Nie wiem, co powiedzieć zupełnie na początku. Czuję tremę chyba

Jestem świadoma, że jest to inne, ale nie mogło być inaczej. Minęło trochę czasu, a oni nie mogli tego nie odczuć, musieli dojrzeć. Mam nadzieję, że udało mi się ich ukazać tak, jak chciałam, a Wy - umiecie to dostrzec.
Kolumbowie to już zamknięta księga ich historii, ta jednak nie jest zupełnie nowa. Dlatego polecam na początek przeczytać Kolumbów, gdyż wydarzenia, które tam zaszły, mają duże znaczenie dla fabuły
Nowego Świata.
Mam też nadzieję, że czytanie sprawi Wam tyle radości co mi pisanie.
Czego właśnie chcę życzyć.
yadire
NOWY ŚWIAT
Prolog George'a
George Weasley przekręcił klucz, odwrócił się i rozejrzał po ulicy. Pokątna wyglądała prawie tak, jak wtedy, gdy przychodził tu z resztą rodziny kupować hogwarcką wyprawkę. Z tą różnicą, że dzisiaj dorośli czarodzieje rezygnują ze swoich długich szat i czarnych tiar, a nastolatki wzorują się na mugolskich gwiazdach. On sam orientował się w najnowszych trendach tylko dlatego, że Lee Jordan od dłuższego czasu uparcie próbował go przekonać do rozszerzenia asortymentu sklepu i często podrzucał mu niemagiczne magazyny.
Przyłożył dłoń do czoła, obserwując niebo. Słońce chyliło się już ku zachodowi, błękit zaróżowił się ponad dachami budynków. Dostrzegł białą smugę dymu, pozostałość po przelatującym niedawno samolocie. Dwa jeszcze kilka lat temu zupełnie odległe od siebie światy, ostatnimi czasy znacznie się zbliżyły. George był pewien, że ich połączenie jest coraz bliższe, czemu sprzyjało zarówno nastawienie czarodziejów, jak i obecna polityka ministerstwa.
Nie był jednak pewien, czy są już na to gotowi.
Potrząsnął głową, odrzucając ponure myśli i skierował się w dół ulicy. Szedł nieśpiesznie, przyglądając się twarzom mijających go szybko ludzi. Przebywając na zewnątrz - jak określała niemagiczną rzeczywistość Luna - miał wrażenie, że to na ulicach zwykłego, mugolskiego Londynu łatwiej odnaleźć magię unoszącą się w powietrzu.
Minął Bank Gringotta, jeden z niewielu budynków, które zachowały swoją przedwojenną szatę, po czym wszedł do niewielkiej, chowającej się w cieniu gmachu kawiarenki.
Przywitał go wielki, rudy kocur, ocierając się o jego nogi i mrucząc przyjaźnie.
- Krzywołap, mówiłam ci tyle razy, żebyś... - Zza lady wyszła wysoka, szczupła, ubrana w długą, różową suknię dziewczyna. - Nie spodziewałam się ciebie, George.
George zamknął starannie drzwi i podszedł do niej.
- Przepraszam - powiedział cicho, dotykając jej policzka. - Nie powinienem był się tak zachować.
Dziewczyna wstrzymała oddech i przymknęła na chwilę oczy. Zadrżała, potrząsnęła głową i odsunęła się od George'a.
- To nie powinno się tak zakończyć - ciągnął, patrząc w jej jasne oczy. - Właściwie nie powinno się zacząć...
Dziewczyna roześmiała się gorzko.
- Jeśli przyszedłeś tutaj, by raczyć mnie bzdurami z mugolskich romansów, to możesz sobie darować.
Mówiąc to, sięgnęła dłonią do spinki, utrzymującej jej niemal białe włosy w koku i zdjęła ją szybkim ruchem. Jasne kosmyki spłynęły na ramiona.
George mrugnął kilka razy.
- Masz rację. Pójdę już.
Nie ruszył się z miejsca, gdy jej dłonie zaczęły rozpinać jego koszulę. Ani gdy jej usta dotknęły jego skóry.
- India... - Wiedział, że teraz nie przestanie. - Przep...
- Nigdy więcej - szepnęła ostrym tonem - nie próbuj mnie przepraszać.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ONA JEST TERAZ SAMA
W OBLICZU MARTWEJ ŚCIANY
I TAK JUŻ ZOSTANIE
ZOSTANIE POD ŚCIANĄ
OGROMNIEJĄCA
SKRĘCONA I MAŁA
Z ZACIŚNIĘTĄ PIĘŚCIĄ
[T. RÓŻEWICZ - ŚCIANA]
- Ronaldzie Weasley, czy ty sobie żarty stroisz?
Ron pochylił głowę, wpatrując się w kubek herbaty z takim zainteresowaniem, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Nie odpowiadał mając nadzieję, że jego poddenerwowana narzeczona nie podniesie głosu jeszcze bardziej, co z kolei groziło nieuchronnym przybyciem pani Weasley.
A do tego za wszelką cenę nie można było dopuścić.
Hermiona stała koła niego, krzyżując ramiona na piersi.
- Wiem, od dawna wiem, że coś takiego jak WRAŻLIWOŚĆ w twoim przekonaniu NIE ISTNIEJE - ciągnęła coraz głośniej, dobitnie akcentując poszczególne słowa - ale JA na szczęście mam na tyle zdrowego rozsądku, by WIEDZIEĆ takie rzeczy!
Ron drgnął, słysząc z oddali szybkie kroki.
- Dlatego właśnie - Hermiona niewzruszenie kontynuowała swoją tyradę - to JA przygotowałam listę gości i to JA miałam zająć się wysyłaniem zaproszeń! Bo doskonale WIEDZIAŁAM, że twój brak taktu może doprowadzić do czegoś TAKIEGO!
Ron wciąż milczał, kiedy Hermiona przerwała. Wiedział, że bez względu na to, co powie, nad jego głową za chwilę rozpęta się piekło.
Piekło - prychnął. Piekło to przy tym pikuś.
- Hermiono, co się stało?
Pani Weasley stanęła w drzwiach, przyglądając się dwojgu młodym.
Hermiona zacisnęła pięści, wzdychając z poirytowaniem, patrząc na rudą czuprynę ze złością.
- Proszę sobie wyobrazić, że ten... - przerwała na chwilę, nie znajdując odpowiedniego określenia, jakim mogłaby nazwać Rona w obecności przyszłej teściowej - zaprosił na nasz skromny ślub w gronie rodziny gryfońską drużynę quidditcha.
Pani Weasley spojrzała na syna i przyszłą synową, przekrzywiając lekko głowę.
- Ron, to rzeczywiście nieładnie z twojej strony, że tego nie skonsultowałeś wcześniej z Hermioną - powiedziała powoli, po czym spojrzała w orzechowe oczy kobiety - ale to chyba nie jest aż tak wielki problem. Jakoś się pomieścimy, w końcu to tylko kilka osób więcej...
Pani Weasley zastanowiła się i zaczęła po cichu liczyć. Hermiona czekała. Nagle pani Weasley zesztywniała i spojrzała na Rona tym samym wzrokiem, co jego narzeczona.
- Ronaldzie Weasley...!
Ryan Goodwin lubił patrzeć na tę dumną, czarnoskórą dziewczynę, która mieszkała w budynku nad kawiarnią. Odkąd się tam pojawiła, stał się częstszym gościem w Coffee&Raisins mając nadzieję, że któregoś dnia nieznajoma również tam zajrzy. Mimo, że od tygodnia był tu niemal każdego ranka, ona nadal pozostawała tylko przechodniem.
Tego dnia, wstając z łóżka, Ryan obiecał sobie, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by zmusić ją chociaż do spojrzenia. Niestety, do tej pory jedyny plan, jaki obmyślił, opierał się na 'przypadkowym' wpadnięciu na nią na ulicy. Pocieszał się myślą, że czasem w banale tkwi siła.
- Cholera jasna! - krzyknęła nieznajoma z wyraźnym brytyjskim akcentem, kiedy kawa zaplamiła jej jasny płaszcz. - Patrz jak idziesz, człowieku!
Ryan podrapał się z roztargnieniem po głowie i zrobił doskonale opanowaną, uroczo-przepraszającą minę.
- Wybaczy pani - powiedział swoim niskim głosem, uśmiechając się szeroko - nie miałam zamiaru poczynić takich szkód.
Spojrzała wreszcie na niego. Ryan z trudem powstrzymał się, by nie podskoczyć i zakrzyknąć triumfalnie.
Dziewczyna nadal na niego patrzyła, chociaż miał wrażenie, że widzi kogoś innego. Nie tego się spodziewał i wcale mu się to nie podobało.
Odchrząknął, ona potrząsnęła głową.
- Może w ramach przeprosin dasz się zaprosić... - zająknął się - pani, oczywiście, na kawę? - Wskazał na drzwi.
Jej usta rozchyliły się w niewyraźnym uśmiechu. Ryanowi przyszła do głowy szalona myśl, że wygląda to tak, jakby zapomniała, jak się to robi. Wrażenie to znikło szybciej, niż się pojawiło.
- Właściwie... - Jej wahanie wyglądało całkiem naturalnie. - Właściwie to ja już piłam dzisiaj kawę. Nie mogę przełknąć tej bostońskiej lury - rzuciła przepraszająco.
- Co też pani...
- Angelina - podała mu rękę, uśmiechając się. - Angie.
Uśmiechnął się.
- Ryan. Jednak nie zmienia to faktu, że nie można bezkarnie obrażać bostońskiej kawy, nawet z takim akcentem.
Angelina uniosła brwi.
- Akcentem? Nie wiedziałam, że jeszcze go słychać!
- A jak długo już tu jesteś?
- Od dwóch miesięcy.
Ryan uśmiechnął się i ujął Angelinę pod ramię.
- Myślę - powiedział - że możemy o tym porozmawiać po drodze... Dokąd zmierzasz, Angelo?
Na dźwięk tego zdrobnienia, Angelina zesztywniała.
- Proszę, nie nazywaj mnie tak.
Przytaknął grzecznie, nie pytając o powód. Obiecał sobie jednak, że jeszcze dowie się, jaką tajemnicę kryje jej zagadkowe zachowanie. Tymczasem postanowił zająć ją niezobowiązującą rozmową, która z pewnością nie będzie ich ostatnią.
Hermiona bacznie obserwowała George'a, siedzącego przy stole naprzeciwko niej. Kiedy tylko unosił głowę, wwiercała spojrzenie w groszek na talerzu. W końcu George odłożył widelec i złożył dłonie, naśladując swojego ojca, próbującego poważnie z kimś porozmawiać.
- Moja droga - rzekł poważnie, chrząkając. - Czy możesz powiedzieć, co cię trapi?
Hermiona nie odpowiedziała.
- Od kiedy przyszedłem do tego domu - ciągnął - zachowujesz się podejrzanie spokojnie, zdradzając jednocześnie oznaki niezdrowego podniecenia.
Ron parsknął, słysząc poważny ton brata, i syknął, gdy Hermiona uszczypnęła go pod stołem.
George obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem.
- Naprawdę, Ronaldzie, twoje zachowanie...
Ginny, której obecności zwykle nie dostrzegano, odezwała się grobowym głosem.
- Twój brat zaprosił na ślub Angelinę Johnson. I - jej głos zadrżał - Harry'ego.
Wyraz twarzy George'a zmienił się momentalnie. Przez jeden krótki moment ledwo dostrzegalnie zadrżały mu wargi, po czym na policzki zaczęła wypełzać wściekłość.
Ron obrzucił wszystkich spojrzeniem.
- Harry się zmienił - powiedział, patrząc w oczy Hermiony. - Nie rozumiem, dlaczego tym razem w niego nie wierzysz! Zawsze to ty pierwsza go broniłaś!
Hermiona milczała, z podniesioną głową znosząc jego spojrzenie.
- A Angelina - powiedział głucho - jest prawie jak rodzina. Jak mogliście o niej tak łatwo zapomnieć?
Spojrzał z wyrzutem na panią Weasley.
- Ty sama ją zapraszałaś, od razu po wojnie, i później!
Molly obrzuciła George'a przelotnym spojrzeniem, po czym zwróciła się do Rona z wyrzutem w oczach.
- Ron - powiedziała cicho Hermiona - u góry chyba zostało kilka zaproszeń, które powinniśmy...
- Co? Mówiłaś przecież...
- Ron! - rzuciła rozkazującym tonem, wskazując wzrokiem schody. Chłopak wstał, wzruszając ramionami i ruszył za Hermioną.
Ginny w milczeniu jadła obiad, nie podnosząc wzroku. Pani Weasley patrzyła na George'a.
- O co chodzi? - zapytał, siląc się na obojętność.
- Już ty dobrze wiesz.
George wzruszył ramionami.
- I tak się nie zjawi.
Zacisnął zęby i chwycił sztućce. Po chwili odrzucił je na stół, odsunął talerz i wstał z impetem. Rzucił krótkie podziękowanie za obiad, różdżką przywołał swoją kurtkę i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
Pani Weasley spojrzała na córkę. Ginny uniosła głowę.
- I tak by się dowiedział - rzuciła obojętnie. - Nie rozumiem, czemu ciągle próbujecie nas okłamywać. Myślisz, że jeśli ich imiona są w tym domu zakazane, to my o nich zapomnimy?
Ginny wstała cicho, przysunęła krzesło i wyszła, zamykając bezszelestnie drzwi.
Molly złożyła ręce i oparła na nich głowę.
Wojna, której tak się bała, dawno się skończyła. Jednak miała nieodparte wrażenie, że to wtedy, gdy niebezpieczeństwo czaiło się za każdym rogiem, jej rodzina była szczęśliwsza. Słyszała kiedyś, że wojna zbliża ludzi; wtedy uważała to za idiotyzm. A od kiedy zapanował pokój, jej dom opustoszał, mimo że wciąż w nim mieszkali. Jej Dom, o który tak walczyła, to teraz jedynie martwe ściany.
Angelina krytycznie przyglądała się swojej kuchni. Nie sprawiała wrażenia przytulnej, nie sprawiała wrażenia wcale. Zwykła, drewniana podłoga, ciemne meble, kilka najpotrzebniejszych sprzętów, nieużywany do dzisiaj piekarnik. Żadnych ozdób, żadnych roślin. Nawet zasłon.
Odwróciła się z nadzieją, że kącik sypialny wygląda nieco lepiej. Niestety, rozkładana kanapa w barwie piasku zastępująca łóżko i stary, również nieużywany telewizor, wyglądały raczej przygnębiająco. Jedynie niewielka komoda na fantazyjnie wygiętych nóżkach jakoś się prezentowała, lecz słowo "jakoś" z nieznanych powodów kobiecie nie odpowiadało.
Po krótkiej chwili wahania sięgnęła po różdżkę i machnęła nią kilka razy. Szczęśliwie, transmutacja była jednym z jej ulubionych przedmiotów jeszcze w Hogwarcie, a teraz z racji kierunku jeszcze lepiej ją poznawała, dzięki czemu poradziła sobie za pomocą kilku niepozornych przedmiotów.
Zaledwie skończyła, usłyszała dzwonek do drzwi.
- Pomyślałem - powiedział Ryan, wyciągając zza pleców butelkę - ze różowe będzie pasowało do wszystkiego... - skrzywił się - a gdyby coś się przypaliło, to łatwiej będzie przełknąć.
- Cholera! - rzuciła Angelina, pozostawiając go w progu i pędząc w stronę kuchenki.
Ryan zajrzał do środka.
- To ja wejdę.
Angelina otworzyła piekarnik, dusząc się dymem.
- Przepraszam, zapomniałam o niej zupełnie.
Ryan odstawił wino na blat i zajrzał ponad jej ramieniem do piekarnika.
- A co to było?
Angelina wyciągnęła ze środka danie i powąchała je.
- Kaczka w pomarańczach. Ale z pomarańczy jak widać, nic już nie zostało. - Wzięła długi widelec i obróciła drób. - Z kaczki chyba też... Lubisz pizzę?
Ryan uśmiechnął się i zwichrzył jej włosy. Angelina przymknęła oczy, odganiając wspomnienia. Gdy to nie pomogło, spojrzała w ciemne oczy. Widmo przeszłości uleciało, wraz z dymem, przez otwarte okno.
George siedział na konarze przewróconego przez wichurę drzewa. Uparcie próbując odgonić wspomnienia, widział je coraz wyraźniej. Czuł się zupełnie, jakby znajdował się w Azkabanie i otaczało go stado dementorów. Uśmiechnął się krzywo na myśl, że nawet najsilniejszy patronus nic by tu nie poradził. Zresztą i tak nie mógłby żadnego wyczarować.
Rzucił z wściekłością różdżkę w wysoką trawę.
- Trudny wieczór - dobiegł go nagle cichy głos. - Wszędzie pełno myśliwstrętek.
Wiatr powiał w jego stronę i George poczuł zapach Luny. Nigdy nie umiał go określić, przypominał ją samą - na pierwszy rzut oka niezauważalny, lecz niemożliwy do zapomnienia.
- Co tu robisz, Luno? - zapytał, patrząc na horyzont. - Słońce jeszcze nie zaszło, nie za wcześnie dla ciebie?
Uśmiechnęła się.
- Lubię też inne pory dnia. Poza tym to spacer praktyczny - westchnęła - muszę w końcu zacząć opisywać myśliwstrętki, bo od pół roku to odkładam.
George uśmiechnął się. Zbliżyła się niemal bezszelestnie i usiadała obok niego, opierając podbródek na dłoni. Drugą ręką machała delikatnie różdżką, z której końca wyłaniały się bańki mydlane.
- Tęsknię za nią.
Luna skinęła głową. George skulił się. Nie pozwalał sobie na oznaki słabości przy pozostałych, ale Luna... Ona miała taki dar - potrafiła wyczuć to, co pozostawało niewypowiedziane. Przy niej lepiej mówić, bo inaczej sama pyta.
- Ale nie wiem, czy chcę ją zobaczyć. Wydaje mi się to takie...
- Nie fair wobec twojego brata? - zapytała po długiej chwili milczenia.
Nie odpowiedział.
- Też. Ale nieważne. - Wyprostował się i spojrzał w niebo. Wiatr niespokojnie poganiał chmury. W powietrzu czuło się deszcz.
Zapomniał o jej obecności. Przed oczami widział uśmiechnięte twarze sprzed lat. Teraz wydawały się groteskowe, przejaskrawione. Czuł do siebie żal, że przez chwilę - dawno temu - zazdrościł im. I o to, że całkiem niedawno wyobrażał sobie, że może go zastąpić.
Luna dotknęła jego ramienia, sprowadzając do rzeczywistości.
- Wiem, że to banał - powiedziała swoim sennym głosem. - Ale daj wam czas, aż to się uspokoi.
George zaśmiał się gorzko.
- Uspokoi? Co tu się może uspokoić? Ron i Hermiona, którzy na siłę próbują być normalni i zachowywać się, jakby to wszystko było daleko? Czy może Ginny, która przypomina widmo z najgorszych koszmarów.
Prychnął. Zacisnął dłonie aż poczuł, jak paznokcie przebijają mu skórę.
- Widziałaś moją mamę? Jest bledsza i bardziej niespokojna niż przez te wszystkie lata, a ojciec... Sam już nie wiem, kiedy widziałem go naprawdę szczęśliwego. Chyba na ślubie Billa.
- Naprawdę za dużo tu myśliwstrętek - mruknęła Luna i machnęła różdżka. Otoczyła ich niezliczona ilość mydlanych baniek.
George przyglądał się im, a na każdej widział twarze swoich bliskich, jakie pamiętał sprzed lat. Nieprzyjemne, zimne krople padały na jego skórę, gdy pękały.
- Co u Indii?
George milczał.
- Angela?
- Prosiłam cię.
Ryan objął ją i przyciągnął do siebie. Stali na brzegu parkowego jeziorka, obserwując kaczki nurkujące pod jego taflę w pogoni za okruchami bułki. Widział, że stara się unikać patrzenia na ptaki. Czasem prostowała się, słysząc głośniejszy plusk i szukała czegoś na wodzie. Najwyraźniej bezskutecznie, za każdym razem zawiedziona spuszczała wzrok.
Od dawna chciał ją zapytać, ale nie wiedział, jak zacząć rozmowę. Dziś, kiedy na jej prośbę wyjął pocztę ze skrzynki, zauważył list z londyńskim adresem zwrotnym. Wiedział, chociaż starannie próbowała to przed nim ukryć, że kilka takich kopert leży w jednej z kuchennych szuflad. Wszystkie nietknięte.
- Mam twoją pocztę w torbie - powiedział, wyjmując kopertę. - Tylko ten list.
Zerknęła przelotnie i zamarła, widząc adres. Szybko zabrała mu ją i schowała do swojej torebki.
- Nie otworzysz? - zapytał niby od niechcenia.
- To nic ważnego.
- Jak wszystkie pozostałe?
Stało się. Powiedział. Poruszył jeden z zakazanych tematów. Oczekiwał burzy, przynajmniej kłótni, która zmusi ją wreszcie do wyjawienia chociaż części tajemnicy. Miał prawo wiedzieć coś o jej życiu.
Ku jego zdziwieniu, Angelina milczała.
- Angie? - zapytał z niedowierzaniem - Nie będzie krzyku? Kłótni?
Patrzyła na kaczki, ale miał wrażenie, że widzi coś zupełnie innego.
- Chciałabym ci powiedzieć - rzekła cicho po długiej chwili. - Ale boję się, że byś nie zrozumiał.
Objął ją mocniej. Nagle przestraszył się, że Angelina w jakiś niewytłumaczalny sposób ucieknie, zostawi go tu samego. I nie wróci.
- Spróbuj. Naprawdę jestem całkiem rozgarnięty - uśmiechnął się, unosząc jej twarz i spoglądając w oczy.
Angelina wzięła głęboki oddech.
Wiedziała, że kiedyś będzie musiała mu powiedzieć. Nie można zbyt długo ukrywać swojej przeszłości, zwłaszcza przed Ryanem. Obawiała się, że prędzej czy później zacznie szukać czegoś na własną rękę, a efekty mogłyby być różne.
Dlatego zdecydowała się powiedzieć mu prawdę o sobie. Nie pomijała niczego, mając dość życia w ukryciu. Informację o tym, że jest czarownicą, przyjął wyjątkowo spokojnie. Być może dlatego, że zasada tajności w Stanach nie była tak restrykcyjna, a społeczeństwo czarodziejów, choć nie brało udziału w życiu niemagicznych Amerykanów, nie było osnute taką tajemnicą jak na Starym Kontynencie.
Angelina porzuciła te myśli, spoglądając w jasny sufit.
Fred i George. O nich było najtrudniej powiedzieć, podobnie jak trudno jest o nich nie myśleć. Przyjeżdżając tutaj miała nadzieję na nowe życie, odcięcie się od tego, co się wydarzyło. Jednak to, co pozostawiła tam, również było jej częścią; której, jak się okazało, nie mogła po prostu przekreślić. A nowa rzeczywistość uparcie przypominała jej o dawnym - zachowanie Ryana, tak podobne do beztroski ze szkoły, jego upór i poczucie humoru... Sama nie wiedziała, którego z nich przypominał.
- Freda - usłyszała swój stanowczy głos.
Nagle obrazy, które próbowała od wielu miesięcy stłumić, wróciły do niej ze zdwojoną siłą. Jego dotyk, pocałunki, miękkość jego skóry i ciepło bijące od jego ciała. Jego ciepłe spojrzenie i uśmiech. I to najsilniejsze - pustkę, którą tylko oni czuli po śmierci Freda. Zagłuszała to wszystko wyrzutami sumienia, ponieważ miała do siebie żal, że tak łatwo pozwoliła sobie o nim zapomnieć i zbliżyć z jego bratem. Bratem!
Zerwała się z łóżka i podbiegła do kuchennej szuflady. Szybko, zanim zdążyłaby zmienić zdanie, wyciągnęła z niej plik kopert i rozdarła pierwszą z nich. Śledząc okrągłe litery czuła, jak z każdym słowem rośnie w niej tęsknota za tym, co zostawiła za sobą. Nie tylko za nim, ale również za jego... ich rodziną, przyjaciółmi, miejscami.
Chłonęła każde jego słowo, jakby próbowała w ten sposób nadrobić to, co już dawno stało się przeszłością.
Jakby z oddali słyszała dobrze znany głos, który milczał od dawna.
Gdybym tylko miała powód - próbowała go zagłuszyć, bez skutku - gdybym tylko miała po co, wróciłabym.
Została już tylko jedna koperta. Sięgnęła do torebki leżącej koło łóżka. Zaadresowana innym niż pozostałe rodzajem pisma.