Tytułem wstępu: Tekst ten powstał w lutym na potrzeby pojedynku na Forum Lunatycznym. Jako, że stężenie otaku jest tutaj dość spore postanowiłam wywiesić i dowiedzieć się, co o tym tekście myślicie. Będę wdzięczna za każdą krytykę.
Miłej lektury,
CyniRóża wiatrówOdchodzą
Głęboko we mgle
Chryzantemy.
Sampu (1647-1752)Zawsze odchodził bez słowa wyjaśnienia, nie mówiąc dokąd idzie. Nie zatrzymałabym go ani chwili dłużej, nawet gdybym tego chciała. Pojawiał się nagle, jak pierwsze promienie słońca, odchodził powoli i niepostrzeżenie - tak, jak gasną pierwsze gwiazdy. Pomimo tylu lat spędzonych wśród zielonych, soczystych traw i ogrodów jego skóra wciąż pachniała pustynią.
Czasem przychodził do mnie wieczorem z butelką sake, bo wiedział, że w ten sposób może mnie łatwo przekupić, zwłaszcza, kiedy byłam w dobrym humorze. Doskonale wiem, jak głupia byłam, że mu wierzyłam, że pozwalałam na to wszystko, ale przecież co złego było w małej czarce sake, odurzającym zapachu opium i nocach wypełnionych światłem małej latarenki?
Nic.
Często spędzaliśmy całe godziny patrząc na siebie spod oka – ja leżąc pod oknem, on siedząc w przejściu, opierając się o ramę drzwi i ćmiąc fajkę opium, której tak nie znosiłam. Wiśnie kwitły, gubiąc przy silniejszym wietrze delikatne, różowe płatki. Upadały wszędzie, nawet na podłogę tuż przy drzwiach. Kryły się w fałdach kimona i przyczepiały do białego haori. Opierał rękę na kolanie i patrzył w ciemne, granatowe niebo, na którym nieczęsto pojawiały się gwiazdy. Uciekał gdzieś myślami, jakby fakt, że jest ze mną, że widzę jego zamyślenie, zamkniętą, odległą,
obcą, a jednocześnie znajomą twarz, niewiele go obchodził. Liczył się ten chłodny, letni wiatr, zapach deszczu w powietrzu (chociaż tutaj nieczęsto pada), liczyło się czerwono-pomarańczowe halo wokół księżyca. Liczyło się całkiem niewiele rzeczy, a ja nawet nie wiedziałam, które. Były rzeczy ważne i ważniejsze.
Czasem mówił mi, że mam sople lodu w oczach, kiedy jestem poważna i że woli, kiedy się śmieję („Ale nie mam ochoty przekonywać cię do tego za pomocą sake, Ran.”). To całkiem rozsądne, biorąc pod uwagę, że jego tęczówki miały barwę ognia. Prawdę mówiąc, istniała więcej jak jedna szansa na to, byśmy w ogóle nie mieli przyszłości. Nie tylko razem, ale w ogóle. Nic się w tym nie zgadzało, ani ten ogień, ani ta woda. Może to dlatego. To, że Gin tak rzadko patrzył na świat swoimi oczyma pozwalało mi wierzyć, że kiedyś, może przy odrobinie dobrej woli, coś z tego wyjdzie. Ale dla Gina były rzeczy ważne i ważniejsze. Nie wiem, co jest dla mnie gorsze – czy to, że byłam tą „ważną” czy też to, że nie byłam tą „najważniejszą”.
To było bardzo głupie – przychodzić tutaj teraz. Właśnie teraz, kiedy wreszcie mogłam dowiedzieć się, co było ważniejsze ode mnie i od świata, do którego należał. Ten sam wiecznie uśmiechnięty, sarkastyczny, ślepy na wszystko Gin, którego znałam, okazał się być... no właśnie? Kim? Nie zostało po nim nic szczególnego – ot, zapasowe kimona, dokumenty z jego podpisami, notatki, na nowo namagnesowana igła, zawieszona nad różą wiatrów, wciąż wskazująca ten sam kierunek; ulubiona książka – już tak zniszczona, że bałam się wziąć ją do ręki bywając u niego, a co dopiero teraz, gdy wokoło panuje tak lubiany przez niego mrok rozświetlony przez blask księżyca. Czuję się jak złodziejka. Wszystko wydaje się takie znajome, nawet wśród tych wszystkich cieni. Jego tu już nie ma, nie ma!
Ale te wspomnienia, ten głos, te obrazy... Przecież... chciałam się przekonać prawda? Że to nie były złudzenia, że ten czas zawieszony w przestrzeni między oknem a otwartymi drzwiami i to światło przesączone przez cieniutkie washi, że każdy krok wyciszony przez tatami i lekki powiew chłodnego, letniego wiatru, to nie były sny, to nie były złudzenia, że to naprawdę się stało.
„Zamknij oczy, Ran”Odwracam się, czuję, jak moje serce gwałtownie przyśpiesza.
Wiedziałam, że tak będzie, wiedziałam! Gin ty draniu, jak ja cię nienawidzę! Doskonale wiedziałeś jak to wszystko zniszczyć, wiedziałeś jak uderzyć, żeby zabolało, żebym pamiętała. Nigdy ci nie wybaczę!
Zaciskam zęby ze złości, starając się powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Cholerny Gin i jego pedantyczność wciąż są obecne w tym pokoju, czuję to. Tak, jakby chciał mi zostawić wiadomość. Wciąż widzę, jak siedzi, jak opiera rękę na kolanie, bawi się skrajem haori, jak przestaje skubać skórki przy paznokciach, kiedy widzi mój wściekły wzrok i uśmiecha się tym swoim „życie jest takie cudowne, prawda?” uśmiechem, poczym pyta, czy nie napiję się sake. Głupie myśli, głupie wspomnienia, cholerny Gin, cholerne sake, właściwie nie wiem, po co tu przyszłam. Odwracam się, już mam wychodzić, kiedy znowu to słyszę:
„Zamknij oczy, Ran”Ten głos od razu zatrzymuje mnie w miejscu. Na wszelki wypadek zamykam shoji, żeby słyszeć, jeśli ktoś pojawi się w tym miejscu, lub zobaczyć przesuwający się na nich cień. Tatami zbyt dobrze zagłusza kroki, nawet o takiej porze jak środek nocy, kiedy większość shinigamich śpi w swoich domach. Zamknij oczy, Ran, zamknij, posłuchaj go. Nie, nie, nie będziesz go słuchać, już nie.
Naucz się czuć, Ran, nie tylko patrzeć. Nawet nie wiesz ile tracisz. Wzrok nie jest najważniejszy. Pomyśl o Tousenie. On nic nie widzi, a zobacz jak włada mieczem. Jak myślisz, dlaczego?Lepiej słyszy, mruczę do siebie, żeby choć trochę odgonić demony, które się czają w tym miejscu. A dokładniej jednego, bardzo złośliwego demona, który będzie mnie nawiedzał do końca życia, jeśli teraz się z nim nie rozprawę. Tymczasem jeden demon jest przyczyną istnienia setki innych, którym chyba nie jestem w stanie stawić czoła. Gdybym trzymała go tylko chwilę dłużej... być może wszystko potoczyłoby się inaczej – zamiast pustych, pamiętających jeszcze cichy oddech ścian, byłyby miejsca wypełnione jego obecnością. Zamiast powstrzymywanych łez - cierpki smak sake, zamiast księżyca i chmur – powolne, malownicze wschody słońca i ogrody pachnące chryzantemami...
Jakieś nagłe przeczucie każe mi odsunąć fusumę i przejść do kolejnych pomieszczeń zajmowanych przez Gina. Idę niepewnie, boję się, chociaż właściwie nie wiem czego. Wciąż czuję się tak, jakbym go okradała, jeśli nie z własności, to przynajmniej z tej prywatności, która nie była moim udziałem. Jakbym wyrywała mu skrzętnie skrywane tajemnice. Ale jakie tajemnice mógł jeszcze mieć, skoro najważniejszą zdradził mi uciekając z tym dwulicowym szaleńcem, zdradzając nie tylko własny dom, Seireitei, własną dywizję i swoich podwładnych, ale też mnie?! Dopiero po chwili orientuję się, że rozsunięta przeze mnie fusuma przedstawia „Chryzantemy z pszczołą”*. A jednak, tajemnice pozostają tajemnicami.
Chryzantemy, o ironio.
Ichimaru Ginie, miałeś doprawdy wyjątkowe poczucie humoru.
Biorę głęboki oddech, by choć trochę uspokoić szalejące serce. Ściana pokoju jest chłodna i przyjemna w dotyku. Przymykam oczy, całkiem nieświadoma tego, że robię coś, przed czym tak bardzo wzbraniałam się jeszcze jakiś czas temu. Dziwne, niepokojące uczucie burzy spokój nocy; oddech, zamiast się uspokoić, staje się jeszcze bardziej urywany. Delikatny, letni wiatr pachnący pustynią muska mi policzki.
Kontury chryzantem zacierają się w gęstniejącym mroku sprawiając wrażenie przywiędłych.
Byłam tu przecież wielokrotnie i zawsze, zawsze, kiedy przychodziłam, fusuma była rozsunięta, jakby nie chciał, bym wiedziała o znajdującym się na niej rysunku. Sentymentalizm nie był w jego stylu, w końcu Gin żył dniem dzisiejszym. „Jutro nie istnieje, Ran, jest tylko tu i teraz” powtarzał, bawiąc się kosmykami moich włosów, wplatając w nie swoje smukłe palce, gładząc mnie po ramieniu. Srebrne włosy wymykały się zza ucha i opadały mu na oczy. Jutro nie istniało, mieliśmy dla siebie cały czas, jaki istniał na niebie i ziemi, czekała nas wieczność, której dziwną właściwością było to, że kończyła się, gdy pierwsze promienie słońca muskały nasze twarze, a świt nietaktownie wpadał do środka.
To promienie słońca i to, co zawierało się w przestrzeni między nimi było dystansem, jaki nas dzielił. Byliśmy tak blisko siebie, na ile pozwalała wyciągnięta w stronę przeciwnika katana. Wierzyłam, że każdy dystans można pokonać, że można być bliżej drugiego człowieka. Bliżej niż wyciągnięta broń, bliżej niż pozwalały na to promienie wschodzącego słońca. Dla niego, to, co nas dzieliło było o wiele większe. Gdybym chciała bawić się we frazesy, powiedziałabym, że była to przepaść. Czasami wydaje mi się, że byłam jedyną osobą, która mogła go powstrzymać od zrobienia tego, co zrobił.
Zbyt łatwo się poddał, gdy zaczaiłam się za nim, chwyciłam na szczuły nadgarstek i przyłożyłam miecz do gardła. „Ups, wybacz Kapitanie, ale dałem się złapać!” - wołał beztrosko. Czułam, jak jego reiatsu skupia się bliżej niego. I czułam, jak w ułamku sekundy rozluźnia się, wiedząc, że to ja. Pozwolił na to, bym trzymała go jeszcze przez chwilę. Pozwolił, by to, co nas dzieliło, chociaż przez chwilę było mniejsze. Tak samo jak pozwolił, bym powstrzymała go od zabicia Hinamori. Mogłam go powstrzymać, bo w jego pokrętnej logice byłam ważniejsza niż pękający pod ostrzem Shinso miecz. Mój miecz.
Moja katana i jego wakizashi tworzyły razem Drogę Wojownika, która nie jest łatwa. Honor, lojalność, grzeczność, o tak, to do niego bardzo podobne. Gin potrafił nawet grzecznie obrażać przeciwnika, jeśli wymagała tego sytuacja. I zapewne wciąż uważał się za porucznika Aizena, chociaż został kapitanem. Zadaniem porucznika jest chronić swojego dowódcę, gdy tego trzeba. Obowiązkiem porucznika jest podążać za swoim dowódcą, nawet, jeśli ta droga wiedzie przez piekło. Przeklęte bushidou i przeklęty Gin, który nie łamie zasad...! Przeklęta lojalność!
Niepokojące uczucie nasila się i nagle dociera do mnie, że słyszę,
czuję reiatsu kogoś, kogo wcale nie powinno tu być. Gdybym tylko mogła szybciej stąd wyjść nie robiąc hałasu i nie budząc wszystkich! Wychodzę z pomieszczenia, mijam budynki przeznaczone dla członków trzeciej dywizji i kieruję się w stronę swojego mieszkania. Muszę tam być już, teraz, zaraz, zanim będzie za późno, zanim znowu mi ucieknie. Zabudowania szóstego oddziału są dziwnie ciche, zapewne Kapitan Kuchiki wciąż jeszcze nie powrócił ze szpitala i Renji panoszy się, chwilowo zaprowadzając „porządek” w dywizji (co w jego przypadku oznacza nie mniej i nie więcej jak to, że wszyscy idą się upić, póki mają ku temu sposobność).
Wiem, że nie zdążę, nawet, jeśli bardzo bym tego chciała. Przechodząc przez bramę prowadzącą do zabudowań mojej dywizji czuję, jak jego reiatsu nagle znika, jakby ktoś przeciął je Zabójcą Dusz. Zatrzymuję się. Nie ma sensu się spieszyć, skoro już nie ma tu tego, kogo szukałam. Wiem, że już się nie spotkamy, nie tak, jak ja bym tego chciała i nie tak, jak on by sobie tego życzył – nocą, przy pełnym księżycu, zapachu opium z jego fajki i czarce sake.
Wchodzę do swojego domu zastanawiając się czy nie traktowaliśmy naszej więzi – bo wciąż nie wiem czy nazywać to przyjaźnią, czy czymś więcej – jak wyzwania, zakładu, kto kogo pierwszy zdradzi. Dla niego to byłoby nawet zabawne. Uwielbiał hazard i zawsze ze mną wygrywał. Doskonale wiedziałam, że oszukuje, widziałam to w jego uśmiechu, nieco szerszym, gdy słyszał, jak upadają kości, jak odbijają się od ścianek kubka. Wkładał ręce w szerokie rękawy kimona, wygładzał fałdy haori i mówił z samozadowoleniem: „parzysta”. I faktycznie, kości pokazywały parzystą, a ja musiałam oddać mu swoją szarfę i Haineko. Nawet w hazardzie, jakim jest życie, Gin potrafił oszukiwać. Skoro Ichimaru Gin mówi, że kości pokazują parzystą, to nie powinno być inaczej.
Teraz też ze mną wygrał, a ja musiałam mu oddać wszystko, co miałam. Każde spojrzenie, każde uczucie, każdą myśl. Oszukiwał mnie i okradał po trochu z wszystkiego, co miałam, nawet z poczucia, że podążam we właściwym kierunku. W zamian nie dawał mi nic ponad dotyk szczupłych, chłodnych palców i zapach pustyni o świcie. W swoim umiłowaniu dla hazardu Gin zapominał wciąż o jednym – że gra ze mną. Najwyraźniej nie widział, że popełnia jedną z najgorszych zbrodni, jaką jest oszukać kobietę.
Przechodzę do pokoju, w którym spędziliśmy razem tyle czasu i rozglądam się wokoło. Po chwili otwieram shoji prowadzące do ogrodu. Na tatami tuż przy drzwiach leży samotnie fajka opium.
- Wiatru nie można zatrzymać - mówił mi czasami.
Może miał rację. Wiatru nie da się poskromić, jest wolny. Porywa za sobą ziarenka pisaku, niosąc je daleko w świat i zostawiając na nieznanym pustkowiu skazane na samotność, poczym gna dalej, nie oglądając się na piasek i deszcz. Przed siebie, w tylko sobie znanym kierunku. Teraz nawet nie wiem gdzie, bo jeden z wiatrów postanowił zupełnie zmienić kierunek.
Księżyc świeci dziś jasno na niebie, gwiazd nie widać. Niebo nad Seireitei rzadko usiane jest gwiazdami. Ciepły, letni wiatr kołysze gałęziami drzew i wpada do pomieszczenia roznosząc wokoło zapach pustynnego piasku.
KONIEC*
Chryzantemy z pszczołą