę. Olga przyjęła ją z wahaniem i pozwoliła się postawić na nogi.
- Nic ci nie jest?
- Nie. Dziękuję.
Wtedy dopiero na nią spojrzał.
- Damn it. Co ty tu robisz?! Jesteś głupia, czy szalona?!
- Ja...
- Gdyby to był ktokolwiek inny, jakaś poszukująca wrażeń idiotka, to bym jeszcze rozumiał! Ale ty powinnaś wiedzieć...
- Wiem – przerwała gniewnie. - Ten pierdolony szkieletor śni mi się od jesieni!
Ten drugi gwizdnął przeciągle.
- Dan! - rzucił Werencki ostrzegawczo.
- Wygląda na to, że odkryliśmy wieszczkę. I miałeś ją rok na zajęciach, dobrze zgaduję?
- Dan!
- Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć...
- Nie ma czasu na kłapanie dziobem! Teraz trzeba ją stąd wyprowadzić! Zanim... kurwa, już jest za późno... Dan, zaczynajcie, oni i tak już nas wyczuli. Spróbuję...
- Chyba na głowę upadłeś! Chcesz, żebym poszedł z Françoise i bandą niedouczonych dzieciaków? Nie mamy szans!
- Dan, jeśli...
- Jeśli nie rozbroimy wieżowca, ta mała ma takie same szanse na przeżycie, jak cały Kraków. I sorry, ale Krakowa dla niej nie poświęcę. Ryzyko zawodowe, pamiętasz? - wyciągnął z kurtki komórkę. - Sharlih, I need you outside. Now! Mała, właź tutaj – kopnął leżące pod płotem pogięte blachy. Nie gadaj, nie oddychaj i nie myśl. Udawaj, że cię nie ma. Zrozumiałaś?
Olga nie rozumiała nic, ale pokiwała głową i wlazła w złomowisko. Dan, pokazując ją palcem, klarował coś po angielsku młodemu chłopakowi. Werencki milczał.
- Idziemy – rzucił Dan.
- Watch out for her!

***

Nóż wszedł głęboko w oczodół, aż zgrzytnęła kość. Ciemna krew trysnęła na nasadę, strzyga wrzasnęła i zatoczyła się gwałtownie. Marek szarpnął zaklinowane ostrze, dłoń ślizgała się po rękojeści, strzyga zaszamotała się ostatni raz, przechyliła do tyłu i poleciała w dół. Razem z tkwiącym w czaszce nożem. Marek nie zdążył zakląć, bo już leciała na niego następna, ze wściekłym rykiem i szeroko rozłożonymi łapami. W ostatniej chwili uniknął pazurów, uskoczył, wyrwał zza pasa sztylet. Pochylił się i chlasnął strzygę w udo. Zaskowyczała i upadła na jedno kolano, ale pazury ciągle młóciły powietrze, a z dwóch stron już atakowały kolejne poczwary. Dan walczył z trzema naraz, w jednej ręce trzymał nóż, w drugiej srebrny łańcuch, uczniowie z Cape Wrath mieli zacięte, zdeterminowane twarze i walczyli jak maszyny.
Nie mieli szans. Strzygi czekały na nich na dziesiątym piętrze, z którego łatwiej było zlecieć i złamać sobie kark, niż uciekać. I było ich setki. Marek zdał sobie sprawę, że z tego wieżowca nikt nie wyjdzie żywy.
Ranna strzyga ryknęła i podniosła się na nogi, rzuciła się do przodu całym ciężarem ciała. Marek odskoczył w bok, ona nie zdążyła, poleciała w dół, ale wyciągnięte pazury chlasnęły go w twarz i krew zaczęła zalewać oczy. Następna zbiła go z nóg.
- Allach Akbar!
Marek westchnął. W oku pochylającej się nad nim strzygi tkwiła srebrna gwiazda – broń z Ankary. Noor.
Mocne szarpnięcie postawiło go na nogi.
- Allach Akbar! - wrzeszczała Noor, w jej czarnej twarzy błyszczały tylko białka oczu, a srebrne gwiazdy ze świstem przecinały powietrze. Z góry, z jedenastego piętra zeskakiwali jej pobratymcy, z równie dzikim wrzaskiem i równie morderczą bronią. Odsiecz przyszła w ostatniej chwili.
Marek miał nigdy nie zapomnieć tej walki – błyszczących w niemal całkowitej ciemności oczu, świstu przecinających powietrze srebrnych gwiazd i świdrującego w uszach wrzasku.
Strzygi, przerażone latającą śmiercią w panice spuszczały się na niższe piętra. Noor ruszyła za nimi – i Marek przez chwilę był pewien, że spadnie, ale dziewczyna mocno stała na nogach i ciskała kolejnymi gwiazdami – tak szybko, że wydawało się, że na oślep, a jednak każda sięgała celu.
- Allach Akbar!
Bitwa była wygrana. Strzygi uciekały, nie próbując już walczyć, ale ledwie kilku udało się zejść na ziemię. Marek wytarł krew z twarzy i odetchnął głęboko. Udało się.
- Marek! - Głos Dana wibrował przerażeniem. - Cywilna!
Marek zmartwiał. Sharlih walczył z dwoma strzygami naraz, krew płynęła mu po twarzy i plamiła bluzę. Olga tkwiła jak sparaliżowana pod płotem, wpatrując się w trzecią, przez nikogo nie blokowaną.
Rzucił się biegiem, wiedząc, że nie ma szans zdążyć.
Olga ocknęła się wreszcie i podciągnęła na ogrodzenie, usiłując wściekłymi kopniakami odpędzić atakującą strzygę.
- Allach Akbar! - wrzasnęła Noor i kolejna srebrna gwiazda przecięła powietrze. Strzyga ryknęła i chlasnęła pazurami, usiłując zachować równowagę. Olga szarpnęła się, rzuciła się w górę, krzyknęła urywanie i spadła na drugą stronę płotu.

***

Bolało. Olga konwulsyjnie zacisnęła dłonie na brzuchu. Za płotem ktoś ciągle krzyczał, ale dźwięki zdawały się dochodzić z bardzo daleka.
- Wezwij karetkę! Ona jest ranna – usłyszała. Ktoś przeskoczył przez płot. Ktoś oderwał jej ręce od brzucha i przycisnął go czymś innym.
- Karetkę na rondo Mogilskie, pod wieżowiec! Dziewczyna jest ranna w brzuch, pies ją zaatakował!
- Kto jest ranny? - zapytała ze zdziwieniem.
- Cii, nie ruszaj się. - Ktoś pochylał się nad nią i Olga pomyślała, że on jest ranny, bo twarz miał całkiem zalaną krwią. I ręce, przyciskające dziwny, szorstki materiał do jej brzucha też miał całe we krwi.
- Nie ruszam się – wyszeptała. - Boli.
- Karetka już jedzie.
- Chyba spadnę – wyszeptała.
- Cii, nie spadniesz. - Miał długą, nierówną bliznę na twarzy i świeżą ranę tuż obok, po niej też zostanie blizna, na brwi.
- Boli. Chyba spadnę.
- Nie spadniesz. Przytrzymam cię.
Położył się obok i ostrożnie, jedną ręką ciągle przytrzymując to coś na brzuchu, drugą objął ją za ramiona.
- Nie spadniesz.
- Nie. Teraz nie spadnę.
Z daleka słychać było sygnał karetki.

***

Françoise zamieszała zielonego drinka, lód zadzwonił w wysokiej szklance. Francuzka stanowczo odmówiła spotkania w Starym Porcie, stwierdzając, że najbardziej na świecie nienawidzi szant i góralskiej muzyki i żadna, nawet najbardziej ryzykowna akcja nie jest powodem, żeby musiała tego słuchać. Postawiła na swoim i siedzieli w Le Fumoir na Sławkowskiej, gdzie Dan czuł się jak pajac, a jeden drink kosztował tyle, co beczka piwa gdzie indziej.
- Noor wyjechała?
- Wczoraj rano, od razu po akcji. Tam u niej też jest gorąco, nie spodziewałem się, że da radę przylecieć.
- W ostatniej chwili. Sacrebleu, myślałam, że już po nas. Robiliście w ogóle recherches? Mon Dieu, było ich tysiące...
- Nikt się tego nie spodziewał. Nic na to nie wskazywało. Wiadomo było, że coś tam siedzi, ale tyle? W najczarniejszym śnie bym tego nie przewidział. Gdyby nie Noor... Swoją drogą, zebrała sobie niezłą ekipę.
- To Noor, Dan. Dziwisz się, że przekona faceta do wszystkiego? Gdyby chciała, mogłaby mieć własną armię.
- To... trochę niepokojące, Fran. Jej ludzie są poza Strukturą, de facto są prywatną armią. Nikt poza Noor ich nie kontroluje.
Françoise roześmiała się ochryple.
- To Noor, Dan, pamiętasz? Gdzie Mark?
- Powinien zaraz przyjść. Mam tylko nadzieję, że wyszedł ze szpitala, zanim komuś przyszło do głowy przepytać go na okoliczność, jak wyglądał pies.
- Mark nie jest głupcem.
- W tej sprawie? Fran, miał Wieszczkę pod nosem, prawie przez cały rok! Jak można tego nie zauważyć? Wiesz, o ile łatwiej byłoby się przygotować do akcji, gdybyśmy mieli Wieszczkę?
- Raisons personnelles...
- W tym fachu nie ma powodów osobistych, damn it! Marek...
- Chwilę się spóźnił, żeby dać wam czas na obrobienie mu tyłka, ale właśnie przyszedł, więc zabawa skończona.
- Mark, bonjour!
- Marek.
- Dan.
Między mężczyznami wyraźnie dawało się wyczuć napięcie.
- Zawiadomiłem Cape Wrath.
Marek milczał.
- Powiedziałem im, że jesteś ranny i dlatego nie mogłeś się z nimi skontaktować.
- Wielkoduszne z twojej strony.
- Marek, na litość boską, chciałeś to trzymać w sekrecie? Nie mówić? To...
- Zdrada? - Marek skrzywił się drwiąco. - Faktycznie... Dać dziewczynie czas, żeby wyszła ze szpitala, to rzeczywiście zdradzieckie posunięcie.
- Olga czuje się dobrze, za parę dni ją wypiszą.
- Widzę, że masz wszystko pod kontrolą.
- Dziewczynę, która omal nie zginęła w akcji? Owszem, wolałbym mieć pod kontrolą. Chcesz powiedzieć, że nawet do niej nie zadzwoniłeś?
Marek nie odpowiedział. Dan gwizdnął przez zęby.
- Przyznaję, dziwiłem się trochę, że nic jej nie powiedziałeś... Ale żeby w ogóle się nie odezwać?
- Daniel, ça suffiret! – przerwała Françoise ostrzegawczo.
Marek wstał.
- Skoro nie ma potrzeby omawiać całej akcji, a Dan przejął sprawę Wieszczki, to pozwolicie, że nie będę tracił czasu. Au revoir, Fran.
- Au revoir, Mark.

***

Olga wyszła ze szpitala we wtorek. Magda z tej okazji posprzątała pokój i nawet powycierała kurz, co zdaniem Olgi przebiło wszelkie niezwykłe wydarzenia poprzedniego miesiąca.
- I zrobiłam obiad. Podobno jak się nie ma śledziony, to nie można chlać i obżerać się pizzą, chce mi się płakać, jak pomyślę, że twoje życie będzie takie puste!
- Nie przepadam za pizzą. I mogę też nie pić, naprawdę!
Magda nakładała makaron z tak zbolałą miną, jakby to ona miała stać się abstynentką.
- Ale w sobotę jest Bal Etnologa!
- I co, niepijących nie wpuszczają?
- To znaczy, że idziesz? No, to musimy iść na zakupy!
- Jeszcze nie powiedziałam, że idę – zaprotestowała słabo Olga. - Wiesz, mam kilka szwów na brzuchu...
- Tańce na stole nie są obowiązkowe. Musimy sobie znaleźć fajne przebrania... Jedz rosołek, bo wystygnie!
- Jem, dziękuję, bardzo smaczny. Przebrania?
- Bal etnologa zawsze jest przebierany! Nie przebieraliście się w Warszawie?
- Jakoś nie. A za co?
- Duchy i demony.
Olga skrzywiła się lekko. Duchów i demonów miała po dziurki w nosie, a po dzisiejszym spotkaniu z Danielem pewnie będzie jeszcze gorzej.
- Powinnaś się przebrać za jakąś rusałkę, czy coś – mówiła dalej Magda.
- W mokrą sukienkę?
- Myślałam o przezroczystej... Ale mokra to też dobry pomysł. Telefon ci dzwoni.
Olga wyjęła komórkę. Na wyświetlaczu migał Daniel.
- Muszę lecieć. Możemy iść na te zakupy jutro?
- Jasne. Pamiętaj, że nie możesz pić!
- Pamiętam.
Daniel podjechał samochodem prawie pod samo wejście.
- Coffee Heaven?
- Ok – zgodziła się Olga.
Daniel zamówił kawy i milczał przez chwilę, jakby się zastanawiał, jak zacząć.
- Nie mam doświadczenia we wprowadzaniu kogoś w te sprawy – powiedział przepraszająco. - Zwykle zajmował się tym Marek, ale...
- Właściwie, strzygi mnie wprowadziły w całkiem sporo spraw – przerwała Olga, uśmiechając się z wysiłkiem.
- To prawda. Więc z grubsza wiesz, czym się zajmujemy.
- Wy?
- Nie mamy niestety fajnej nazwy, jak Zakon Feniksa, czy Stowarzyszenie Pogromców Straszliwych Potworów. Po prostu Struktura.
- Mało romantycznie.
- Siedziba główna i jednocześnie centrum szkoleniowe jest w Szkocji na przylądku Wrath. Chcielibyśmy, żebyś znalazła w wakacje czas, żeby tam pojechać, jeśli...
- Okej. Jeśli załatwicie mi nocleg.
- Okej? Tak po prostu? Żadnych pytań?
- Czy jeśli nie pojadę, przestanę chodzić na cholerną demonologię i postaram się zapomnieć o wszystkich zrujnowanych wieżowcach w okolicy, to moje sny znikną?
- Nie.
- Tego się obawiałam. Skąd się wzięły?
- To będzie brzmiało dość głupio.
- Tak głupio jak tłumaczenie lekarzowi, że nazwałam psa strzygą, bo byłam w szoku?
- Głupiej.
- Wow. Nie wierzę.
- Widzisz, niektórzy ludzie mają pewne... naturalne zdolności. Na przykład śnią o rzeczach, które się wydarzą. U większości te talenty pozostają ukryte, tym bardziej, że nikt o zdrowych zmysłach nie będzie skłonny uwierzyć, że ma prorocze sny.
- Jest to dość trudne, tak.
- Czasem te zdolności ujawniają się, kiedy taka osoba zetknie się z niewyjaśnionym, ale czasem nawet wtedy nie.
- Redukcja dysonansu poznawczego.
- Słucham?
- W dużym skrócie, jeśli zdarza się coś, co jest niezgodne z naszym światopoglądem, wiedzą, wizją świata, to tworzy się dysonans poznawczy, który jest bardzo nieprzyjemny dla naszego umysłu, powoduje różnorakie lęki i tym podobne. Umysł walczy z dysonansem poznawczym, co polega na tym, że zaczynasz sobie wmawiać, że coś ci się przyśniło, albo wydawało. Mój na przykład proponuje miłą, niezobowiązującą wizytę u psychiatry.
- No właśnie. Więc są ludzie ze zdolnościami, zdolności się nie ujawniają i mogłyby się nie ujawnić przez całe życie.
- Więc dlaczego ja mam sny?
- Ponieważ zapisałaś się na demonologię. Ponieważ Marek, poza tym, że nauczył was prawdopodobnie wszystkiego o wszystkich demonach, które krążą po świecie, zmusił wasze umysły, żeby zaczęły w owe demony wierzyć. Nie rozumiem wprawdzie, jak mógł nie zauważyć, że zaczęłaś śnić...
- Nie zwierzałam mu się.
- Powinien... zresztą, to nie jest najważniejsze. Marek niejako aktywował twoje zdolności. Nie sądzę, żebyś mogła się ich pozbyć.
- Cudownie.
- Wiem, że nie jesteś zachwycona.
- Czasami miałabym ochotę się wyspać.
- Możesz się nauczyć to kontrolować. Dla nas twoje sny byłyby niezwykle cenne, akurat teraz nie mamy żadnej Wieszczki, nigdzie, więc...
- Mogę spytać, co się stało z poprzednią?
Dan milczał przez chwilę, patrząc w kubek z kawą.
- Nie żyje – odparł w końcu. - Poległa w akcji. Nie będę cię przekonywał – dodał po chwili – że to nie jest niebezpieczne. Sama widziałaś, że jest. Ale spróbuj sobie wyobrazić, że do tego wieżowca weszłaby ekipa budowlana. Spróbuj sobie wyobrazić, że strzygi rozpełzłyby się po Krakowie...
- W porządku – odetchnęła Olga. - Nie musisz mnie przekonywać. Pojadę w wakacje na Cape Wrath. Nad resztą się zastanowię. Ale na pewno, na pewno nie zostanę Buffy przez skończeniem studiów. Jasne?
- Sure. Całkowicie mi to wystarcza. Olga?
- Tak?
- Wiem, że to nie moja sprawa, ale... Czy Marek...
- Nie.

***

Serdecznie zapraszamy dra Marka Werenckiego na Bal Etnologa, który odbędzie się 15 maja o godz. 20.00 w Klubokawiarni Łubudubu przy ul. Wielopole 15.
Tematem przewodnim tegorocznego Balu są duchy i demony.

Marek obracał zaproszenie w rękach. Bal Etnologa. Absurdalny, przebierany Bal Etnologa. Idiotyczny pomysł. Nie lubił studentów. Studenci nie lubili jego. Po co miałby tam iść?
Muzykę słychać było już na schodach, Marek rozpoznał Deine Lakaien, tak jakby niemiecki gothic rock był jedynym, co kojarzyło się krakowskim studentom z duchami. Cóż, ich szczęście.
Peerelowski wystrój malowniczo pokryty pajęczymi robił iście przerażające wrażenie, podobnie jak niekończąca się, rozległa i rozczłonkowana na wiele wijących się macek kolejka do baru i druga, trochę bardziej nerwowa – do kibla. Marek złowił kilka zaciekawionych spojrzeń, rzucanych przez dziwnie umalowane stworzenia i miał tylko nadzieję, że wszystkie owe stworzenia się płci pięknej. Na pierwszy rzut oka nie dało się tego rozpoznać. Na jednym z drewnianych stołów tańczyła dziewczyna, która prawdopodobnie chciała przebrać się za wampirzycę – świadczyły o tym w każdym razie długie, białe, plastikowe zęby, które szczerzyła w psychopatycznym uśmiechu. Cała reszta stroju – od koronkowej bluzki, przez brak spódnicy, aż po lateksowe buty z ćwiekami – była raczej wariacją na temat gotyckich filmów erotycznych produkcji niemieckiej. Marek przez chwilę bawił się rozważaniem, dlaczego większość ludzi kojarzy duchy i demony z bohaterami niemieckich pornoli, ale – jak zwykle – nie doszedł do żadnego ciekawego wniosku.
Prawie wychodził. Odwrócił się jeszcze raz, pod samymi drzwiami i wtedy złowił jej spojrzenie, a z głośnika nieoczekiwanie poleciało Raglan Road. I już wiedział, dlaczego tu przyszedł. Wiedział też, że nie wyjdzie, bo ta dziewczyna pod ścianą miała włosy jak pożar, jak szkocka wiedźma, oczy jak morze na Cape Wrath i sny, które on wywołał, a które omal jej nie zabiły.

***

Zauważyła go od razu, jak tylko wszedł i nie wiedziała, czy bardziej chce, czy nie chce, żeby ją dostrzegł. Wcisnęła się w ścianę, bo nie znała prawie nikogo, poza Magdą, która w zdecydowanie za krótkiej sukience wywijała na stole taniec pijanego zająca. A Olga nie mogła ani tańczyć, ani pić, a rozmawiać jej się nie chciało, zresztą i tak było za głośno. Werencki rozejrzał się po sali i Olga mogła sobie wyobrazić jego spojrzenie, chłodne i pełne politowania. Więc kiedy odwrócił się, żeby wyjść, Olga tylko wzruszyła ramionami – bez sensu, bo przecież i tak nikt tego nie zauważył, a potem nieoczekiwanie zabrzmiało Raglan Road i Werencki znalazł się tuż obok.
Stał, oparty o ścianę i patrzył w przestrzeń, jakby wcale nie podszedł do niej, jakby zabłądził w ten kąt przypadkiem. W głośniku płakały skrzypce.
- Daniel powiedział, że zdecydowała się pani jechać na Cape Wrath.
- Tak.
- Czy mogę cokolwiek zrobić, żeby zmienić tę decyzję?
- Dlaczego? - zapytała i zezłościła się na samą siebie – bo nie udało jej się ukryć ani przykrości, ani oburzenia.
- Czy to, że prawie zginęłaś na moich oczach, będzie wystarczającym powodem?
Wreszcie na nią spojrzał i Olga przestraszyła się jego twarzy – zwężonych oczu i zaciśniętych ust i ciemnej blizny, odcinającej się od pobladłej nagle skóry.
My reason must allow, that I had ruled, not as I should. A creature made of clay. When the angel woos the clay, he'll lose his wings at the dawn of day śpiewała Sinead O'Connor. Olga milczała.
- To, że wykrwawiałaś mi się na rękach, będzie wystarczającym powodem?
- Czy byłoby wystarczającym powodem dla ciebie?
- Ja już nie mogę zrezygnować.
- A ja mogę? Mogę przestać codziennie sprawdzać, czy pod łóżkiem nie ma potwora? Mogę przestać śnić? Mam tu zostać, żeby odesłali mnie do czubków, bo wiem coś, w co żaden normalny człowiek nigdy nie uwierzy? Dlaczego, panie doktorze?!
Marek znieruchomiał na chwilę. Jego twarz przypominała groteskową, kamienną maskę, a potem pochylił się i pocałował ją gwałtownie i mocno. Poczuła jego dłonie, wplatające się w jej włosy i nie wiedziała, kiedy go objęła, ani kiedy zaczęła odpowiadać na pocałunek. Kwiaty, które wplatała sobie we włosy przed Balem, miękko opadały na podłogę, a pytanie bez odpowiedzi zawisło w powietrzu i wybrzmiało wraz z ostatnimi taktami Raglan Road.

IV. Lato
Latem cierpkie owoce pęcznieją słodyczą,
W tańcu pracy pszczoły na urodzaj liczą,
Słońce szczodrze wytrząsa swoją gęstą grzywę
Na ludzi ospałych, na miasta leniwe.
Matka Boska się pławi w złocie i zieleniach,
Pustoszeją w święto narodowe więzienia -
Tak co roku nas lato spokojem kołysze,
Więc dlaczego przed strachem chowamy się w ciszę?
- Bo za oknem grzmot się ściga z błyskawicą,
W letnią burzę tańczą Wodnik z Topielicą -
Zakochani w zbrodni, ofiar wiecznie głodni -
Wodnik i Topielica, Topielica i Wodnik.


Skały spadały prosto w morze. W zasadzie można było nic nie robić, tylko siedzieć i patrzeć, jak słońce odbija się w falach. Słuchać, jak woda szumi i czuć, jak pachnie. A potem odwrócić się i zobaczyć szczupłą, wysoką postać schodzącą na brzeg.
- Jutro mam samolot.
- Wiem. Ostatni spacer na klify?
- Chodźmy. Będę strasznie tęsknić za Cape Wrath. Ale...
- Tęsknisz już za Krakowem?
- Jakoś nie mogę żyć bez Magdy.
- Nie rozumiem, ale szanuję – uśmiechnął się Marek. Olga dźgnęła go łokciem. Oddał.
- Ej, uważaj! Spadnę przecież!
Przez pociętą bliznami twarz mężczyzny przebiegł dziwny grymas.
- Nie spadniesz – odparł, obejmując Olgę za ramiona. - Nie spadniesz.
-------------
*Książka, którą Olga czyta, to oczywiście Oskar Kolberg, Sanockie - Krośnieńskie cz. I. Dzieła Wszystkie t. 49, jakkolwiek autorka nie może podać strony, ani zagwarantować, że cytaty nie uległy drobnym przekłamaniom.
**NGO – Non-Goverment Organization – Organizacja pozarządowa.

Słowniczek:
ça suffiret! - (fr.) dość!
I'm insane, what's your excuse? - (ang.) Ja jestem szalony, jaka jest twoja wymówka?
I need you outside. Now! - (ang.) Potrzebuję cię na zewnątrz. Natychmiast!
Look, I sparkle! - (ang.) Patrz, świecę się! (Bliżej zainteresowanych odsyłam tutaj, życzę miłej zabawy i nie zejścia na zakwik.)
Raisons personnelles... - (fr.) powody osobiste
recherches – (fr.) badanie, rozpoznanie
Watch out for her! - (ang.) Uważaj na nią!

_________________
Mogę robić rzeczy! Kilofem.

I saw God. She was black.

W tym tygodniu Arian poleca:
Północ
Wioska pod kocim ogonem

Autoreklama:
Dzika magia

Moje teksty w pdf


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 04 Kwi 2009, 13:17 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 30 Mar 2009, 15:05
Posty: 45
Miejscowość: Miasto z Morza i Marzeń
Płeć: Kobieta
Zakochałam się w tym tekście już podczas pojedynku. To Opowiadanie (tak, przez wielkie O!) z prawdziwego zdarzenia, jedna z ciekawszych historii, z jakimi zdarzyło mi się spotkać, przedstawiona wręcz po mistrzowsku. Czyta się lekko, zdania przelatują przez głowę płynnie jak stada kruków i misternie splatają się w sieć, która więzi czytelnika do samego końca.
Jest niezwykle dopracowane. Wszystkie postaci, choćby pojawiały się w tekście tylko na minutkę, są urzekająco prawdziwe, indywidualne, wielowymiarowe. Magda to moja absolutna faworytka, z łatwością jestem w stanie wyobrazić sobie, jakiego szału dostałabym z tak barwną współlokatorką; a choć tak ostro pokręcona, pozostaje przekonywująca, bo obok wesołej, nonszalanckiej natury ma problemy i płacze ludzkimi łzami. Marek na pierwszych zajęciach po prostu mnie przeraził - jeśli tak wyglądają studia, to już zaczynam się bać.
To samo, co mówiłam o postaciach, powtórzę w przypadku dialogów - są żywe, aż słychać głos każdego z rozmówców. Każdy z nich mówi inaczej, po swojemu. Widać, że były kształtowane od początku do końca z pietyzmem w zręcznych palcach.
Co do fabuły... Strzygi w środku Krakowa - mniam! Tak samo jak budzący dreszcze wieżowiec, doskonale uzasadniony wykładem o granicy i cała ta akcja, szybka, dynamiczna, gwałtowna... Gdybym nie była zahartowana przez niezliczone odcinki wszystkich serii CSI, chyba bym się osunęła z krzesełka i zemdlała w cichym kącie przy plastycznych opisach walki. Wieniec laurowy dla Autorki!
A jeśli wieniec za bitwę, to za wieszcze sny należy się chyba cały ogródek laurów.

Genialny tekst nie ustrzegł się wprawdzie przed szczyptą literówek i tych małych, interpunkcyjnych drani, ale proszę państwa, czym są komary, jeśli przed oczami rozpościera się zapierający dech w piersiach widok egzotycznej dżungli?
Kończąc ten pean, walę czołem w ziemię przed Autorką i z biciem serca czekam na więcej.

_________________
I am one of those melodramatic fools
---
Tomikowi ulubieńcy:
[Z balkonu nie schodź...]
Galatea

Moje:
Jesień na Skwerze P.
Cúchulainn
[Gdy wyroiły się tłuste kasztany]


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 04 Kwi 2009, 13:30 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 12 Mar 2005, 20:15
Posty: 590
Płeć: Kobieta
Nie wiem, czy pamiętasz, ale obiecałam Ci, że jak już zawiśnie na forum, to na pewno przeczytam :).

Demonicznie dobry tekst. Kapitalnie opleciony na piosence, która od dawna mnie niepokoi (Wodnik i Topielica, Topielica i Wodnik) i na dodatek bardzo zgodny z moimi wyobrażeniami o tym, jakie potworne rzeczy się robi na etnologii. Wprawdzie w życiu tam nie zajrzałam (bo się boję), ale kolega mi raz w czas relacjonuje zajęcia i sprawia, że boję się bardziej. Wierzę więc, że można zacząć szukać demonów pod łóżkiem, wierzę, że wszystko może zacząć się śnić. A opis wariackiego i pogodnego życia w akademiku wcale nie rozprasza ponurej atmosfery, bo wyłania się z niego ruda dziewczyna w zielonej sukience. Już teraz wiem, że te strzygi na pewno były w wieżowcu.

Taki romans niby, Arianku. Z happy endem. A efekt jest taki, że dzisiaj wieczorem dokładnie sprawdzę, czy aby nie mam czegoś pod łóżkiem...

_________________
Świstaki som Zue. Howgh.

Teksty zebrane: klik


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 14 Kwi 2009, 00:30 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 24 Sty 2005, 14:21
Posty: 23
Miejscowość: Białystok
Płeć: Nieokreślona
Na Forum wróciłam właściwie niedawno (szukałam czegoś odprężającego między zadaniami z matematyki a zadaniami z matematyki - matura...) i pierwsza dostrzeżona przeze mnie zmiana to dział Bruliony (świetna sprawa, Rowling i jej pochodne już jakiś czas temu mnie do siebie zniechęciły, a Forum mi brakowało - teraz mam po co tu wracać).
Jednym tchem wchłonęłam to Opowiadanie (podchwyciłam motyw z wielką literą, bo tak, taki utwór zasługuje na największe przejawy szacunku dla Autora), cały czas zastanawiając się, dlaczego ta historia jest tak krótka, przecież koncepcja niewątpliwie nadaje się na niemałą powieść (ja na pewno byłabym takową zainteresowana) - ale przy dużej objętości większe ryzyko niezamierzonego nawet marysuesizmu, czy tak? Piosenki - inspiracji nigdy wcześniej nie miałam okazji (teraz przyznam, że przyjemności) posłuchać i trochę żałuję, bo może dzięki temu całość dałaby nieporównywalnie lepszy efekt (wtedy komentarz byłby znacznie słodszy; podejrzewam że tu niemożliwe rzeczywiście by nie istniało ;) ).
Jakieś tam błędziki może i były, a może mi się wydaje (wszak nie wszystkie zabiegi artystyczno-literackie znam lub jestem w stanie pojąć). Pomijam, bo raczej nie umiem sobie przypomnieć konkretów ("Cztery pory niepokoju" czytałam parę dni temu).
Życzę weny.

Pozdrawiam,

Lypa


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 15 Kwi 2009, 14:33 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 24 Sie 2007, 19:03
Posty: 53
Płeć: Nieokreślona
No tak, tylko co ja mam Ci napisać.
Jak czytałam pierwszy raz to mnie zatkało. Bo się jednak nie spodziewałam, że może coś być tak bardzo, jak trzeba. Wszystko jest na swoim miejscu. Straszliwe, straszliwe strzygi, co mają zębiska, tajemnica, wycześni ghostbustersi, książę z bajki, co ma białego konia i bliznę na twarzy. Do tego idiotka, co lezie gdzie nie trzeba i ją ratują, przy tym to nie jej wina, tylko faceta, bo to w końcu zawsze jest ich wina:)
A że ślicznie i romantycznie i fantastycznie to sama wiesz, bo mi mówiłaś jaka jesteś świetna.
Plus dostałaś za numer pokoju, bo nigdzie nie było tak fajnie jak w 320:), choć często brakło drzwi, ale też często znajdowały się tam sterty wielce kolorowych ciuchów, zawsze mnóstwo fajansu, rammsteina też można było usłyszeć i Kaczmarskiego:/ zbyt często.
Czekam na więcej twoich tekstów, mam tu na myśli bajkę Zosi:P
Buziaki
Kaki

_________________
"Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa" Jane Austen "Duma i uprzedzenie"


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 18 Kwi 2009, 23:50 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 14 Paź 2008, 21:07
Posty: 131
Płeć: Kobieta
Podtrzymuję moją tezę - trudno jest napisać tę "parę zdań" o tekście dobrym, a o bardzo dobrym to już w ogóle.

Właściwie ja Ci wierzę. Wierzę, że w tym dziwnym budynku w Krakowie mieszkają strzygi, że to jest granica zwykłego z niezwykłym. I wierzę - czego zazwyczaj nie robię, bo jakaś taka drętwa jestem w tym zakresie - w Twoją Olgę o włosach szkockiej wiedźmy i Twojego Wereneckiego, a nawet w to, że im się "jakoś" ułoży. Nie wiem, dlaczego - może napisałaś to jakoś tak, że nawet mojemu odpornemu na romanse jestestwu chce się wierzyć, po prostu.
Pisali Ci już, że postacie, że język, że dialogi - i tak jest, zgadzam się w stu procentach. Ale mnie najbardziej oczarował Twój Kraków, ten spokój starego, czcigodnego miasta, te Planty nocą, ten niemal wyczuwalny w powietrzu chłód. Kraków to takie dziwne miasto, dziwne-magiczne, i u Ciebie to czuć.
I jeszcze świetne - sny Olgi, absurdalne, przerażające, zupełnie bez sensu, i takie przerażające w swoim bezsensie, że aż strach oddychać. Niby wiem, że pod moim łóżkiem nie ma potwora, bo za mało miejsca, ale...

Ale wiesz, co mnie w tym tekście rozbiło najbardziej? To, że ja też, siedząc sobie spokojnie na zajęciach (nawiasem mówiąc, z najnowszej historii Polski), usłyszałam pytanie, zadane śmiertelnie poważnym tonem: Widzieli państwo kiedyś demona? Nie? I nie wierzą państwo w demony? A widzieli państwo kiedyś DNA?

Sama widzisz, że poszło mi dość opornie. Spróbuję się streścić: jestem zachwycona. I śmiertelnie przestraszona. Udało Ci się.

M.

_________________
Dziękuję życiu. Dziękuję mu, życie to śpiew, życie to taniec, życie to miłość. To umiłowanie życia, to właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład buduję maszyny, a jutro… kto wie, dlaczego by nie, oddam się pracy społecznej i będę ot choćby sadzić, znaczy, marchew.


Mój lj


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 13 Maj 2009, 22:20 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 18 Kwi 2009, 09:54
Posty: 18
Miejscowość: BB
Płeć: Kobieta
Arian.
Nie wiem kiedy przeczytałam to opowiadanie, bodajże jakieś dwa, może trzy, tygodnie temu.
Ten tekst... Zaczarował mnie, ale chyba nie tylko dlatego to pisze.
Obudziłaś moje lęki, w efekcie co wieczór sprawdzam czy nie mam czegoś pod łóżkiem. Może to dziecinne, ale taka jest prawda.
I byłam w Krakowie... Nie pierwszy raz, ale bałam się jechać. To takie głupie.
Jesteś świetna w pisaniu i szczeze powiedziawszy, nie czytałam jeszcze nigdy czegoś, co spowodowałoby narodzenie się lęków, których nigdy nie miałam.
Pozatym, to co napisałaś jest czymś co trudno zapomnieć i choć przeczytałam je tylko jeden, jedyny raz to jakimś cudem w pamięci pozostały mi pewne urywki, fragmenty, które mogłabym cytować o 3 nad ranem, wyrwana z głębokiego snu.
I teraz wiem, że jeśli kiedykolwiek przeczytam coś równie wspaniałego to skomentuje to odrazu (jeśli będzie na jakimkolwiek forum!) i nie będę czekać tak długo.

Pozdrawiam i życze więcej takich tekstów.
Mod.

_________________
"...i miś na bujanym fotelu, podobny w swym ułożeniu do Stańczyka z obrazu Matejki.
- Kto to?
Patrzy na mnie uważnie, zanim powoli odpowie:
- Przyjaciel z dzieciństwa.
- Aha.Ma jakieś imię?
- "Przytul mnie".Tak zawsze do niego mówiłam."

'Rozmowa z Bajką' Jacob Kotowski


Ostatnio edytowany przez modemoiselle, 13 Maj 2009, 22:25, edytowano w sumie 1 raz

Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 29 Maj 2009, 21:35 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 01 Lip 2007, 12:32
Posty: 134
Miejscowość: Nibylandia
Płeć: Kobieta
Tekst przeczytałam już dawno i kilka razy zabierałam się za skomentowanie, ale jak widać z marnym skutkiem. Przyznam, że do tego tematu przyciągnął mnie jego tytuł, taki tajemniczy.
Zacznę od tego, co najbardziej mi się spodobało. Otóż, to chyba można było przewidzieć, że Marek. Fantastyczna postać, świetny facet. Blizna dodaje mu tylko charakteru. I jest to połówka blizny Jokera, którego ubóstwiam (Bruce’a również xD). Dodatkowo kojarzy mi się z Erikiem Bana, co potęguje moje uwielbienie do Werenckiego. Olga, choć postać sympatyczna nie wzbudziła mojego zainteresowania, tak jak on. W Krakowie byłam raz, ale to zdecydowanie za mało, by poznać miasto i wszystkie jego uroki. Ale Ty tak pięknie wszystko opisałaś. A i wspomnę jeszcze o tej scenie, gdy Olga spotkała Marka w nocy na błoniach. Takie to niewinne, a ja się w tym zakochałam.
Chyba już skończę, bo nic poza tym, że bardzo, bardzo, bardzo mi się spodobało, nie napiszę. Fakt, kilka literówek było, ale one nie przeszkadzały, jeżeli ktoś pogrążył się w czytaniu.
Więcej! Więcej! Więcej!

Pozdrawiam,
Add

_________________
Kiedy wszystko jest do bani, warto się zabawić.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 14 Cze 2009, 00:57 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 20 Maj 2009, 09:49
Posty: 11
Płeć: Kobieta
Najbardziej w całym tekście podobał mi się pierwszy fragment, ten jesienny, konkretnie do momentu, kiedy Magda wyjechała. Było tak normalnie, spokojnie i niewinnie, i wszystko wskazywało na to, że mimo niepokoju w tytule to będzie taka sympatyczna miniaturka w sam raz do przeczytania w sobotnią noc. I naprawdę nie spodziewałam się, że po tej "sympatycznej miniaturce" będę przerażona i pisząc komentarz, będę co chwilę odwracać się nerwowo i spoglądać w ciemne kąty pokoju i wypatrywać tych różnych stworzeń... Ja i fantastyka nie lubimy się za bardzo, także trochę żałuję, że cały tekst nie był utrzymany w stylu właśnie tym początkowym. Ale to nie znaczy, że się nie podobało. Strasznie wciągające i klimatyczne. I najbardziej w całym tekście podobały mi się te opisy Krakowa na początku - aż sprawiły, że chciałabym wreszcie tam pojechać i się przekonać, czy to faktycznie takie piękne miasto, jak mówią. Ale jeśli już tam zawitam, z pewnością będę omijać szerokim łukiem Rondo Mogilskie i ten okropny wieżowiec ;)

Pozdrawiam,
N.


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Cztery pory niepokoju
 Opis: pojedynkowe
PostWysłany: 03 Sie 2009, 22:26 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 01 Lip 2005, 19:30
Posty: 95
Płeć: Kobieta
I. Wstęp.
Szykuję się do skomentowania tego tekstu już od czasu, kiedy zawisł w temacie pojedynkowym. Może nawet wcześniej, bo czekałam na niego od momentu, gdy dojrzałam wyzwanie i byłam bardzo rozczarowana, że nie odbył w pierwszym terminie ze względu na walkower. No, ale nic, wreszcie dostał się w moje łapki, chyba nawet w klubie pojedynków oceniałam, to jednak nie to samo co taki prawdziwy komentarz… więc szanowna Autorka musi się przygotować na kolejną porcję madlenkowego zrzędzenia, bo Madlenek ostatnio wzięła się na poważnie za komentowanie i cierpi na słowotok w stadium zaawansowanym.
Otóż Madlenek w tym opowiadaniu się zakochała i było madlenkowym ulubionym opowiadaniem Arianowym, dopóki oczywiście nie przeczytała „Komu milczy dzwon”, nie oznacza to jedna, że Madlenek rzeczony tekst przestał kochać. Kocha go ciągle, nieustająco i równie mocno, chociaż tamten kocha jeszcze mocniej. Dlatego jeśli Autorka oczekuje komentarza konstruktywnego, pewnie się rozczaruje, bo Madlenek takimi opowiadaniami to tylko zachwycać się potrafi, ot i nic więcej. W dodatku Madlenek pisze komentarz na bieżąca czytając historię (po raz kolejny zresztą), więc zapewne wyjdzie dość długi i w dodatku bardzo, bardzo chaotyczny.
No to może go podzielimy na pięć części. Zaraz sobie na górze pierwszą część oznaczę. Tak chyba wyjdzie odrobinę bardziej przejrzyście. Odrobinkę.

II. Jesień.
Początek niby taki zwyczajny, a jednak już on coś w sobie ma. Sam opis akademika w Krakowie i różnic pomiędzy nim, a tym warszawskim wywołał uśmiech na moich ustach. Zresztą lubię opowiadania z akcją osadzoną w naszej dawnej stolicy, od zawsze darzą ją wielką sympatią, a już zwłaszcza ostatnio, w związku z tym, że wkrótce będę tam studiować. Dodatkowo sam napis na drzwiach pokoju przypadł madlenkowi do gustu, bo już dawał niejakie pojęcie o osobie, która będzie współlokatorką Olgi. Ha, moja imienniczka! Nic dziwnego, że jest trochę szalona. Widać to jakoś się przenosi droga… imienną. Sprawnie napisany początek i osoba Magdy zachęciłyby mnie z pewnością do dalszej lektury, gdyby nie to, że zwykle rzucam się na wszystkie opowiadania tej konkretnej Autorki, więc już byłam wcześniej zachęcona.
Ha, pojawia się Marek. Kolejne opowiadanie autorstwa Arianrod, w którym pojawia się człowiek z blizną na twarzy. Był w Komu milczy dzwon, w Białej Pani, a chyba także w Szałwi. Widać, że Autorka ma do tego motywu słabość, notabene przez nią ja też zaczęłam lubić takich panów. Marka zresztą trudno nie lubić, jako bohatera oczywiście, bo jak się jest uczennicą i trafia się na takiego profesora, to można pomyśleć, że Pech nagle postanowił być złośliwy. Strasznie wymagający, aż zbyt surowy i w dodatku niemożliwie wredny. No dobrze, może ma powody, ale takim nauczycielom większość uczniów życzy złamania nogi na prostej drodze.
Fragmenty z Markiem zresztą szczerze uwielbiam. Już ten pierwszy wprowadza aurę tajemniczości. Jakież to wygnanie? Dlaczego Marek przejmuje się jakimś starym budynkiem? Z kolei kolejny, spotkanie z Olgą na błoniach, wydaje mi się taki nastrojowy i osobiście uważam do za jedną z lepszych scen tekstu, nawet, jeśli ktoś będzie mówić, że to przewidywalne i za słodkie. Już zdanie o włosach jak pożar, jak szkocka wiedźma, mnie kupiło. A gdyby tego nie zrobiło, to na pewno udałoby się ostatniemu akapitowi tego tekstu. Kolor, który coś przypomina Markowi, choć on nie wie co i dopiero później uświadamia sobie, że taką barwę miało morze uderzające o skały Cape Wrath. Uwielbiam to zdanie.
Wyjazd w góry w wykonaniu Magdy. Lubię tę postać, jest taka żywa i energiczna, nawet, jeśli nieraz się takie spotyka w różnorodnych opowiadaniach, to tutaj wydaje się być szczególnie barwna. Olga jest… w porządku, ale nie powiem, żebym jakoś szczególnie ją lubiła. Podczas gdy ona wydaje się może nie szara, ale lekko zielonkawa, jej współlokatorka jest kolorowa. (A tak jak już plotę takie nonsensy, to do Marka pasuje oczywiście czerń płaszcza powiewającego na wietrze i stalowoszary kolor morza w chmurny dzień. Tak, tak, wiem, jestem szalona.)
Pierwszy sen Olgi. Tak samo jak pozostałe, jest bardzo nastrojowy. Wieża, która dzieli świat na dwie połowy, wrzosy i niebo, nie wiadomo, gdzie jest granica między ziemią a niebem, kruki i jeźdźcy na koniach. Świetnie nakreślony obrazek, a że Twój styl jest absolutnie genialny, z łatwością tworzysz odpowiedni klimat, tajemniczy, pełen niepokoju. „Ciemność ma kształt kruczych skrzydeł.” Dlaczego ja właściwie lubię takie zdania? No lubię i już, nic na to nie potrafię poradzić.

III. Zima
Parę słów o zimowym Krakowie. Niby niewiele, ale jakoś w tym tekście przemycasz opisy tego miasta, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że akcja toczy się w próżni, świat jakoś nabiera ostrości i wydaje się taki prawdziwy. Właśnie dzięki akademikowi Żaczek, krakowskim błoniom, chodnikom, na których łamią się obcasy i brudnemu śniegowi, w którym czai się smutek. Dzięki temu świat przedstawiony jest bardzo realistyczny, co także staje się dużą zaletą opowiadania. Twój Kraków jest dla mnie w tym momencie prawdziwym i jedynym słusznym.
Biedna Magda z chandrą i biedna Olga, która dlatego, że chciała pomóc koleżance, padła ofiarą nieuzasadnionej złości profesora. Rozważałam już, skąd mu się wzięła ta irytacja i różne wersje przychodziły mi do głowy, najbardziej prawdopodobna wydaje mi się ta, że zdenerwował się, bo ona była roześmiana i wyglądała na radosną, kiedy on siedział sam tuż obok. Ale równie dobrze mogło chodzić o coś zupełnie, zupełnie innego, bo takich osobników jak Marek trudno rozgryźć. Zaczęła odpowiadać dobrze, ale ten już sobie założył, że była na piwie, więc nieprzygotowana. Ach, taki wykładowca to nieszczęście dla każdego studenta. Z drugiej strony łatwo zrozumieć, dlaczego Olga zaczyna się w nim zakochiwać.
Ulubiona doktryna Magdy. Faceci się beznadziejni. Hej, sama to ciągle powtarzam. Przy okazji bardzo podoba mi się jej komentarz „Ale to nie powód, żeby wybierać tego najbardziej beznadziejnego”. Kolejna rzecz, która podoba mi się w tej historii, bardzo zgrabne połączenie elementów fantastycznych z takimi zupełnie zwykłymi, jak właśnie dwie młode studentki rozmawiające o przystojnym wykładowcy. Tak ładnie wpleciony motyw Szkieletorka do ich rozmowy o nauce. (Protestowanie przeciwko Słowianom też mnie urzekło. Uwielbiam takie dialogi w opowiadaniach.)
Egzamin i występ Olgi w sukience, która jest po pierwsze za krótka, po drugie za krótka, po trzecie za zielona i za krótka. Przypomina mi to nieco moje własne podejście do spódnic, do których noszenia zawsze przekonuje mnie mama. Wspominałam już, że Olga nie wydaje się specjalnie niezwykłą postacią, prawda? To teraz dodam jeszcze, że jest za to bardzo realistyczna. Z łatwością potrafię uwierzyć, że gdzieś istnieje taka dziewczyna. Jej charakter, zachowanie, to wszystko jest bardzo prawdopodobne.

IV. Wiosna
A wraz z wiosną nadchodzi parę odpowiedzi. Nawet bardzo dużo odpowiedzi. Wreszcie dowiadujemy się, o co chodzi z tym całym Szkieletorem, dlaczego „ekolodzy” buntują się przeciwko jego remontowi, dlaczego Marek przejmuje się tym budynkiem, a nawet dlaczego śni się Oldze. Ale o tych snach to później, bo chwilowo jestem jeszcze prawie na początku tej części. Najpierw wspomnę jeszcze o tej lekcji demonologii i słowach Olgi odnośnie wieżowca. Jakoś zapadły mi one w pamięć. Nigdy nie stał się tym, czym miał być. Choć nie wypełnił przeznaczonych mu zadań, już popadł w ruinę. Od chwili, gdy przeczytałam ten tekst, takie skojarzenia nawiedzają mnie za każdym razem, gdy przejeżdżam obok takiej hali w okolicy, z którą jest bardzo podobnie. Widzisz, Autorko, Twój tekst poważnie na mnie wpłynął, bo nie zbliżyłabym się do niej w nocy za żadne skarby świata. Za dnia chyba też nie.
Zbliżamy się do sceny finałowej. Olga ukazuje nieco charakteru (skopanie fundamentu budynkowi? Podoba mi się!), a potem walka w wieżowcu. Właściwie chyba nie potrafię jakoś sensownie jej skomentować (jakby cokolwiek w tym komentarzu było sensowne…), więc od razu przejdę do tego fragmentu, w którym Olga zostaje ranna. Może i wydawać się takie typowe dla romansu, ale mi bardzo się podoba jej rozmowa z Markiem. Nie spadniesz. Nie, teraz nie spadnę.
Można powiedzieć, że wszystko się wyjaśnia i bardzo mnie cieszy, że te wyjaśnienia trzymają się kupy. Fabuła wydaje mi się przemyślana, świetnie poprowadzona i w dodatku intrygująca. Cały motyw Szkieletora, tej dziwnej Markowej grupy oraz jego hm, romansu z Olgą - to wszystko bardzo zgrabnie łączy się w jedną całość. A końcowy fragment z Wiosny mi osobiście przypadł do gustu i już. Ktoś może powiedzieć, że wyszło za słodko, ale ja uważam, że jest dokładnie tak, jak być powinno.

V. Lato i podsumowanie
Scenka będąca niejako epilogiem. Można to chyba nazwać pewnym happy endem, a ja jestem z tych, którzy uwielbiają happy endy. Jednocześnie tej króciutki fragment wydaje mi się taki wymowny, choć może źle go odczytuję. Od tej pory Oldze nie raz jeszcze zagrozi spadnięcie w dół, a Marek świetnie zdaje sobie z tego sprawę. I chyba ma zamiar postarać się, żeby do tego nie dopuścić. Oby mu się to udało. W każdym razie jest to idealne miejsce do zakończenia tego opowiadania, tam, na skałach Cape Wrath.

Podsumowując?
Tekst jest bardzo dobry. Z ciekawą fabułą, świetnymi bohaterami, wspaniałym światem przedstawionym, w dodatku napisany ładnym stylem. Posiada też taką specyficzną atmosferę, mieszankę tajemnicy, tych wrzosów, ciemnej ruiny, kryjącej w sobie mroczny sekret, śmiechów studentek, stukotu obcasów na krakowskim bruku. Tytuł wydaje się też bardzo pasować do opowiadania, ponieważ rzeczywiście, wzbudza nieco niepokoju. Podejrzewam, że podobnie jak to podsumowała moja poprzedniczka, będę omijać szerokim łukiem ten wieżowiec. A skoro jakieś opowiadanie jest w stanie zmusić czytelnika do takiego zachowania, to znaczy, że jest naprawdę wspaniałe.

Pozdrawiam i życzę weny.
Madlen.

_________________
- Ale ja nie chcę wchodzić między szaleńców.
- Nic na to nie poradzisz. - powiedział Kot - Tu wszyscy jesteśmy szaleni. Ja jestem szalony, ty jesteś szalona.
- Skąd wiesz, że jestem szalona? - spytała Alicja.
- Musisz być, inaczej nie przyszłabyś tu.


Góra
 Profil  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group