Dobrze... To powiem, co ja z tego rozumiem - acz nie zdziwię się, jeśli interpretuję mylnie.
Otóż sądzę, iż zamysłem autorki było pokazanie nakładających się na siebie dwóch scen: pierwszej, w domu jakiejś rodziny, niekanonicznej, może wręcz mugolskiej, i drugiej, gdzieś na zewnątrz, gdzie pewna osoba przygląda się testralowi. Przypuszczam, że podobnie jak na początku tekstu, aż do samego końca prawidłowość jest taka, że nieparzyste akapity należą do sceny pierwszej, a parzyste, włącznie z dwiema wypowiedziami dialogu na końcu, do drugiej. Jeśli tak miało być, to - pod względem technicznym - powinny być one moim zdaniem w jakiś sposób wyodrębnione. Na przykład zdania należące do pierwszej sceny mogłyby być napisane kursywą, a do drugiej - normalnie.
Dzieląc tekst na dwie różne, choć wiążące się ze sobą sceny, otrzymujemy matkę szukającą (i w końcu znajdującą) syna (brata pominę, moim zdaniem funkcjonuje tylko po to, by matka miała z kim prowadzić dialog) oraz osobę, która "zapłaciła wysoką cenę, aby zobaczyć" testrala. Wiadomo chyba, co należy zrobić, aby widzieć te stworzenia. Być świadkiem śmierci. Albo... zabić kogoś? Mamy zatem zaginione dziecko, które na samym końcu matka odnajduje z okrzykiem, w którym śmiało może kryć się przerażenie - więc może znajduje tylko jego ciało? Jedzone przez niewidzialną istotę...? I mamy osobę, również kobietę, która tak bardzo chciała zobaczyć "wspaniałe stworzenie", że była gotowa "zapłacić wysoką cenę". Wreszcie zakończenie. Kim jest ta "szalona" kobieta, opętana koniecznością ujrzenia testrala? Uważam, że nienazwaną w kanonie matką Luny. Bo:
Cytuj:
- Mamo, gdzie byłaś tak długo?
[...]
- Widziałam wspaniałe stworzenie, Luno.
Dobrze rozumiem, Annare? Nie zdziwiłabym się, gdyby nie...
Sam tekst... jest dziwny. To bez wątpienia. Bardzo, ale to bardzo niezrozumiały. Trzeba się w niego naprawdę wgryźć, przeżuć, obracając w każdą stronę, i wypluć, żeby zobaczyć, co wyszło. Mi wyszło to, co napisałam wyżej, a wcale nie jestem pewna, czy wyszło dobrze. No cóż... W każdym razie tak zakładam i na tej podstawie oceniam.
Matka Luny jest tu dla mnie niekanoniczna. Luna, o ile dobrze pamiętam, wspomina, że jej mama była eksperymentatorką, a nie fanatyczką magicznych stworzeń. Tym drugim wydaje się być raczej Ksenio: róg buchorożca na ścianie, część artykułów w "Żonglerze"... Mam Luny mogła lubić eksperymenty, niebezpieczne i nieprzemyślane może nawet, ale nie czyni to z niej osoby, która dla możliwości zobaczenia jakiegoś magicznego stworzenia zabiłaby lub spowodowała czyjąś śmierć ("Idź tam, dziecko, zobacz, jaka fajna rzecz leży na torach. Ups, kto by się spodziewał, że akurat pojedzie pociąg..."). No, ale to wizja autorki, a o samej postaci wiadomo z kanonu tak mało, że można ją kształtować prawie dowolnie.
W sumie nie jestem ani za, ani przeciw. Równocześnie za plus i minus tego tekstu uważam jego zawiłość: lubię wyzwania, stawiane czytelnikom, ale to chyba drobna przesada. Mam wręcz wrażenie, że opowiadanko nie jest do końca przemyślane: autorka zapewne wiedziała, co chce przekazać, ale nie udało jej się tego zrobić - niedostatecznie weszła w skórę czytelnika, który z samego tekstu musi się dowiedzieć, o co chodzi, nie będąc przy tym pobłogosławionym widzeniem tego, co widział autor w trakcie pisania. Może nie powinnam się wypowiadać, ponieważ też mam na koncie co najmniej dwa teksty, które przez bardzo nieliczne osoby komentujące zostały odebrane tak, jak według mnie powinny, ale fakt pozostaje faktem. Przypuszczam, że gdyby "Cena szaleństwa" była dłuższa, mogłaby być bardziej zrozumiała. Więcej opisów, bardziej zaznaczony podział między scenami, więcej uczucia, które wynikałoby nie tylko z dialogu, ale przede wszystkim z narracji. A tak mamy tekścik enigmatyczny do bólu, który co prawda jest jakimś powiewem świeżości, nie do końca jednak takim, jakie lubię. Jest jak ciepły wiatr, niosący niby przyjemny zapach, którego jednak ja nie lubię. Jeśli ktoś mieszka opodal fabryki produkującej gumy do żucia, to może wie, o czym mówię

.
A na koniec jeszcze komentarz do komentarza:
Alexann napisał(a):
Każdemu z nas zdarza się czasem posiedzieć w ciemności, więc dlaczego salonowy mrok ma oznaczać, iż pokój jest pusty?
Niektórzy boją się ciemności, zauważ, szczególnie właśnie dzieci. Dla mnie to się nie wyklucza: jeśli członkowie rodziny wiedzą, że Jake nie lubi siedzieć po ciemku, to sam brak światła w salonie powie im, że najpewniej Jake'a tam nie ma. Tyle na ten temat. Kic kic.
Ps. Długo wytrzymałam, co nie?
EDITPrzeczytałam uważniej inne komentarze i zrobiłam "cytuj" na "Cenie szaleństwa". Czyli co drugi akapit JEST wyróżniony (to, co pisałam wcześniej o kursywie), tylko że ja na moim wiekowym, wypalającym się monitorze nie zauważyłam różnicy w kolorach... Hm... Dobrze, że różnice są, acz ja nadal optowałabym za kursywą i nie-kursywą. Choćby z myślą o osobach posiadających prawie wypalone monitory, gdzie większość ciemnych kolorów jest po prostu czarna

.