Wszystkim, którzy mają ambiwalentne uczucia odnośnie wczorajszej pogody - jeśli nie wiecie, co o niej myśleć, to być może cokolwiek podpowie Wam fakt, że była ona bezpośrednim sprawcą poniższego.
A przede wszystkim dordze - oby jej nigdy nie zabrakło fanfików z udziałem Severusa."Analogia kontrastu"Kiedy weszła do pokoju nauczycielskiego, już tam byli. Wzdrygnęła się lekko, jako że nie spodziewała się zastać ich w tym miejscu. Przez chwilę odczuwała pokusę, by do nich dołączyć i przerwać ich milczenie, ale powstrzymała się. To zapewne nie była jej sprawa. Dopóki problem nie dotyczył jej domu, nie powinna się mieszać. Usiadła więc w fotelu, z którego korzystała najczęściej. I choć prawie natychmiast podeszła do niej Pomona, zaczynając rozmowę na temat nadchodzących świąt, Minerwa McGonagall co chwilę przyłapywała się na tym, że nie słucha koleżanki uważnie, wciąż wracając wzrokiem do dwójki stojącej przy oknie.
Odwróceni tyłem do pomieszczenia, patrzyli na błonia, jakby nieświadomi ciekawych spojrzeń, świdrujących ich plecy. Stercząc tak, niemo i prawie nieruchomo, stanowili intrygujący widok. Niemal równi wzrostem, poza tym drobiazgiem różnili się praktycznie wszystkim.
Czarna czupryna młodszego była o wiele krótsza od platynowych włosów jego towarzysza. Podobnie oczy - choć teraz niewidoczne dla przypatrujących się osób - u starszego równie jasne, jak u sąsiada ciemne. A to był jedynie czubek różdżki; wewnętrznie byli odmienni nawet bardziej. Choć raczej mało kto zdawał sobie z tego sprawę.
No, może pomijając kwestię ich pochodzenia. Nawet jeśli ogromna większość uczniów nie do końca była tego świadoma, to grono profesorskie znało sytuację rodzinną owej dwójki całkiem nieźle. Wszyscy nauczyciele wiedzieli, że jasnowłosy czarodziej jest tak wysoko urodzony, jak ciemnowłosy nisko. Dokładniej mówiąc, młodszy był wręcz półkrwi. Nie brakowało osób, które nie potrafiły pojąć, jakim cudem ci dwaj mogą sobie tak ufać, jakim sposobem mogą być sobie tak bliscy. Tylko że to, akurat, było mało ważne. Zasadnicze pytanie brzmiało raczej: "jak?".
Jak bliscy, niby?...
"Nie jestem głupi" - myślał ciemnowłosy, ponuro obserwując topniejący w słońcu śnieg - "wiem, że to tylko gra pozorów. Mogę być od ciebie młodszy, mogę mieć o wiele mniej doświadczenia, ale nie jestem głupi. Interesuję cię wyłącznie dlatego, że jestem przydatny. Ta przyjaźń, którą mi okazujesz, to czyste wyrachowanie. Wiesz, nawet cię za to podziwiam" - rzucił szybkie spojrzenie w prawo, trafiając prosto w taksujące go oczy.
Jego towarzysz uśmiechnął się nieznacznie, po czym odwrócił wzrok, by przyglądać się ciemnym chmurom, które właśnie grubą warstwą przykryły słońce. Niemal od razu zaczął prószyć śnieg, na nowo bieląc młodą trawę.
"Dobrze, że się tak stało" - stwierdził w duchu starszy. - "Dobrze, że spotkaliśmy się w takich okolicznościach. Nie jesteś wart mojej uwagi. Ty, jako ty, z twoim charakterem i przeszłością. Ale wiem, że jestem w stanie to wykorzystać. Twój charakter i przeszłość. I, przede wszystkim, zdolności. Och, przydasz się nam. To niewiarygodne, że nawet takie śmieci mogą służyć wyższym celom" - pokręcił głową z podziwem.
Za oknem rozjaśniło się i słońce wznowiło ciężką pracę, usiłując roztopić śnieg, zanim nadejdzie kolejna porcja chmur niosących krótkotrwałą zadymkę.
- Co za pogoda - jęknął Horacy Slughorn, wchodząc do komnaty. - Kto by uwierzył, że już w tym tygodniu Wielkanoc? Takiego śniegu ostatnio nawet na Gwiazdkę nie było, pamiętacie? - Podążał ku fotelowi sąsiadującemu z miejscami nauczycielek. - To ponoć sprawka jakiegoś siódmoklasisty, źle rzucone zaklęcie pogodowe. Flitwick przypuszcza, że to mogło być zrobione celowo. A Dumbledore mówi...
- Szszsz. - Głośnym sykiem profesor McGonagall przyciągnęła wzrok kolegi, po czym położyła palec na ustach. Kiedy nauczyciel Eliksirów sceptycznie uniósł brwi, ręką wskazała parę stojącą przy oknie. Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Dziękuję, Minerwo. - Skłonił się z lekkim uśmiechem i zmienił kierunek marszu.
Stanął za plecami osób będących tam wyraźnie nie na miejscu, doskonale świadom tego, że zdają sobie sprawę z jego obecności. Nie czekał więc z rozpoczęciem rozmowy. To, zresztą, nie byłoby w jego stylu.
- Panie Snape - zagaił. Ciemnowłosy chłopiec przez ramię spojrzał na opiekuna swego domu. - Panie Malfoy. - Starszy uczeń odwrócił się, pochylając uprzejmie głowę. - Co panów tutaj sprowadza?...
definitywny
KONIECOd autorkiPonieważ posypały się komentarze - za wszystkie, i wcześniejsze, i późniejsze, bardzo dziękuję - w których przewija się, że za mało, albo że ktoś myślał o innym "pairingu", to pragnę wyjaśnić, dlaczego tak, a nie inaczej. Robię to w polu spoilera, bo przecież nie każdy musi chcieć czytać wyjaśnienia autorki...
- Spoiler: Pokaż
- Założenie tej miniaturki było takie, żeby na początku sprawić wrażenie, że chodzi o Albusa Dumbledore'a i Severusa Snape'a, już w czasach, kiedy Severus pracował w Hogwarcie, a potem wyjaśnić, że mowa jednak o Severusie i Lucjuszu. Chciałam przez to pokazać, że te dwie pary miały do siebie analogiczny stosunek: i Albus, i Lucjusz w pewnym sensie Severusa wykorzystywali, a Severus wiedział, że okazywana przez jednego i drugiego przyjaźń jest pozorna. Obie pary są kontrastowe pod praktycznie tymi samymi względami, a więc podobne właśnie z uwagi na różnice. Stąd tytuł.
Oczywiście jest to interpretacja tych dwóch znajomości nieco na wyrost, angstowa, nie musi więc być akceptowana przez ogół Czytelników. Czasem jestem jednak zła na Albusa za jego stosunek do Severusa (jeśli chodzi o Lucjusza, to raczej złudzeń nie mam) i z jednego z takich "napadów potępienia" wyłoniła się "Analogia kontrastu".
Dlatego też utwór jest tak krótki i monotematyczny: on MIAŁ ukazywać wyłącznie ten kontrast (czy raczej: te kontrasty), wszystko w tle - wydarzenia, sceneria, inne postaci - miały być właśnie tłem, niczym więcej. Miały służyć zbudowaniu nastroju i pomóc w skojarzeniu, o kogo chodzi, ale rola ich ogranicza się tylko do tego. I to naprawdę jest wszystko. Definitywny koniec.
EDITDodałam "Od autorki" i dopisałam tytuł w treści oraz "definitywny KONIEC".