Powiem krótko: bardziej proza, mniej humorystyczna, romans, proszę czuć się ostrzeżonym.Mopsy panny Parkinson
Stary hrabia Parkinson, czując zbliżającą się śmierć, zezwala na powrót ze szkół do domu swej jedynej wnuczki i dziedziczki majątku – Pansy. Pansy okazuje się dziewczyną niezbyt piękną, ale inteligentną i dowcipną. Nad jej dzieciństwem i życiem ciążą winy matki - arystokratki węgierskiej - pięknej Gwendoliny. Wszystko to dzieje się w starym feudalnym zamku Revenau... który słynie także z duchów. Tutaj właśnie Pansy nawiązuje romans z Ronaldem Weasleyem i przeżywa wielką miłość swojego życia, tutaj też poznaje zło i przewrotność tego świata. Zanim osiągnie szczęście, bohaterka musi wylać wiele łez, dojrzeć wewnętrznie i wtedy okazuje się, że najtrafniejszy jest pierwszy poryw serca.
***
Pansy stała i wpatrywała się w ścianę ciemnego lasu.
Może nie aż tak ciemnego i nie całkiem ścianę, w każdym razie ten widok i tak budził w niej grozę. Strach. I inne, dreszczogenne uczucia. Takie miejsca zawsze były pełne błota, niebezpiecznych stworzeń i atakujących znienacka nietoperzy. Tak, Pansy miała za sobą wycieczkę do Zakazanego Lasu, i
niedziękujęnigdywięcejDraco!
W liście od adwokata hrabiego Parkinsona stało, że wspaniały, feudalny pałac otoczony jest nie tradycyjną fosą, ale lasem – a dokładniej Borem Merlina. I strefą antyaportacyjną o promieniu ponad trzech mil. Pansy nie była głupia, ale aż takiego przerysowania się nie spodziewała.
Wcale jej nie zdziwił widok nadjeżdżającej karety, ciągniętej przez – wprawdzie bardzo wychudzone – ale kare konie. Na koźle siedział jednak bardzo niepozorny staruszek w czapce-uszance i szaliku, spod którego wystawał tylko czubek spiczastego nosa. Zdawał się coś mamrotać, ale Pansy wystarczył widok otwierających się drzwiczek, żeby wskoczyć do powozu. Chociaż jeden problem rozwiązany.
Wnętrze karety nie zachwycało. W lewym rogu wisiała gęsto ozdobiona korpusami much pajęczyna, okna były pokryte grubą warstwą kurzu, niesamowicie trzęsło i Pansy po raz kolejny zaczęła rozważać, dlaczego w ogóle postanowiła postąpić zgodnie z zaleceniem pana M. E. Fairmana. Ach, tak, spadek. Po dziadku, który wciąż żyje, jednak twierdzi, że jego czas na tym padole kończy się i zbliża do ostatecznego rozwiązania. A Pansy jest jedyną, po jego świętej pamięci synu i jego nieświętej pamięci, wciąż żywej, byłej żonie, spadkobierczynią. Stary hrabia postanowił wybaczyć synowi błąd młodości, jakim był związek z tą panną Horthy, zdradliwą, ale piękną węgierską arystokratką, która urodziła córkę, szwindlowała męża i zniknęła, by więcej nie powrócić. Zaprzepaściła karierę ojca Pansy i doprowadziła do tego, że zerwał wszystkie więzy łączące go z rodziną, a zwłaszcza zaborczym ojcem. Pozostawiła po sobie dziecko o czarnych jak smoła włosach i gęstych, ciemnych brwiach, które może na smagłej cerze panny Gwendoliny wyglądały dystyngowanie, ale drobną twarz Pansy przytłaczały na tyle, by na stałe zagościć w jej koszmarach.
Jednak teraz nareszcie Pansy mogła upomnieć się o swoje, należne jej wraz z krwią i nazwiskiem, i naprawdę potrzebne, choćby na opłatę tego kursu w Mungu, niezbędnego do kontynuowania uzdrowicielskiego szkolenia. Po zakończeniu wojny z Czarnym Panem odwrócili się od niej wszyscy, nawet Malfoyowie. Utrzymywała kontakt z Draco, ale to nie było już to samo. Pansy była dla wszystkich ciężarem i przypomnieniem o błędach młodości, symbolem największego zła w tym nowym, post-voldemortowskim świecie, w którym nikt nie rozumiał idei zdrady. Cóż, Potter nie był jej przyjacielem, mogła go zdradzić i wciąż utrzymywała – chociaż nikt jej tak naprawdę nigdy nie spytał – że to byłoby większym dobrem, i że jeśli Potter miał wygrać, to i tak by wygrał, a chociaż dziesiątki ludzi mogłyby przeżyć.
Chyba że by przegrał. Cóż, wtedy jednak Pansy i tak byłoby na wierzchu, prawda?
Lecz nikt jej nie słuchał, nikt jej nie rozumiał. Pansy była żałosna i, na Merlina, czy to Revenau?
Przetarła szybkę i w tej samej chwili powóz zatrzymał się z dźwiękiem zwiastującym, że coś pękło. Prędko otworzyła drzwi i wyskoczyła, jak się okazało – w ostatniej chwili. Tylne koła odpadły, ale resztki karety wraz z woźnicą wciąż się toczyły, by zaryć się w błoto na tyle głęboko, że nawet półżywe szkapy zorientowały się, że coś się stało.
- Szlag, no, szlag! – Staruszek zwlókł się nieporadnie z kozła i przyjrzał uszkodzeniom. – Co za szajs! Ale już nie daleko, damy radę, dziecko. Pomóż mi odczepić te biedne stworzenia i przejdziemy się spacerkiem do zamku.
Pansy wytrzeszczyła oczy.
-
Ja mam zająć się końmi? – Tupnęła oburzona, ochlapując się błotem i czując, jak wlewa się jej do trzewików. Tak, to musiał być koszmar. Nawet sceneria się zgadzała.
Zamek bowiem zrobił wrażenie nawet na niej, uczennicy Hogwartu i bywalczyni posiadłości Malfoyów, Zabinich i Turpinów.
Stał na szczycie wzgórza, czarny i gotycki, o wysokiej, wąskiej wieży, na szczycie której zdawała się powiewać jakaś flaga. Jeśli Pansy pamięć nie myliła – zapewne powinna przedstawiać Czarnego Mopsa w Nowiu.
***
Kiedy była mała, ojciec często opowiadał jej na dobranoc o czasach świetności brytyjskiej czarodziejskiej elity. Niektóre były faktycznie bajkami – jak ta według której król Artur tak naprawdę nie kochał Ginewry, ale Keirę Parkinson, okrutnie zamordowaną przez kogoś tam – ale inne wydawały się prawdziwe.
W tej chwili wiedziała, że ta o mopsach bojowych Parkinsonów – była prawdą. Jeden z nich właśnie dyszał jej w twarz i –
proszę, proszę, proszę, niech ta ślina nie wyląduje na mojej twarzy…! Cóż, płaszcz. O płaszcz nie dbała. Za bardzo.
- Złaź, głupi bydlaku, już! – wrzasnął staruszek i machnął różdżką. – Niech to, ten nowy psiarczyk wcale sobie z nimi nie radzi, ja mu dam… Na szczęście hrabia Erasmus zapowiedział mi już wcześniej, że spotka się z tobą dopiero jutro. Albo kiedyś tam, przy okazji.
Pansy wzięła głęboki oddech i wstała.
- Kiedyś tam?
Staruszek poprawił szalik.
- Problemy ze słuchem?
Była pewna, że pod tą szkocką kratą ukrywa szczerbaty, złośliwy uśmiech, idealnie pasujący do jego złośliwych, brązowych oczu. Naprawdę zaczynała sądzić, że może jednak trzeba było poczekać te parę miesięcy do śmierci hrabiego, sprzedać posiadłość i niczym się nie przejmować, ale…
Och, tak. Pansy była sentymentalna i romantyczna, i już miała wizję, jak wspaniale okolica musi prezentować się w świetle księżyca. Idealne miejsce na urządzenie balu w Noc Duchów. Albo w Noc Walpurgii. Albo chociażby w Walentynki!
Stanęli przed wysokimi drzwiami. Były wspaniałe. Równie przerysowane, co reszta zamku, a nawet bardziej – kołatka miała kształt głowy wściekłego mopsa. Dla takiego znawcy kiczu, jakim Pansy śmiała się nazywać, było to prawdziwe dzieło sztuki rzemieślniczej, być może wykute własnoręcznie przez któregoś z Parkinsonów.
- To są właśnie odrzwia, zwane także głównym wejściem, khm. Nie używa się ich od ponad trzystu lat, odkąd hrabina Vera zamieniła ich wewnętrzną część w ścianę. Przez przypadek, oczywiście, kiedy to kochanek jej najstarszej córki postanowił wedrzeć się w sprytny sposób do środka.
Pansy zmarszczyła brwi. Spojrzała na odrzwia, a potem na staruszka.
- A ten
sprytny sposób zakładał wjechanie do środka na rozpędzonym rumaku? – zapytała z niedowierzaniem.
- To nie był zbyt inteligentny młodzieniec, nieprawdaż? Proszę podążać za mną, wejdziemy drugim, mniej efektownym, ale i mniej zdradzieckim wejściem.
***
Wewnątrz nie było tak źle. Długie, drewniane korytarze, jakby tylko czekające, by zająć się ogniem z wielce
artystycznych kinkietów, żyrandoli i kominków, skrzypiące podłogi, setki drzwi, czyli pierwsze wrażenia z nowego domu. Odkrycie gorącej wody i wspaniałej wanny w łazience – starszej i drobniejszej wersji tej z Łazienki Prefektów – bardzo poprawiły jej samopoczucie.
Leżała pod puchową kołdrą, czując jak powoli, po cichutku w jej stronę nadchodzi sen… Piękne marzenia o przyszłości jako hrabiny Parkinson, zazdrosnych spojrzeniach panienek Greengrass, odrzucaniu oświadczyn zdesperowanego Dracona…
- Ojej, brzydka. – Usłyszała piskliwy głos.
- To na pewno córka Remigiusa? – dorzucił tubalnie jakiś mężczyzna.
- Jakiego Remigiusa, Roy! Remigius straszy w piwnicy od ponad pięćdziesięciu lat, to córka Granta! – Uciszył mężczyznę jeszcze inny, dziecięcy głosik.
Pansy otworzyła oczy. Nachylały się nad nią cztery duchy.
- O, patrz, ma oczy Elizy! – zapiszczał z uciechy duch tłuściutkiej kobiety obwieszonej biżuterią.
Dziecko było chłopcem o zaczesanych do góry włosach i bardzo zadartym nosie, a dokładniej – dwoma chłopcami. Chyba że Pansy zaczynała widzieć podwójnie. Po drugiej stronie łóżka za to znajdował się duch mężczyzny w średnim wieku, całkiem zwyczajnego, jeśli nie liczyć blizny na gardle. Wszyscy przyglądali jej się z zainteresowaniem.
Zamknęła oczy. Wdech. Wydech.
- Kim, na Merlina, jesteście? – zapytała bardzo spokojnie.
- Duchami tego zamczyska, ho, ho, ho, a kimże by innym, dziewczyno? – odparł mężczyzna i Pansy poczuła na swoim czole zimny dotyk jego dłoni.
Trzeba było posłuchać rozumu i zostać w domu. Stanowczo.
***
Następnego dnia wstała rano, ubrała się i umalowała, żeby zrobić na Panu Dziadku Hrabim Erasmusie Parkinsonie Trzecim dobre wrażenie. Następnie wyszła z pokoju, skierowała się w stronę jadalni, zjadła śniadanie i czekała cały dzień w bibliotece – pełnej starych, zakurzonych książek, które mówiły jej, że wstręt do literatury pięknej odziedziczyła po przodkach – zabawiana przez duchy.
- Niestety, hrabia dzisiaj się z tobą nie spotka, dziecko, i, proszę, nie mów mi, że siedzisz tu od czterech godzin. – Staruszek obudził ją z drzemki w wygodnym, wielkim fotelu.
Dopiero po chwili dotarły do niej jego słowa. Spojrzała na zegarek nieprzytomnie.
- Siedzę i tracę tutaj mój cenny czas, który przecież mogłabym spożytkować na… na, ym, na moje bardzo poważne studia, a hrabia dziadek nie ma zamiaru się zjawić i łaskawie przywitać ze swoją jedyną spadkobierczynią, tak? – zawołała, wstając.
- Dokładnie! Pojętna z ciebie dziewucha, chociaż żadna piękność, bez urazy – odparł z błyskiem w oku starzec, a Pansy doznała déjà vu.
***
Minął tydzień, a Pan Dziadek Hrabia Erasmus wciąż się nie objawił Pansy. Konkluzja Pansy: dziadek nie żyje, a to wszystko jest moje i,
skrzacie, gdzie ta gorąca czekolada?!
***
Pansy dosłownie umierała z nudów. Zamek był nudny, pełen duchów i pokoi wypełnionych dziwnymi sprzętami. Może gdyby była kilka lat młodsza, potrafiłaby znaleźć rozrywkę w zwiedzaniu ich wszystkich, ale niestety – nie dane było jej cofnąć się w czasie. Tak więc po odkryciu biblioteki, jadalni i wspaniałej sali balowej – która wyglądała na nieużywaną od stuleci, ale Pansy postanowiła szybko naprawić ten błąd, jak tylko to wszystko będzie
jej – straciła zapał do czegokolwiek.
Właśnie siedziała przy oknie i podziwiała okolicę. Nie to, żeby było tam co podziwiać – cholerny Bór Merlina, trochę gliniastego błota, parę łysych krzewów i kraczących mrocznie kruków – ale Pansy czuła dumę. To wszystko będzie jej, to jej dziedzictwo, ach, jak ona się tym zajmie, zaprzęgnie skrzaty do pracy…! Wampiry mogą się schować przy Revenau. Jej posiadłość – była tego pewna – nieraz zagości na okładce „Gotyk, mrok, nieśmiertelność”.
Ale, chwila, kto tam idzie…?
- Hej, Lucas, Marcus, czy to drwal? Mamy drwala? – Zafascynowana wpatrywała się w sylwetkę wysokiego mężczyzny z różdżką w ręku, psem przy boku i kupką drewna lewitującą trzy kroki za nim.
Duchy wspięły się na parapet obok niej i przykleiły półprzezroczyste noski do szyby.
- Nic o tym nie wiem… - mruknął Marcus, którego Pansy rozpoznawała po tym, że nosił kamizelkę w kratkę, kiedy Lucas preferował poziome pasy.
- Ostatni gajowy odszedł w tysiąc dziewięćset czternastym… Jeśli mnie pamięć nie myli – dodał Lucas.
- Czyli… on kradnie moje – znaczy, nasze – drewno? – Pansy wyciągnęła różdżkę z zawziętą miną.
- Nie, nie! – Rozległ się pisk. – Panienko Parkinson, to wina Lusi, Lusia przeprasza, nie powinna była się zgodzić, żeby jej i Frycowi pomagano w pracach domowych! Zła Lusia, panienko Parkinson!
Skrzatka leżała plackiem na podłodze. Obok niej stała taca z gorącą zupą.
- Wstawaj – Pansy poleciła, powracając do obserwowania mężczyzny. – I powiedz, kto to jest, a może cię nie ukarzę.
Skrzatka zachlipała.
- Panienka jest taka dobra, taka dobra…! – zaczęła szlochać, ale kiedy Pansy spojrzała na nią lodowato ucichła. – To nowy pan psiarczyk, panienko. Strasznie nalegał, żeby pomóc, powtarzał coś o pchłach, Lusia naprawdę nie mogła nic zrobić! Lusia zgodziła się tylko dla świętego spokoju, panienko! Och, głupia, głupia Lusia!
Ach, tak. Psiarczyk. Pansy jeszcze raz spojrzała na mężczyznę i zeskoczyła z parapetu. Powinna obejrzeć psiarnię, w końcu mopsy bojowe Parkinsonów są częścią dziedzictwa. Zresztą, Pansy zawsze lubiła zwierzęta. Jeśli akurat nie wgniatały ją w błoto i nie zamierzały utopić jej w swojej cuchnącej ślinie.
Podniosła tacę z zupą i szturchnęła czubkiem buta skrzatkę.
- No już, wstawaj i wracaj do roboty, skrzacie. Nie musisz się karać, to nie była twoja wina. A z psiarczykiem porozmawiam sobie sama. I cicho już!
Skrzatka zalała się łzami, kiwnęła głową i zniknęła.
- Oj, oj, jesteś dziwna, wiesz? – Lucas spoglądał na nią ze zdumieniem. – Ze służbą trzeba twardo.
- Jedno „znaj łaskę pana” za dużo, a potem w środku nocy budzisz się z poderżniętym gardłem i hasłem „Skrzaty wszystkich krajów, łączcie się!” wypisanym własną krwią nad głową. – Marcus pokiwał głową. – Zapytaj Roya.
Pansy wzruszyła ramionami i zaczęła jeść zupę.
***
Padało. Wiatr wył w korytarzach i jakiś duch łkał mu do wtóru. Mimo ognia w kominku, grubej pierzyny i zmęczenia po całym dniu spędzonym na poszukiwaniu psiarni, Pansy nie mogła zasnąć. Także staruszek ani razu się nie pokazał. Może naprawdę Pan Dziadek Hrabia umarł? Gdyby nie duchy, Pansy mogłaby powiedzieć, że czuje się osamotniona.
Roy siedział przy ogniu.
- Kiedy wkładam dłonie w płomienie – nagle powiedział. – Prawie czuję ich ciepło. Ach, życie po śmierci jest takie fascynujące, nie sądzisz?
- Mhm – mruknęła Pansy, chociaż wcale nie podzielała jego zdania. Być na ziemi i nie żyć, nie móc cieszyć się smakiem potraw, pieniędzmi, ciepłem innych ludzi, co w tym przyjemnego?
Nagle rozległ się mrożący krew w żyłach wrzask. Pansy wyskoczyła z łóżka przerażona.
- Słyszałeś to? – zarzuciła na siebie szatę i wyciągnęła różdżkę.
- To tylko ciotka Phillis. Umarło się bidulce w podobną noc. Czasem tak krzyczy, nie ma się czym przejmować, naprawdę.
Pansy usiadła w fotelu. Wiedziała, że nie uśnie, nie po czymś takim. Krew huczała jej w uszach, a serce biło jak oszalałe.
- Wychodzę – oznajmiła po chwili. – Muszę napić się mleka.
- Możesz wezwać skrzata. – Roy zmarszczył czoło i wykrzywił usta. – Chociaż nie wolno im ufać, pamiętaj. Pewnego dnia…
Pansy nie usłyszała nic więcej. Otoczyła ją ciemność.
***
Bolała ją głowa.
Poza tym – było jej ciepło, a przez powieki przebijał się blask pomarańczowego światła. Czyżby żyła? A właściwie, to czemu miałaby nie żyć? Ach, no tak. Straciła przytomność. I gdzie jest jej różdżka, na Salazara?!
- Chyba jej nie zabiłem, nie? Jeszcze nikogo nie zabiła jedna
Drętwota. No, może oprócz Syriusza, ale to całkiem inna sprawa. – Usłyszała znajomy głos. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd go znała, ale nie miała wątpliwości, że należy do osoby, którą…
- Kto by pomyślał, że w jakimś zamku na końcu świata spotkam tę ślizgońską żmiję, nie, piesku?
Pansy otworzyła oczy i usiadła.
- Kogo ty nazywasz ślizgońską żmiją, ty…! – wrzasnęła.
W fotelu siedział rudowłosy, piegowaty, chudy Weasley i głaskał po głowie jednego z mopsów Parkinsonów.
- Na Salazara, czekaj, nic nie mów! – zaczęła się śmiać, chociaż nadal huczało jej w głowie. – Weasley, nie, naprawdę! Muszę napisać o tym Draco, umrze ze śmiechu, to jest po prostu genialne!
Z głębi gardła psa wydobył się ostrzegawczy warkot, ale Pansy go zignorowała. Opadła na poduszki i zaczęła kaszleć.
- Co jest takie genialne, zdradziecka żmijo? – zapytał Weasley.
- Wypraszam sobie tę zdradziecką, o pomocniku Wybrańca! Nigdy nie byłam po waszej stronie, więc jak niby mogłam was zdradzić? – szepnęła, ocierając łzy z oczu. – A jeśli nie wiesz, co mnie tak śmieszy, to naprawdę chyba wyrobiłam sobie o tobie za wysokie zdanie przez te wszystkie lata. Razem z waszym zwycięstwem ten świat zszedł na psy.
Zachichotała z własnego dowcipu, którego Weasley zdawał się nie pojmować. Na Merlina, że też ona mogła się kiedykolwiek durzyć w kimś takim…! Ale wtedy była młoda i głupia, Draco zajęty wypełnianiem poleceń Czarnego Pana, a Zabini wzdychaniem do siuśki Weasley. Tak, mieć szesnaście lat to przekleństwo.
- Chodzi ci o to, że zostałem psiarczykiem? – Po chwili jego twarz zjawiła się nad nią. Och, te oczy. Ronald Weasley miał najbardziej niebieskie oczy na świecie. A jego włosy w blasku ognia przypominały mahoń. I te piegi! Pocałunki słońca, tak to określał Blaise?
- Zostałeś psiarczykiem mopsów bojowych Parkinsonów!
Moich mopsów!
Moim psiarczykiem, Weasley, nie sądzisz, że to zabawne? – odparła, odganiając dziwne myśli. Powinna więcej czasu spędzać z żywymi ludźmi, stanowczo…
I wtedy Weasley się uśmiechnął, a logika poszła się kochać.
- Ej, to faktycznie brzmi głupio! – Odsunął się od niej, kręcąc głową. – Ale nie pisz Malfoyowi, nie chcę mieć go na sumieniu, chociaż jest tchórzliwym dupkiem.
- Wiesz, że jesteśmy wrogami, prawda? – Nagle uświadomiła sobie Pansy. Cisza, która zapadła po tym pytaniu, zmroziła ich oboje.
- Byliśmy wrogami, Parkinson, to fakt – oświadczył Weasley. – Voldemort i cała reszta… Tego już nie ma.
Pansy nie wierzyła własnym uszom. Może się myliła, bo to nie brzmiało jak wiecznie żądny zemsty Weasley, może to wszystko było snem? A może tak wygląda śmierć?
- Trzeba kiedyś przestać rozdrapywać rany i pozwolić im się zabliźnić. Żyć dalej.
Cmoknął na psa i podszedł do drzwi.
- Sorasy za tę
Drętwotę. Usłyszałem krzyki i nagle te drzwi się otworzyły, wiesz. – Uśmiechnął się nieporadnie i wzruszył ramionami. – Ten dom jest taki martwy, nie sądziłem, że jest tu ktoś żywy oprócz Alphonse’a i hrabiego. I mnie, jasne.
Stał w drzwiach, jakby na coś czekając. Pansy przewróciła oczami.
- Nie myśl, Weasley, że tak ci odpuszczę. Wiem, gdzie cię znaleźć i… Alphonse? Ten staruszek ma na imię Alphonse? – zdziwiła się.
Ron prychnął.
- Nie zapytałaś go nawet, jak się nazywa, bo
jest służącym? To się nazywa być nieczułym Ślizgonem, wiesz? – Pokręcił głową. – Ja jestem Ron, jakbyś zapomniała, panienko Parkinson!
- A myślałam, że Roonil – burknęła.
Roześmiał się i odszedł. A Pansy zaczęła się zastanawiać, dlaczego stara miłość nie rdzewieje.
***
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyła po tym, jak się obudziła, było to, że pierwszy raz, odkąd przyjechała do Revenau, słońce wyjrzało zza chmur. Drugą było to, że owo słońce jest już wysoko na niebie.
Jednak najbardziej zaskoczyła ją obecność staruszka w pokoju. Chwila, jak on miał mieć na imię według Weasleya? Alphonse?
- Dzień dobry, dziecko. – Podsunął jej pod nos śniadanie. – Wczoraj musiałem wybrać się do miasta na zakupy, mam nadzieję, że nie stało się w tym czasie nic złego?
Pansy zerknęła na niego znad filiżanki słodkiej, chociaż już prawie zimnej kawy.
- Nie. Ale w nocy było strasznie.
Staruszek uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony z siebie, ponieważ oczom Pansy ukazał się widok w rzeczy samej przerażający – pozostałości jego zębów.
- To wspaniale! Już zapomniałem, jak to jest bać się krzyków Phillis lub wycia Franza. Po jakimś czasie przyzwyczajasz się, ba, zaczynasz uważać je za swoisty rodzaj kołysanki. Po tylu latach to zaczynam myśleć, że nie byłbym w stanie usnąć bez chociażby cichych szlochów Cynthii, która rezyduje w mojej szafie – zakończył z czułością.
Pansy wepchnęła do ust rogalika, żeby ukryć swoją minę przed Alphonsem. To chore. Jak można żyć z umarłymi? Tak, mogą zapewnić towarzystwo, nawet rozrywkę, ale – to już przesada. Ona nigdy nie pozwoli sobie na takie zdziczenie. Będzie organizowała bale i polowania, a dzięki majątkowi szybko znajdzie sobie męża (a raczej mąż ją, tak, Pansy wie, jak pieniądze działają na podniesienie atrakcyjności czarownicy, pieniądze
i tytuł hrabiny), urodzi dziecko lub dwa, i będzie żyła długo i szczęśliwie, dbając o swój wspaniały ogród.
Tylko co może wyrosnąć na takiej glinie?
Nieważne. Coś wymyśli. Byle nie dać się zwariować.
- To… interesujące – jednak odparła. Alphonse spoważniał.
- Ta. Myślisz, że oszalałem – mruknął. – Może masz rację. Ale jeszcze sama zobaczysz, po kilku latach odechce ci się wyjazdów, a po kilkudziesięciu nie będziesz w stanie zrozumieć, jak można rozmawiać z kimś, kto nie zna tej niesamowicie zabawnej historyjki o majtkach młodszego brata pra-pra-pra-prababki Matyldy.
***
Pansy nie spodziewała się spotkać Weasleya tak szybko. Był w salonie, oglądał portrety.
- To twoja matka? – zapytał, wskazując na bladą, ładną kobietę o ciemnych włosach, ubranej w zieloną suknię z głębokim dekoltem.
- Wypraszam sobie, młodzieńcze, czy ja wyglądam na czyjąkolwiek matkę? – Wykrzywiła usta i zniknęła.
- Chyba ją uraziłem – stwierdził.
A to ci odkrywca, normalnie drugi Flamel z tego Gryfona.- Tu nie ma portretu mojej matki. – Wzruszyła ramionami. – Była węgierską pięknością i właściwie to nigdy jej nie widziałam. Och, to takie tragiczne, nieprawdaż?
Wzięła go pod ramię i wyciągnęła na korytarz.
- Przykro mi.
- Ona nie umarła, odeszła. Jednego dnia jeszcze trzymała mnie w ramionach, a drugiego ślad po niej zaginął. Urocza kobieta.
Nagle Weasley uśmiechnął się do siebie.
- Co się tak szczerzysz? Powinieneś być wzruszony moim nieszczęściem. Wychowałam się bez mamusi i z tatusiem ślizgońskim potworem. Dobry i czuły Gryfonie, rozpłacz się.
Spojrzał na nią rozbawiony.
- Coś ci się pomyliło, bo dobrzy i czuli to są Puchoni.
- A wydawało mi się, że miałeś okazję poznać Zachariasza Smitha… - Uniosła brwi. – Wszyscy tak naprawdę jesteśmy źli, Weasley.
Nie odpowiedział. Szli jednak dalej, mijając od czasu do czasu jakiegoś ducha.
- Właściwie to gdzie mnie ciągniesz? – zapytał, kiedy zeszli do hallu.
- Czy to nie oczywiste? Chcę przyjrzeć się twojej pracy. I
moim mopsom.
***
Część psów znajdowała się w boksach – jednak te były albo niebezpieczne, albo przeznaczone na konkursy. Większość jednak biegała po okolicy i grzała się przy piecyku w psiarni. Kilka małych, słodkich kulek sierści bawiło się ze sobą.
Do nóg Pansy przyszedł łaciaty szczeniak i zaczął obwąchiwać jej buty.
- To Lulu. Uważaj, wygląda, jakby miał ochotę zaraz je obsikać – ostrzegł Weasley. Pansy odgoniła podnoszącego tylną łapę pieska. Jedna z suk warknęła.
- Nie wiedziałam, że będzie ich aż tyle. W ogóle po co je hodujemy? Są takie brzydkie – stwierdziła z żalem. Okrągłe, płaskie mordy mopsów wyglądały, jak żywe posągi nieszczęścia.
- Są jedyne w swoim rodzaju. Prawie na wymarciu. Legendy mówią, że zostały stworzone przez Parkinsonów po wymieszaniu krwi mopsów, wilków i smoków. Faktem jest jednak to, że nie żyją poza Revenau. – Poklepał po głowie sukę o sierści kremowego koloru. – To znaczy żyją, ale nie rozmnażają się i szybko umierają.
- Hej, brzydalu. – Pansy spojrzała w brązowe ślepia jednego ze starych mopsów. – Czy to prawda, co mówi ten rudy psiarczyk?
Pies szczeknął.
Pansy zamknęła oczy.
***
- Kiedy wreszcie spotkam hrabiego mojego dziadka?
Alphonse naprawiał karetę. Kolorowe zaklęcia jednak nie były w stanie przymocować lewego koła.
- Być może nigdy – odparł. – To już nie przyda się do niczego.
Incendio!
Ogień stopił wygiętą obręcz w mgnieniu oka.
***
Pansy zaprosiła Weasleya na herbatę wieczorem. Chyba oszalała. Chciała znowu poczuć się żywa, a miała wrażenie, że to jest coś, co może zapewnić jej tylko ten człowiek. Przy nim jej serce zaczynało bić szybciej, miała ochotę żartować, śmiać się i…
- Pansy, oszalałaś. Nie powinnaś była tam przyjeżdżać, przecież mówiłem ci, że lepiej poczekać, aż hrabia umrze i sprzedać to wszystko. Pomoglibyśmy ci – Draco wyglądał na zmartwionego.
- Pewnie masz rację, ale… Przywiązałam się do tego miejsca. I jakbyś zobaczył te psy, och, Draco! Zabrzmię jak jakaś sentymentalna Puchonka, ale chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. – Uśmiechnęła się do siebie.
- Wśród duchów?
Kiwnęła głową.
- Obok Weasleya?
Wyszczerzyła zęby w zadziornym uśmieszku.
- Na Merlina, Pansy, czy ty płaczesz? – zawołał ze zgrozą w głosie.
Szybko otarła oczy i zachichotała.
- I chichoczesz! – Oczy Draco przypominały spodki. – Pansy, trzymaj się, uratuję cię. Przylatuję pierwszym świstoklikiem! A ty w tym czasie nie waż się zrobić nic głupiego!
Zanim Pansy zdążyła zaprotestować – zniknął, a ona wpatrywała się tylko w żarzące się węgle.
Nie była już z Draco tak blisko, jak za czasów szkolnych, więc jego troska ją cieszyła. Zazwyczaj to ona była jego opoką (a przynajmniej tak lubiła o sobie myśleć), ramieniem do wypłakania się i powierniczką jego tajemnic (czyli:
Nie mogę ci powiedzieć, kto to zrobił Pansy, ale to było tak upokarzające, nienawidzę go jeszcze bardziej, na Merlina, przecież ja byłem wtedy w łazience dla dziewczyn, Pansy, jak ja go nienawidzę! Wybacz, ale nie mogę nic ci o tym powiedzieć, dobrze, że nie zadajesz żadnych pytań, chyba bym tego nie zniósł…), ale tym razem to
on chciał pomóc
jej!
Nie to, żeby potrzebowała pomocy. Było jej naprawdę dobrze i wolałaby, żeby Draco po prostu to dostrzegł i cieszył się razem z nią jej szczęściem. Może zachowywała się trochę dziwnie, no ale…
Rozległo się pukanie i do pokoju wszedł Weasley.
- Przepraszam za spóźnienie, ale… - Spojrzał na nią nieśmiało i zmarszczył czoło. – Płakałaś?
Pansy roześmiała się i rzuciła na niego.
- Chyba cię kocham – oznajmiła i pocałowała go.
- Pa… Pansy? Kochasz mnie? – wyszeptał z niedowierzaniem. Pansy przewróciła oczami.
- No dobra, może nie tak całkiem, ale na pewno chcę się z tobą kochać! – odparła zadziornie. – Masz coś przeciwko?
Pokręcił głową z uśmiechem.
***
- Zawsze wiedziałam, że jest ziarno prawdy w tym gadaniu o wielkości stopy a… - trajkotała wesoło, bawiąc się jego włosami.
Seks był genialnym odrdzewiaczem na starą miłość. Pansy postanowiła, że musi o tym napisać do Blaise’a. Kto wie, może i on miałby jakieś szanse u… A, nie, przecież Weasleyówna zaręczyła się z Potterem. Świat bywa okrutny.
- Pansy! – Ron (próbowała przestawić się na myślenie o nim „Ron” nie „Weasley”, ale to było trudne) zaczerwienił się po czubki uszu. – A jak ktoś usłyszy?
- A czy ktoś was nie usłyszał? – burknął Marcus, wyglądając z szafy. – To jest dom pełen duchów, nie takie rzeczy tu słyszano. Żywi bywają dziwni.
Przeszedł przez pokój i już miał zniknąć za drzwiami, kiedy się zatrzymał.
- Och, i ponoć będziemy mieli gościa. Ciocia Hermenegilda zarzeka się, że widziała błysk świstoklika za lasem!
Pansy zrzedła mina. Ron spojrzał na nią ostro.
- Kto to? Zapraszałaś kogoś? – zapytał oskarżającym tonem.
Pansy przełknęła ślinę i wstała.
- Musimy się ubierać! Szybko! To Draco!
Wyskoczyła z łóżka przerażona.
- Że Malfoy znaczy?
Kiwnęła głową, szukając bielizny w szufladzie.
- Genialnie, po prostu genialnie… To ja zrobię herbaty…
***
Pansy zbiegła do hallu i czekała. Po kilku minutach stwierdziła, że jeśli Draco ją tak zastanie, domyśli się wszystkiego. Przeszła do salonu, ale nie mogła słuchać oburzonych szeptów obrazów. Gdzie jest ten Alphonse? Może zdecydował, że lepiej znowu pojechać po zakupy? A co musiał sobie pomyśleć Pan Dziadek Hrabia? A jeśli ją wydziedziczy i przepisze posiadłość jakiemuś kościołowi? Nie, Pansy nigdy nie zostawi mopsów na pastwę szalonych pastorów!
Poddenerwowana przeszła do biblioteki, gdzie w fotelu z książką na kolanach spał Alphonse.
- Alphonse! – zawołała i podbiegła do niego. – Budź się, będziemy mieli gościa! Alphonse!
Ale staruszek nie budził się. Głowa opadła mu na piersi i…
- Dziecko, zostaw to ciało. Jacy goście? – Podskoczyła, słysząc głos. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz ze staruszkiem.
- Ty nie żyjesz! – zawołała. – A ja chyba muszę usiąść.
- Cóż, fotel jest zajęty… Ale zawsze pozostaje podłoga. Dywan jest miękki. – Alphonse przykucnął. – Spokojnie, oddychaj.
Posłuchała.
- Na Merlina… Co się stanie z moim dziadkiem? Musisz mnie do niego zaprowadzić, ja nawet nie wiem, w którym pokoju leży… - trajkotała zszokowana.
- Spokojnie. Oddychaj. – Duch położył swoje dłonie na jej ramionach. – Słuchaj. Uważnie. I nie dostań zawału, proszę. Twój dziadek nie żyje.
Czy można powstrzymać zawał serca? Pansy nie sądziła, żeby to było możliwe. Tak więc miała szczęście, że tym razem nie postanowiło zakończyć jej żywota.
- Domyślałam się tego od jakiegoś czasu – wydusiła z siebie.
- Naprawdę? To chyba jesteś jasnowidzem, ponieważ nie żyję dopiero od czterech godzin.
Na to nie miała odpowiedzi.
- Tak, to ja byłem hrabią Erasmusem. Tak, udawałem kogoś innego. Chciałem dowiedzieć się, jaka jesteś naprawdę. Czy nie jesteś taka jak… jak Gwendolina. – Duch zmarszczył twarz. – Nie chciałem, żebyś przede mną udawała kogoś innego. I muszę przyznać, że jestem z ciebie prawie dumny.
Wdech, wydech, pamiętaj Pansy, wdech, wydech…
- Słyszałem o tobie różne rzeczy. Cóż, w wojnie z Czarnym Panem byliście po tej złej stronie, ponoć coś tam chciałaś zdradzać, ale co ja mogę na to powiedzieć? Bo, wierz mi, Gellert Grindelwald był niesamowitym czarodziejem. I przywódcą. I człowiekiem. Ale, podsumowując, wydajesz się normalna. Nie pochwalam romansu z psiarczykiem, ale cóż…!
Nie. To było za dużo. Nawet jak na nią.
Więc Pansy bardzo melodramatycznie zemdlała.
***
Pół roku później, Noc Walpurgii- Pansy, jesteś pewna, że to był dobry pomysł? – zapytał cicho Ron, poprawiając szatę. Wyglądał w niej wyjątkowo przystojnie, cóż, Pansy sama ją wybrała. I wyjątkowo powstrzymała swoją miłość do kiczu.
- Zaręczyny? Och, to był genialny pomysł – odparła, uśmiechając się i machając do Blaise’a.
- Nie o zaręczyny mi chodzi. – Spojrzał na nią z taką czułością, że przewróciła oczami. – Ale o to…
wszystko.
Machnął ręką, wskazując na salę.
- Bal? To był jeszcze bardziej genialny pomysł. Marzyłam o wykorzystaniu tej sali od pierwszej chwili, w której ją zobaczyłam.
Złapała go od ramię i już mieli wejść w tłum, kiedy Pansy dostrzegła kątem oka Draco. Zatrzymała Rona i oboje skierowali wzrok na stojące naprzeciwko siebie dwie pary.
Ginny Weasley w krótkiej, czerwonej sukience wisiała na ramieniu Harry’ego Pottera, który wpatrywał się w Dracona. Towarzysząca Malfoyowi Astoria tylko westchnęła i otworzyła wachlarz, równie granatowy, co jej wytworna suknia.
- Potter – powiedział, jakby zdziwiony, Draco.
- Malfoy – odparł po chwili Potter.
Pansy parsknęła śmiechem. Ron jęknął rozdzierająco.
- Właśnie o to mi chodziło… To nie może skończyć się dobrze – wytłumaczył.
- Nieprawda. To było genialne. Tylko w ten sposób wszyscy będą mogli żyć długo i szczęśliwie.
Ron spojrzał na nią z powątpiewaniem.
- Ta, jasne. I niby wszystko będzie dobrze? – zapytał, a kiedy kiwnęła głową entuzjastycznie, prychnął. – Jesteś szalona, panno Parkinson. I lubisz kiczowate, szczęśliwe zakończenia. Jednak w tym właśnie przypadku nasze gusta w pełni się pokrywają.
Pansy dała znak orkiestrze. Ron uśmiechnął się i ukłonił.
- Zatańczy pani ze mną, panno Parkinson?
- Z przyjemnością, panie Weasley.
KONIEC